niedziela, 28 maja 2017

Krakowskie refleksje


Zachciało nam się Krakowa na długi weekend. I nie tylko nam. Turystów mówiących we wszystkich językach świata nie brakowało. Byłam tak zaaferowana, że z tego wszystkiego zapomniałam sztachnąć się smogiem:)


Cóż mogę rzec? Dano mi było zobaczyć Kraków w dwóch odsłonach.

Dzień pierwszy

Wjechaliśmy do Krakowa w czasie, gdy dobiegał końca Cracovia Maraton, więc oglądaliśmy miasto stojąc w korkach. Po odebraniu kluczy do "apartamentu", który apartamentem nie był i przełknięciu gorzkiej pigułki rozczarowania, ruszyliśmy w miasto. Inni też ruszyli, a jakże:) Tramwaje dudniły, miejsc parkingowych brak, tłok, ścisk. Nic, tylko kontemplować atmosferę drugiej stolicy Polski.
Nic to, że w kasach na Wawelu skończyły się bilety do komnat królewskich. Nic to, że trochę ludzi pchało się do Dzwonu Zygmunta. Że zamiast wejścia do Smoczej Jamy znaleźliśmy wyjście. Że serce nam stanęło na dwie minuty, bo nasze dziecko zaginęło w tłumie nad Wisłą. Fajnie było.




































Na Starym Rynku nie mniej fajnie. Obiad w ukraińskiej restauracji bez szału. Na Brackiej nie padało, zostałam oszukana przez Turnaua. Na przeciwko kościoła Św. Piotra i Pawła właśnie organizował się jakiś wiec. Pod parasolami przy Sukiennicach próżno było szukać wolnych miejsc. Robienie zdjęć też nie miało raczej sensu. Zimno się zaczęło robić. A w perspektywie powrót do "apartamentu". I, tak zwiedzając, nawet zdążyliśmy złożyć reklamację, najpierw telefonicznie, potem osobiście, w biurze na Starowiślnej.

Dzień drugi

Wstałam o szóstej rano. Na dziś mieliśmy zaplanowane zwiedzanie kopalni soli w niedalekiej Bochni. Mąż i córka jeszcze spali. Postanowiłam dać drugą szansę miastu. O 6.20 wychodziłam już z mapą w ręku z jednej z bram na Starowiślnej. Okazało się, że nocowaliśmy tuż obok kultowego krakowskiego Kazimierza. Zaliczyłam więc ekscytujący spacer uliczkami starej żydowskiej dzielnicy, mijając synagogę, niezliczone żydowskie knajpki, a nawet wydział judaistyki. Powietrze było rześkie, dzień się dopiero budził. Poszłam w kierunku Wawelu. Zahaczyłam o Planty. Wręcz delektowałam się samotnym spacerem pustymi uliczkami Starego Miasta. Wszystkie obiekty, które widziałam wczoraj, dziś ukazały mi się w zupełnie odmiennym, lepszym świetle. Byłam tylko ja i serce Krakowa. I nieliczne służby sprzątające miasto po wczorajszym wieczorze. Sukiennice były do mojej dyspozycji. Stałam pod wejściem nieczynnych słynnej restauracji "Wierzynek". Aż chciało się uwieczniać takie chwile. Ukłoniłam się wieszczowi, o siódmej wysłuchałam hejnału z wieży Kościoła Mariackiego, zakupiłam słynne obwarzanki krakowskie z sezamem i kierując się mapką wróciłam do bazy wypadowej.

Cudowny miałam poranek, dobrze to rozegrałam. A chciałam zostać w łóżku...Brawo ja!





























































Refleksje, jakie naszły mnie pierwszego i drugiego dnia pobytu w grodzie nad Wisłą są zgoła odmienne. O ile w niedzielę myślałam: "jak to dobrze, że mieszkam w Olsztynie i jutro stąd wyjeżdżamy", o tyle w poniedziałek Kraków zyskał w moich oczach i trochę nawet żałowałam, że to już koniec krakowskiej przygody.

2 komentarze:

  1. Przepięknie! Ja zazwyczaj staram się unikać tłumów. Nie znoszę tych kolejek, tłocznych miejsc. Czasem mają klimat i nadają uroku miejscom, ale przeważnie wolę odkrywać tak jak Ty.. w ciszy i spokoju... nawet gdy ma być to 6 nad ranem ! ;)
    Piękne zdjęcia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie znoszę, ale tak się zasiedziałam przez zimę, że było mi już wszystko jedno:)byleby tylko gdzieś wyruszyć. A zdjęcia-zwyczajne, z telefonu. Żałuję, że nie wzięłam aparatu- ten poranny Kraków wyszedłby cudnie.

      Usuń