niedziela, 27 sierpnia 2017

Moje Wielkie Greckie Wakacje, cz.1






Kiedy polskie lato jest jakie jest, wracam do wspomnień z gorącej Grecji, gdzie miałam wszystko, czego mi potrzeba do szczęścia- morze, góry, słońce, rodzinę i fantastycznych ludzi u boku.


Wystarczyło zmienić klimat na siedem dni, by naładować baterie. Jednak słońce i woda są ludziom niezbędne do życia. Ja, osoba dotychczas sceptycznie podchodząca do plażingu i wczasów all inclusive, po ostatnich wakacjach zmieniam zdanie. Nie musiałam nic. Sprzątać, gotować, pracować. Jedynym moim obowiązkiem było włożenie kostiumu kąpielowego, a jedynym zmartwieniem to, czy się dostatecznie opaliłam. 


Kiedy otwierałam rano drzwi, oczom mym ukazywał się taki widok...

Śniadanie nad samym morzem




Każdego poranka w Attyce budziły nas cykady i szum palm. Potem udawaliśmy się na śniadanie, jedzone nad samiutkim morzem. No żyć, nie umierać. A potem już tylko błogość na leżaku. Kąpiele i uziemianie się w słonej jak diabli i krystalicznie czystej wodzie zatoki. Dryfowanie na materacu, masaż stóp na kamienistym dnie, spacer wzdłuż plaży w poszukiwaniu jeżowców... Coś w sam raz dla mnie. Jestem ciepłolubna, więc greckie temperatury mnie nie przerażały, wręcz przeciwnie, cieszyłam się, że mogę zażywać słonecznych kąpieli bez ograniczeń. 



Pluskamy się

Materac kupiony tuż przed wyjazdem okazał się strzałem w dziesiątkę

Dziecięca radość z kontaktu z naturą


"Julie &Julia, rok niebezpiecznego gotowania"- moja lektura na plaży 


Siedzenie na brzegu i poddawanie się falom to moje nowe hobby

Naturalnej opalenizny nigdy za wiele

Zabawy z materacem:)

Te góry w tle...


Kocham te zdjęcia


Wodne szaleństwa


Tylko greckie morze i ja


Jest cudnie


Uwaga, biegnę!


Uwaga, skaczę!


Hurra!

I tak dzień po dniu, godzina po godzinie, z przerwą na obiad. A po zachodzie słońca czekała na nas grecka kolacja i wieczorne spotkania przy barze. A czasami nawet kąpiele w morzu pod osłoną nocy. Miałam to szczęście wyjechać na wczasy z naprawdę świetnymi ludźmi. Takimi, z którymi można stać o północy w morzu i śmiać się z nieprzyzwoitych kawałów, a rano pójść na molo i czekać na wschód słońca.












piątek, 25 sierpnia 2017

10 pierwszych razów (w maju i czerwcu)






Pierwsze razy są często decydujące. Albo łapiemy bakcyla i brniemy w coś dalej, albo wręcz przeciwnie, nie wracamy już nigdy do danej aktywności. Próbować jednak zawsze warto.


Oto jakich nowych rzeczy spróbowałam w maju i czerwcu:

1. Sadzenie ziemniaków i cebuli.

Wraz z ustaniem wiosennych przymrozków, mój ojciec zarządził zakładanie ogrodu. Och jakże był zdegustowany moją ignorancją, kiedy okazało się, że przeżywszy 35 lat na tym łez padole, nadal mam nikłe pojęcie o uprawie ziemi.. Z tej okazji dostąpiłam zaszczytu posadzenia kilku cebul i kilkunastu ziemniaków. I już wiem, że prace polowe nie staną się raczej moją życiową pasją. Jeszcze nie teraz.


Uwieczniłam na zdjęciu, którą stroną wsadza się cebulę do ziemi, bo pamięć mam dobrą, ale krótką





2. Terenowa Masakra. 

"Masakra" to za dużo powiedziane, ale lekki hardkorek był. W czerwcu pojechałam do Bydgoszczy, a dokładniej do Parku Myślęcinek, w którym zorganizowany był bieg na 5 km z przeszkodami. Ilość i różnorodność przeszkód była imponująca. Przede wszystkim było duuuużo wody, jeszcze więcej błota, trochę wysokości, trochę warunków klaustrofobicznych... ale, tak, taaaak, lubię to i chcę więcej. Istotnym czynnikiem okazała się tu zespołowość i nastawienie na dobrą zabawę. Poza tym wystarczy całkiem przeciętna kondycja, rękawiczki, stare i wygodne buty i uśmiech. Ja miałam to szczęście, że biegłam ze świetną ekipą ze swojej pracy, więc nie straszne mi było czołganie się pod siatką czy oponami, przechodzenie przez kłody w wodzie, czy zjazd z dużej górki. A nawet odważyłam się na skok na linie do wody. Wróciłam do Olsztyna z medalem, satysfakcją i pamiątkową koszulką. Zdecydowanie polecam taką formę rozrywki.






3. Jedzenie i granie w piłkę...pod ziemią.


Takie możliwości dała mi w tym roku Kopalnia Soli w Bochni. Miejsce warte odwiedzenia i przekonanie się na własne oczy, że tak, to całkiem normalne, zjeść sobie zupę i drugie jakieś 250 metrów pod ziemią. A potem jakby nic, pokopać piłkę na kopalnianym boisku i przy okazji pooddychać jodem. Doświadczenie jakich mało. Takie rzeczy tylko w Bochni, ewentualnie w Wieliczce.


 

4. Przyrządzenie i spróbowanie dania z nierozwiniętych pączków mniszka.

Polecam niespecjalnie:) Czekałam na wiosnę, na młode, zielone pączki mniszka i na to, żebym w końcu mogła spróbować jak smakują z masłem i bułką tartą (jak np. fasolka szparagowa), bo słyszałam, że całkiem spoko, że zjadliwe. Otóż dla mnie nie bardzo. Syrop z mniszka? Herbatka z jego suszonych liści? A i owszem. Pączki? Niekoniecznie.




5. Gra "Czółko"


Fajna sprawa, dużo śmiechu i burza mózgów w jednym. Koleżanka pokazała nam taką aplikację na zjeździe integracyjnym. Zainstalowałam w telefonie i kiedy zaczyna wiać nudą- jest jak znalazł.

6. Domowe Melodie

Trio idealne. Jedno z moich najlepszych odkryć muzycznych ostatnimi czasy. Uczta dla zmysłów i relaks. Humor, ironia, sarkazm, piękny wokal ekscentrycznej, kolorowej Justyny. Takie doświadczenia to ja lubię.






7. Hulajnoga.

Kupiliśmy córce na Dzień Dziecka hulajnogę. Taką do 70 kilo, bo jak kupować, to porządną:)
Och, jakże poczułam się spełniona na rozpędzonej hulajnodze. Ten wiatr we włosach, ta wolność i swoboda. Co prawda, nasze olsztyńskie chodniki pozostawiają dużo do życzenia, ale mój pierwszy raz na hulajnodze był mega. Moje wewnętrzne dziecko jest przeszczęśliwe. Jak ja mogłam żyć bez hulajnogi?


 

8. Lego Friends

Historia analogiczna jak w poprzednim punkcie. Dzień Dziecka, prezent dla córki. Zaczęłyśmy budować razem wesołe miasteczko. Zgodnie z instrukcją. Klocek po klocku, detal po detalu. Wsiąkłam, przepadłam. Chcę więcej. Niedługo K. ma urodziny, potem Gwiazdka, więc coś się wykombinuje, żeby mamusia mogła doświadczać konstruowania w ciszy i spokoju z magicznych klocków.

9. Skala Solfeggio

Nigdy wcześniej nie słyszałam o harmonizowaniu swego ciała przy pomocy częstotliwości solfeżowych. Spróbowałam kilka razy dostrajać się dźwiękiem i było całkiem pozytywnie.





10. Nowe, większe płatki do demakijażu.

Zazwyczaj używałam normalnych płatków kosmetycznych, o standardowym rozmiarze. Odkąd jednak spróbowałam tych owalnych, dwa razy większych, demakijaż stał się jakby przyjemniejszy.


piątek, 4 sierpnia 2017

To se ne vrati- lipiec 2017 w zdjęciach




Lipiec 2017 stał się już historią. Czy udało mi się z niego wydobyć to, co najlepsze?


Połowę lipca spędziłam na Podlasiu, co relacjonowałam na bieżąco w szesnastu (!) wpisach.
I tak: pierwszego dnia złowiłam pierwszą w życiu rybę, drugiego- poszłam odwiedzić babcię i dziadka, trzeciego- zrobiłam bukiet z chabrów i rumianków, czwartego- jadłam poziomki w lesie, piątego- łapałam żubra za rogi, szóstego- poszłam pod starą kapliczkę, siódmego- byłam na Nocy Kupały, ósmego- dogorywałam na kocu na podwórku, dziewiątego- byłam na festiwalu im. Bułata Okudżawy w Hajnówce, dziesiątego- jadłam lody w Łomży, jedenastego- ujrzałam makolągwę na drucie, dwunastego- zrywałam czarną porzeczkę, trzynastego- zabrałam babcię do białoruskiej restauracji, czternastego- spacerowałam po wsi, piętnastego- jadłam kiszkę ziemniaczaną w Bielsku Podlaskim, szesnastego- przechadzałam się wśród wiekowych dębów.
Później nastąpił powrót do naszej miejskiej rzeczywistości, czyli przedszkole, sprzątanie, gotowanie i ogarnianie miliona spraw na raz. Pomiędzy przerzucaniem urzędowych papierków, setką telefonów, dentystą, praniem jednym i drugim znalazł się też czas na przyjemności, bo czymże bez nich byłoby życie??


Testowaliśmy kubek do sorbetów. Taki sorbet w upalny dzień to jest to!





Chodziliśmy na spacery...choć z pogodą było różnie.



Przytulam się do drzewa



Zaliczyliśmy plażingową niedzielę. Spakowałam kosz pełen jedzenia i udaliśmy się na jedną z naszych olsztyńskich plaż. Wybraliśmy trawiastą, wszak to taka przyjemność opędzać się od wszelkiej maści owadów :)


Uziemianie pod wodą





Cóż jeszcze? Jadłam bób czytając "Sprężynę" Małgorzaty Musierowicz. Ugotowałam zupę cukiniowo-ogórkową oraz paprykową (według zasad pięciu przemian). Ćwiczyłam z Mel B. Biegałam. Nabawiłam się refluksu, także o kawie na razie mogę pomarzyć. Oglądałam "Przyjaciół".
I zleciało... Niestety.


Botwinka się robi
Dzień słabości i zarazem pożegnanie (mam nadzieję, że tylko na jakiś czas) z kawusią i słodyczami
Popołudnie na boisku
Przygotowania do gotowania wg 5 przemian, zupa paprykowa