poniedziałek, 31 lipca 2017

Lipiec na Podlasiu- dzień szesnasty


Szesnaście dni na Podlasiu. Wow. Zazdroszczę sama sobie. Ostatniego dnia też było ciekawie.


Najpierw pojechaliśmy na kawkę do teściowej, pitą na dworze, a jakże. Dostaliśmy wiejskie jajka i miód od szwagra.

Drzwi od stodoły

W drodze do moich rodziców zatrzymaliśmy się na skraju puszczy, wśród starych dębów. Jest tu taki fajny zajazd, w którym kiedyś na pewno zrobimy sobie piknik lub ognisko.














Ostatnim punktem programu naszych wakacji na Podlasiu, były urodziny mojej chrześniaczki. Najedzeni słodkościami do pełna, wyruszyliśmy w drogę na Warmię.
Długi był to czas. Płynął całkiem inaczej niż w Olsztynie. Wolniej, leniwiej. Pobyłam z rodziną, poobcowałam z przyrodą, odwiedziłam stare kąty. Gdyby nie to, że w sumie mogę pracować z każdego miejsca na ziemi, nie mogłabym sobie na to pozwolić. A tak to i wilk syty, i owca cała. I pokochałam Podlasie na nowo.

Autobus miejski w Hajnówce

środa, 26 lipca 2017

Lipiec na Podlasiu- dzień piętnasty



Sobotnie przedpołudnie zleciało głównie na przygotowaniach do przyjęcia z okazji chrztu, na który byliśmy zaproszeni. 


Połowę dnia zmarnowałam na malowanie paznokci, a i tak ostatecznie pojechałam na imprezkę w niepomalowanych. Mogłam wykorzystać te kilka godzin inaczej, zamiast wkurzać się na nieschnące lakiery i przez to na cały świat.  Po rocznej przygodzie z hybrydami zwykłe lakiery mnie już nie zadowalają. A hybrydy, skądinąd takie wspaniałe, uczulają mnie. Niby nie mam potrzeby malowania paznokci, niby moje paznokcie po przerwie od hybryd wyglądają całkiem dobrze niepomalowane, ale jednak wakacje sprawiają, że chciałoby się na nie zarzucić jakiś egzotyczny kolor. Cóż, kobieca logika.
Tak czy siak, frustracja związana z malowaniem paznokci i ich zmywaniem zepsuła mi dzień:(



Jabłka się sypią jak choinka na Trzech Króli

A potem był chrzest, na który pojechaliśmy wraz z rodzicami. Imprezka w rodzinnym gronie, w bardzo fajnym lokalu "Lewar" w Bielsku Podlaskim. Jedzenie i wystrój pierwsza klasa. Polecam zwłaszcza kiszkę ziemniaczaną- tutejszy specjał. Tort bezowy też był wyśmienity.
Tak więc nie ma tego złego... druga połowa dnia zrekompensowała pierwszą.


Torebka musi być

Jedziemy na chrzciny

Tort

Ja z niezrobionymi paznokciami :)
Mój mąż obsypany kwieciem:)
My w szybie

wtorek, 25 lipca 2017

Lipiec na Podlasiu- dzień czternasty



Piątek, piąteczek, piątunio... A wraz z nim wizyta na prawdziwej podlaskiej wsi, gdzie można zobaczyć starą piwniczkę i zostać poczęstowanym świeżo zebranymi jagodami.


U mnie w Olsztynie kawę pije się w salonie. Co za nuda, czas to zmienić. Kawa pita na podwórku smakuje o niebo lepiej (tak w ogóle to chciałabym zrezygnować z picia kawy, ale póki co jest to silniejsze ode mnie).
Bo jak tu się nie skusić na popołudniową kawkę pitą w cieniu drewnianego domku? Zwłaszcza kiedy za stolik służą sanki. Kawa w salonie... też mi coś. Pod chmurką jest najlepiej.






Kiedy przyjeżdżam do Makówki, mam tu swego eksperta, który zawsze rozwiewa me ornitologiczne wątpliwości i bezlitośnie obnaża moje wielkie braki w tej dziedzinie. I tak, dzięki Natalii (która o ptakach wie prawie wszystko) oraz jej kolorowym atlasom dowiedziałam się, że ptaszek, którego widziałam w trzcinach pierwszego dnia mego pobytu na Podlasiu to rzadka do zobaczenia rokitniczka. Zmuszona też byłam edytować TEN WPIS, w którym to pisałam herezje jakoby pleszka była rudzikiem. Natalii identyfikacja pokazanych przeze mnie w aparacie ptaków zajęła nie więcej niż dwie minuty. Gdyby nie ona, w w życiu bym nie wiedziała, że na przykład kilka dni wcześniej sfotografowałam makolągwę siedzącą na drucie (KLIK).






Zaprawdę, powiadam Wam, miło było pogawędzić sobie przy saneczkach na podwórku. Zerwać sobie jeżyn z krzaczka... A na koniec mogliśmy zobaczyć starą, lecz zachowaną w dobrym stanie piwniczkę.




Piwniczka

Makówka

poniedziałek, 24 lipca 2017

Lipiec na Podlasiu- dzień trzynasty


To był dzień, w którym udało mi się zrealizować coś, co miałam w planach od dawna. Zabrałam babcię na obiad do restauracji.

 

Był to mój prezent urodzinowy. Taka niespodzianka. Babcia nie miała pojęcia gdzie jedzie. Cały misterny plan zachowany był w ścisłej konspiracji. Miała tylko stawić się u mnie o 16.00 i ładnie się ubrać. Przyjechała rowerem. Punktualnie.

Zapakowaliśmy babcię do auta i zawieźliśmy pod najsłynniejszą chyba restaurację w Hajnówce. "Leśny Dworek", bo tak się ów przybytek nazywa, to miejsce, które ja też chciałam odwiedzić. Zwłaszcza po lekturze "Okularnika" (to tu właśnie stołowali się miejscowi notable).


Babcia nie wie, dokąd jedzie...


Restauracja "Leśny Dworek" w Hajnówce




Zamówiliśmy kartacze po białorusku i pucharek lodów dla K. 
Babci cała inicjatywa baaardzo się spodobała. Zgłosiła się nawet do kolejnych takich projektów:)
Tak przeczuwałam, że będzie zadowolona. Znam ją już trochę. I postanowiłam się odwdzięczyć za te wszystkie tony frytek, które serwowała mi kiedyś co piątek. Dlaczego co piątek? A dlatego, że mój tato, który nie pochwalał tego typu jedzenia, pracował w piątki na dwie zmiany, a czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal:) Takie kiedyś miałam z moją babcią układy. Zjadłabym tych frytek jeszcze, oj zjadłabym. Takich właśnie domowych, babcinych, smażonych w garnku.
Tymczasem raczyłyśmy się w "Leśnym Dworku" regionalnymi kartaczami i zimnym piwkiem. Bo kiedy jak nie teraz, podczas mego długiego pobytu na Podlasiu? I z kim jak nie z ukochaną Babunią? Została mi już tylko jedna, więc muszę o nią dbać.




K. właśnie ripostuje moje treści wychowawcze
Kartacze po białorusku
Mają też kącik dla dzieci


Nie ma jak zimne piwko z własną babcią w środku tygodnia :)


Prawnuczka z prababcią
Po wyjściu czekało na nas burzowe niebo
Czarne chmury nad Hajnówką
Zbierało się na burzę