wtorek, 25 lipca 2017

Lipiec na Podlasiu- dzień czternasty



Piątek, piąteczek, piątunio... A wraz z nim wizyta na prawdziwej podlaskiej wsi, gdzie można zobaczyć starą piwniczkę i zostać poczęstowanym świeżo zebranymi jagodami.


U mnie w Olsztynie kawę pije się w salonie. Co za nuda, czas to zmienić. Kawa pita na podwórku smakuje o niebo lepiej (tak w ogóle to chciałabym zrezygnować z picia kawy, ale póki co jest to silniejsze ode mnie).
Bo jak tu się nie skusić na popołudniową kawkę pitą w cieniu drewnianego domku? Zwłaszcza kiedy za stolik służą sanki. Kawa w salonie... też mi coś. Pod chmurką jest najlepiej.






Kiedy przyjeżdżam do Makówki, mam tu swego eksperta, który zawsze rozwiewa me ornitologiczne wątpliwości i bezlitośnie obnaża moje wielkie braki w tej dziedzinie. I tak, dzięki Natalii (która o ptakach wie prawie wszystko) oraz jej kolorowym atlasom dowiedziałam się, że ptaszek, którego widziałam w trzcinach pierwszego dnia mego pobytu na Podlasiu to rzadka do zobaczenia rokitniczka. Zmuszona też byłam edytować TEN WPIS, w którym to pisałam herezje jakoby pleszka była rudzikiem. Natalii identyfikacja pokazanych przeze mnie w aparacie ptaków zajęła nie więcej niż dwie minuty. Gdyby nie ona, w w życiu bym nie wiedziała, że na przykład kilka dni wcześniej sfotografowałam makolągwę siedzącą na drucie (KLIK).






Zaprawdę, powiadam Wam, miło było pogawędzić sobie przy saneczkach na podwórku. Zerwać sobie jeżyn z krzaczka... A na koniec mogliśmy zobaczyć starą, lecz zachowaną w dobrym stanie piwniczkę.




Piwniczka

Makówka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz