środa, 10 maja 2017

To se ne vrati - kwiecień 2017 w zdjęciach






Kwiecień 2017, bardziej zimowy, niż wiosenny... Z jednej strony wlókł się niemiłosiernie, z drugiej, przeleciał szybciej niż chciałam. 


Jak każdy miesiąc składał się ze skrawków zdarzeń. Dni leciały jeden za drugim, w tle mignęła gdzieś zimna Wielkanoc oraz urodziny moje i męża. Z tej okazji zaprosiliśmy się wzajemnie na obiad na mieście.

Początek miesiąca zaskoczył mnie piękną pogodą. Pozwoliłam córce cały weekend latać po podwórku i łapać słońce. Sama też byłam pełna energii. Potem się ochłodziło i tak już zostało. Nie wiadomo jak. Pisząc tego posta, przeglądam swój dziennik, bo pamięć mam dobrą, ale krótką:)

I cóż tam sobie zapisałam w kwietniu?

Że oglądaliśmy "Kocham Cię Polsko" (bo K. lubi).
Że upiekłam w piekarniku frytki z tymiankiem i rozmarynem.
Że biegałam przez pół godziny wieczorem.
Że poszłam na warsztaty dla rodziców.
Że do K. przyszła koleżanka.
Że mąż grał w FIFĘ na x-boxie.
Że próbowałam ćwiczyć jogę w domu.
Że po raz pierwszy w życiu zobaczyłam gila.
Że zagrałam z córką w domino.
Że zadzwoniłam do koleżanki, która wyprowadziła się do Poznania.
Że mąż na treningu, a ja uprałam czerwony płaszcz.
Że rytuały tybetańskie robiłam.
Że K. śpiewa "Już nie ma dzikich plaż".
Że na jodze ćwiczyliśmy pozycję półlotosu.
Że 10 groszy znalazłam na szczęście.
Że byliśmy w miejscu mocy w Wadągu.
Że umyłam okno w kuchni i balkonowe.
Że kupiłam sobie etui na telefon i chlorellę w eko-sklepie.
Że wpadłam do koleżanki po "Okularnika", którego jej pożyczyłam.
Że 2 złote znalazłam na chodniku.
Że robiłam z mamą sałatkę.
Że kupiłam 10 książek w empiku.
Że spróbowałam kalmarów w tempurze.
Że w drodze powrotnej ze świąt widzieliśmy dużo bocianów i żurawi.
Że przeczytałam "Język Trolli" M. Musierowicz.
Że zjadłam sushi w łóżku.
Że umówiłam się do kosmetyczki na brwi.
Że babcia odeszła do lepszego świata  i ubrałam się w czarną sukienkę i czarne rajstopy.
Że mój tato usmażył cieniutkie naleśniki na śniadanie i K. zjadła ich dziewięć.
Że w bibliotece byłam.

Takie tam, zwyczajne sprawy, zwyczajne życie. Staram się już tak nie pędzić, nie spinać, przyjmować wszystko takim jakim jest.




Pragnienie w najczystszej postaci




Jedna z kwietniowych lektur


Gil


Ogórki na parapecie u moich rodziców


W kwietniu odkryłam w Olsztynie świetny sklep Flying Tiger Copenhagen, albo po prostu Tiger. Można tam znaleźć niebanalne prezenty, śmieszne akcesoria, nieoczywiste elementy do wystroju domu, różne ciekawe artykuły papiernicze, nawet jedzenie. Choć zakupoholiczką nie jestem, w Tigerze muszę się kontrolować, bo wszystko jest takie fajne i słodkie. Jak chociażby ten wianek na zdjęciach poniżej. Kupiłam tam także pomysłowe prezenty dla dzieci od Zajączka: kredy i kredki w kształcie jajek, długopisy z wiatraczkami, naklejki.





Wianek z Tigera
 



Rysunek z przedszkola
 


A ostatni dzień kwietnia (niedziela) to wspaniała wycieczka do Jury Krakowsko- Częstochowskiej i Krakowa. I choć krakowskim "apartamentem" silnie się rozczarowaliśmy, inne atrakcje to zrekompensowały.


Jaskinia Łokietka


Dolina Prądnika


Tłumy na Wawelu


Widok na Wisłę z Wawelu

2 komentarze:

  1. Tak prosty i urzekający kwiecień. Całe szczęści i wyjątkowość tkwi właśnie w tych małych wielkich rzeczach ;)

    OdpowiedzUsuń