środa, 7 czerwca 2017

To se ne vrati- maj 2017 w zdjęciach


Dawno tyle nie narzekałam. Jeśli już, to tylko na pogodę albo narzekanie innych. Nie wiem, dlaczego ostatnio jestem ze wszystkiego średnio zadowolona. Muszę nad tym solidnie popracować.


Ten wpis powinien raczej być zatytułowany "Z pamiętnika malkontenta". Choć może nie? Bo po gorszych chwilach zawsze przychodziły te lepsze.

Na majówkę się wybralim z rodziną. "Apartament" w Krakowie, za który zapłaciłam sporo (no bo w końcu nazwa zobowiązuje) okazał się zwykłym niedomytym mieszkaniem. Zastana rzeczywistość do zdjęć ze strony internetowej miała się nijak. Dobrze, że po całym dniu jechania na drugi koniec Polski i intensywnego zwiedzania byłam padnięta i usnęłam jak dziecko. Następnego dnia uciekłam stąd skoro świt, bo czekał na mnie poranny Kraków i hejnał o siódmej (KLIK).


Całe szczęście, że nie miałam problemów ze snem w tym miejscu

Tydzień u rodziców spędziliśmy. Pogoda nie dopisywała. Boże, co za rutyna. Śniadanie, praca, obiad. A przecież człowiek do życia na wysokich obrotach przyzwyczajony, do kołowrotka i bieganiny. Coś by porobił ekscytującego. Jednak i takie, z pozoru nudne chwile są potrzebne. Bo i miałam czas, by się zatrzymać. I świetną książkę przeczytać ("Sztuka kochania gorszycielki" o życiu Michaliny Wisłockiej- gorąco polecam). I z dzieckiem w chowanego się pobawić na podwórku. I medytacyjnie mniszek pozrywać na syrop. I kiedy nastała pogoda, z mężem w badmintona pograć. Tak z pełnym zaangażowaniem w każdą tę czynność.



Zabawa w chowanego


 

A potem postanowiliśmy hucznie świętować powrót do Olsztyna, zatrzymując się na lodach w Szczytnie. I kłócąc się trochę o te lody:
- Ale po co w ogóle, dziecko się zaziębi- to ja.
- Weź przestań, nic jej nie będzie- to mąż.
Ja wolałam gałkowane, C. z automatu. Ja chciałam trochę połazić, on się śpieszył. Atmosfera mogłaby być lepsza. Ale pomiędzy tymi naszymi słownymi przepychankami zdążyliśmy odkryć ławeczkę na placu Juranda, z której można pomachać znajomym na całym świecie.


Jednak z automatu
Lody w Szczytnie



Pobiegać bym poszła. Ale wiatr mnie wkur... Od zawsze. Lekka nadmorska bryza w upalny dzień to ja rozumiem, ale żeby tak na co dzień? Poza tym zawsze trafię w jakąś ślepą ulicę albo gdzieś, gdzie łatwo o skręcenie kostki. Fajnie jest biec po różnorodnym podłożu, ale żeby aż na takie wertepy trafić?


Tak wygląda ulica Calineczki w Olsztynie

Na szczęście ulica Królewny Śnieżki była już o wiele lepsza. A i moja kondycja okazała się nienajgorsza. No i po bieganiu, wiadomo, endorfinki się wydzielają, i świat robi się przyjaźniejszy.





Na zjazd integracyjny na drugi koniec Polski pojechałam. Leśna głusza. Okazało się, że zasięgu nie ma. Stres potworny i cała noc nie przespana. No bo jak to tak, odcięta od świata przez trzy dni mam być?? I ponoć jakieś lisy tu grasują i kradną buty.
Ranek przynosi jednak ukojenie. Ktoś daje cynk, że jest takie jedno miejsce, pod recepcją, skąd można się dodzwonić dosłownie wszędzie:) I czy warto było tak się denerwować i na świat złorzeczyć? Tym bardziej, że tego i następnego dnia czeka mnie jeszcze szereg niespodzianek, dużo śmiechu w doborowym towarzystwie i niepowtarzalnych okolicznościach Gryżyńskiego Parku Krajobrazowego. To tu właśnie, w tym przeklętym przeze mnie w czwartkową noc miejscu, w piątek zostałam pomalowana przez profesjonalną wizażystkę, a w sobotę grałam w kalambury przy ognisku, i nawet oswojony lis okazał się całkiem wporzo. Trzy dni na końcu świata zleciały jak z bicza strzelił. Ptaki śpiewały tam jak oszalałe, słońce świeciło, integracja odbywała się pełną parą. A nawet, jadąc tam, widziałam oświetlonego Jezusa królującego nad Świebodzinem. Robi wrażenie.

Ośrodek "Anapausis"w Gryżynie



Domki wśród drzew
I wycieczka po majowym lesie


Na juwenalia się umówiłam z koleżanką. Spotkać, owszem, spotkałyśmy się. Ale żeby już pchać się w tłumie przez bramki na koncerty...Nieee. To nie dla nas. Za stare już jesteśmy. I w ogóle jakaś dziwna tu atmosfera. Gdzie jeszcze rok temu, pełne euforii, bujałyśmy się w srebrnym confetti w rytm przebojów Lady Pank. Co się zmieniło od tego czasu? Dlaczego przestała mnie kręcić atmosfera juwenaliów? W zeszłym roku robiłyśmy sobie zdjęcia ze świecącą kokardą Myszki Minnie, w tym zaledwie jedno smutne selfie strzeliłam z nudów, czekając przed miasteczkiem studenckim na Ewę, mą równie entuzjastyczną kumpelę.




Ale chwilę przed byłam na koncercie keyboardzistów, w którym brała udział moja córka. Rozpierała mnie duma i szczęście. W życiu więc musi być równowaga. Nie można wciąż lecieć na fali uniesień, czasem musi być po prostu jakoś nie tak, czyli normalnie.






No właśnie raz chcieliśmy spędzić taki normalny wieczór na naszej starówce. Zjeść coś dobrego. Chodziliśmy od knajpy do knajpy kręcąc nosami. W Via Napoli nie mieli czarnego ryżu z krewetkami, na który się napaliłam, a szkoda. W Ceskiej Hospodzie nie było stolika. Wylądowaliśmy w ogródku Sphinxa z komarami, gdzie przestałam być głodna, a jedzenie było nijakie (poza creme brulee na deser). Cóż, niby nie godzę się na bylejakość, ale czasem są dni, kiedy trudno mi dogodzić, bo sama nie wiem czego chcę. Też tak macie?









Narzekałam na życie w maju cholernie dużo. Całkiem jak nie ja. Ględziłam zupełnie bez sensu. I zastanawiam się, jak to się ma do mego Dziennika Wdzięczności, który prowadzę systematycznie od lat i w którym odnotowuję same dobre zdarzenia? Że niby musi być zachowana równowaga między rzyganiem tęczą a narzekaniem? Że każde moje rozczarowanie i niezadowolenie mówi mi coś o mnie samej? Całkiem niewykluczone.

Narzekam na męża, że wciąż ogląda programy informacyjne, podczas gdy mnie, to co się dzieje na świecie, od jakiegoś czasu w ogóle przestało interesować.
Narzekam na córkę, że muszę ciągle jej przypominać o myciu zębów.

Ale tak naprawdę to we mnie jest problem, nie w nich. Wszelkie zmiany ZAWSZE trzeba zaczynać od siebie. Wiadomości z telewizora mnie dołują. Fakt. Niezaprzeczalny. Co zatem mogę zrobić, by nie musieć być ich biernym słuchaczem? Mogę na przykład w tym czasie iść na spacer, do Biedronki, pobiegać, wyjść coś porobić do drugiego pokoju, wziąć prysznic. Repertuar jest naprawdę duży. Ale nie. Ja będę uparcie zrzędzić i retorycznie pytać męża jak zdarta płyta "po co to oglądasz?", "przecież na każdym kanale jest to samo", "co ci to daje?".

To samo z myciem zębów. Mogłabym przecież zamienić je w zabawę, wszak niby taka kreatywna jestem. Można przecież myć zęby w rytm muzyki, albo odmierzać czas szorowania zębów klepsydrą bądź stoperem. Różne rzeczy można. Ale ja tylko po raz dziesiąty, zniecierpliwionym głosem powiem: "umyłaś zęby?", " na co czekasz?", "jak nie umyjesz zębów, nie ma bajki".

Wniosek jest prosty. A nawet dwa są.
Trzeba brać życie w SWOJE ręce (czyli innymi słowy "umiesz liczyć, licz na siebie"). Porzucić oczekiwania wobec innych.
I akceptować rzeczywistość taką jaką jest, bo jest taka jak ma być.

I niby to wiem i to jest moja prawda życiowa, ale czasami się gubię i dołączam do grona malkontentów.
Wciąż za dużo myślę i rozkminiam, za mało odczuwam. Maltretuję się wyrzutami sumienia. Że nie jem wystarczająco zdrowo, że wydaję za dużo kasy, że to, że tamto. Chyba czas to przerwać. Wrócić do koncentrowania uwagi na pozytywach. A o narzekaniu mogę powiedzieć tylko tyle, że działa oczyszczająco.

Bo w sumie nie mogę zaprzeczyć, że i  dużo fajnych rzeczy działo się w maju. Takich stuprocentowo pozytywnych, bez żadnego "ale". 

Jak rodzinne zwiedzanie kopalni soli w Bochni.
Jak cała niedziela nad Jeziorem Tyrsko, zwanym przez olsztyniaków Żbikiem, gdzie byliśmy zupełnie sami. Gdzie opalaliśmy się, jedliśmy ziemniaki z maślanką, a mąż nawet kilka rybek złowił.
Jak Europejska Noc Muzeum na naszym Zamku Kapituły Warmińskiej, gdzie mogliśmy zrobić sobie przypinki, a nawet udzielić wywiadu do Radia Olsztyn.
Jak spacer z rodzicami nad Jeziorem Długim i objechanie jeziora na rolkach.
Jak festyn na lotnisku połączony z występem K.
Jak uczczenie pewnej sprawy w Browarze Warmia nad rzeką Łyną.
Jak lektura w pociągu.
Jak ugotowanie zupy szparagowej (KLIK).
Jak oglądanie w niedzielne poranki "Co ludzie powiedzą" z bezbłędną Hiacyntą Bukiet.


Zjeżdżalnia w Kopalni Soli w Bochni




Fajny lokal w Narewce (woj. podlaskie)


Trochę Pawlikowskiej


Powrót z przedszkola


Jezioro Długie- uwielbiam tu jeździć na rolkach

Noc Muzeów w Olsztynie

Majówka Rotariańska w Olsztynie

Prawdziwe oblicze K.

Niedziela nad jeziorem



Ulica Feliksa Nowowiejskiego w Olsztynie


Browar Warmia nad Łyną


Wyjście na hulajnogę

Cudowne chwile nad Jeziorem Żbik


 


 
 


Długi i obfitujący w różne wydarzenia był to miesiąc. Nauczył mnie cierpliwości, akceptacji i bycia "tu i teraz".

4 komentarze:

  1. Trasa na bieganie jak moja trasa na rolki ;o Trafiłam na stare rolki w moim nowym mieszkaniu, a tu jak na złość żadnych prostych dróg na rolki ;D
    życzę więcej uśmiechu i pozytywnych emocji na nowy miesiąc ! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To świetnie, że jezdzisz na rolkach, nie poddawaj się, na pewno jakiś skrawek asfaltu się znajdzie 😊dzięki i wzajemnie😘

      Usuń
  2. Aniu, po pierwsze pięknie wyglądasz :-) Po drugie fajnie kojarzy mi się Browar Warmia, a po trzecie na jakiego maila mogę do Ciebie napisać?

    OdpowiedzUsuń
  3. Cześć Ilonko. Po pierwsze- dziękuję. Po drugie- byłam tam pierwszy raz i bardzo mi się tam podoba. A po trzecie- aniaanonim123@gmail.com, czekam na dobre wieści od Ciebie 💝

    OdpowiedzUsuń