poniedziałek, 3 lipca 2017

To se ne vrati- czerwiec 2017 w zdjęciach



Kolejny miesiąc zakpił sobie ze mnie, mijając nie wiadomo kiedy. Na szczęście pozostawił po sobie ogrom miłych wspomnień.


Czerwiec, jak każdy inny miesiąc, okazał się sinusoidą wzlotów i upadków. Stanów lepszych i gorszych. A ja bym chciała poruszać się po linii życia ruchem jednostajnym, delikatnie falując. Nie ekscytować się niczym nadmiernie i nie histeryzować. Płynąć z prądem i akceptować rzeczywistość. Nie myśleć zbyt wiele. Tak jest najłatwiej.
Staram się już tak nie pędzić, z niczym nie walczyć, być na tak, lub na nie, w zależności z czym w danym momencie rezonuję. Jeśli mam więc ochotę na przejażdżkę hulajnogą, pożyczam ją od córki i jadę. To samo z klockami lego:) Kiedy nie chciało mi się wcześnie wstawać, nie wstawałam, spałam bez wyrzutów sumienia do 9.00 (widocznie mój organizm tego potrzebował), zaliczyłam także kilka power napów. Jednej sąsiadce odmówiłam przysługi, drugą zaprosiłam na kawę. Przeczytałam "Dziewczynę z pociągu". Delektowałam się najlepszymi olsztyńskimi lodami (kokos, pistacja, mango w KROCZKU to poezja...). Zezłościłam się na znajomą, a potem przegadałam z nią wiele godzin na domówkach. Zjadłam dobrą paellę, pogardziłam schabowym. Kupiłam nowe buty, choć miałam nie kupować. Znowu zostałam ciocią. Polubiłam Dorotę Szelągowską, przestałam lubić Magdę Gessler.
Życie to zmiany.


Na meczu oldboyów


Cerkiew w Narewce


Premiera "Wnyków" w Bielsku Podlaskim


Podróż za jeden uśmiech


Na osiedlowym festynie


K. na spacerze z pożyczonym pieskiem 

Staram się kreować swoje życie robiąc jak najwięcej rzeczy, które dają mi radość. Tylko w ten sposób mogę przestać się zamartwiać całą resztą. I to naprawdę działa. Kiedy skupiam się na czynnościach sprawiających mi przyjemność i przynoszących spokój, jak na przykład układanie puzzli, wszystko inne też się układa. Nie jest łatwą rzeczą nauczyć się odpowiednio lokować swoją energię, ale można to dzień po dniu, godzina po godzinie ćwiczyć. Wewnętrzną równowagę, wbrew pozorom, przynoszą najbardziej prozaiczne czynności, jak np. bieganie. Mnie wystarcza 10 okrążeń stadionu, by przywrócić się do stanu równowagi. Albo 10 minut z Mel B. Wyjechanie za miasto. Czytanie kolejnych tomów "Jeżycjady" (szczególnie polecam "Czarną polewkę").
Taką właśnie mozaiką drobnych przyjemności był czerwiec.



Przejazdem przez Kętrzyn





Na końcu świata



Weekend u rodziców


Świeży miód z gajowca żółtego

I co tam poza tym u mnie w czerwcu?

Byliśmy z mężem na premierze filmu "Wnyki" (druga część "Znachora"), w którym  w zeszłe wakacje statystowaliśmy w Bielsku Podlaskim. To fajne uczucie zobaczyć siebie na dużym ekranie:)

Zaliczyłam ciekawą imprezę w Bydgoszczy- bieg na 5 km z przeszkodami, zwany Terenową Masakrą. Taplałam się w błocie, moczyłam w wodzie, czołgałam pod siatką. Czego tam nie było? Zakwasy dawały mi się we znaki jeszcze przez kilka dni. Ale warto było. Co gorsza- chcę jeszcze!

W Boże Ciało zrobiliśmy sobie wycieczkę do rezerwatu Źródła Rzeki Łyny (KLIK).

Wąchałam biały bez, przechadzałam się polnymi drogami.


W drodze do Bydgoszczy


Terenowa Masakra w Bydgoszczy


Rezerwat  Żółwia Błotnego koło Nidzicy


Źródła Rzeki Łyny


Nowy, wakacyjny plecak




Polne drogi

Uwiera mnie gdzieś czasami myśl, że mogłam dać z siebie więcej, być bardziej aktywna. Ale jednocześnie powtarzam sobie, że życie to nie maraton, ale nieśpieszny, uważny spacer po codzienności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz