piątek, 21 lipca 2017

Lipiec na Podlasiu- dzień dwunasty



Długi, wypełniony słońcem po brzegi, dzień. I ja w letniej, zwiewnej sukience... Lepiej być nie mogło.


Grzechem byłoby narzekać na taką środę. W końcu mogłam wypić kawę na podwórku i podreptać sobie na boso po trawie. A moja córka znowu poszła sama do świetlicy na warsztaty.


Moja modelka z poobijanymi piszczelami

Sesja wśród kwiatów

K. idzie sama na warszaty...

...ale to tylko 100 metrów

A matka w tym czasie pije kawkę

Sukienka made in ciuchland

Lato w pełni, nic tylko się cieszyć :)

Ulubiony kubek na kawę

Po południu zaś oddawałam się przyjemności zrywania czarnej porzeczki. Początkowo zrywałyśmy wszystkie cztery: babcia, mama, ja i córka. Cztery pokolenia kobiet przy pracach ogrodowych. Potem zostałam sama. Bo lubię być przy takich czynnościach sama. To dla mnie najlepsza forma zbierania myśli i medytacji.










Zarysował mi się obiektyw i teraz na każdym zdjęciu jest plama, buuuuuu......................


2 komentarze:

  1. Ha ! A ja właśnie wróciłam z Lubelszczyzny, gdzie kontaktowałam się tylko i wyłącznie z naturą, zapomniałam o bożym świecie i wypoczęłam. Świetnie rozumiem ten zachwyt i szczęście przy chodzeniu boso po trawie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i bosko! Ja jestem od tygodnia w mieście i tęsknię za chodzenie na boso i leżeniem na ziemi.

      Usuń