czwartek, 9 marca 2017

10 pierwszych razów (w styczniu i lutym)




Lubię program telewizyjny "Kossakowski. Inicjacja". Sama również lubię inicjować różne aktywności. Próbować czegoś i dopiero na podstawie własnych doświadczeń stwierdzać czy mi to pasuje czy niekoniecznie.


Zimą nie próżnowałam i eksplorowałam jeszcze nieokryte przeze mnie przestrzenie, głównie kosmetyczne i spożywcze.

1. Sztuczne rzęsy

Jeszcze pod koniec ubiegłego roku zdecydowałam się na przedłużenie i zagęszczenie rzęs metodą 2:1.  Efekt był spektakularny, ale leżenie nieruchomo (co prawda pod kocykiem) przez bite dwie i pół godziny było dla mnie nieco niekomfortowe. Nie przeszkodziło mi to jednak po miesiącu stawić się w progach salonu piękności Monelly w Olsztynie po raz drugi i poddać się kolejnym torturom. Tym razem było już trochę lepiej, bo zapadłam w błogi półsen. Sztuczne rzęsy są całkiem ok, jednak chyba już zatęskniłam za moim tuszem. Ale znając moją próżną naturę i tendencję do minimalizowania wszelkich czynności, pewnie powtórzę jeszcze ten zabieg. Bo fajnie jest obudzić się rano ze zrobionym okiem i nie musieć go zmywać wieczorem.





2. Peeling kawitacyjny


Zaraz po Nowym Roku postanowiłam zadbać o skórę twarzy. Do tej pory peelingowałam się sama. Ostatnio peelingiem enzymatycznym, wcześniej fusami od kawy. Chciałam jednak w końcu zrobić to profesjonalnie, zapukałam więc do gabinetu przesympatycznej pani Kasi i oddałam się w jej ręce. Taki zabieg oczyszczania powinno się ponoć wykonywać cztery razy do roku. Aż taka nadgorliwa nie jestem, ale z pewnością raz do roku nie zaszkodzi poczuć lekkość i odprężenie. Bo peeling kawitacyjny jest absolutnie bezbolesny, a masaż twarzy po- wręcz boski.


3. Termoliflting


Idąc za ciosem i sugerując się fachową opinią wspomnianej wyżej pani Kasi z Cattleya-Derm, poddałam się termoliftingowi skóry twarzy. Na razie byłam na pierwszym z serii czterech zalecanych zabiegów. Cóż, w pewnym wieku trzeba zadbać o odpowiednie uelastycznienie i napięcie tu i ówdzie. Tym bardziej, że zabieg jest mega przyjemny i naprawdę ujędrnia skórę.


4.  Herbatka ajurwedyjska

Przepis na tę magiczną miksturę zapisałam sobie w notesie już jakiś czas temu, ale dopiero niedawno zmobilizowałam się do jej wypróbowania. Składniki: mięta, suszone liście mlecza wczesnowiosennego (sama zrywałam w maju!), imbir, cytryna i kurkuma. Smak może nie powala, ale też nie ma tragedii. Za to walory zdrowotne herbatki (detox, wzmocnienie) przekonują mnie do jej częstszego parzenia.






5. Joga


Jestem już po pełnych dwóch miesiącach zajęć jogi. Dwa razy w tygodniu po godzinie. Czuję się bardziej gibka, rozciągnięta, mam mocniejsze ciało. Że o potężnej dawce relaksu i bycia tu i teraz nie wspomnę. Zapisanie się na jogę to była najlepsza decyzja ever. Żałuję, że tak długo zwlekałam. A zaczynałam TAK.



Tak nie potrafię. Jeszcze :)


6. Syrop z marchwi i imbiru


Wykonany według TEGO przepisu. Preferuję naturalne metody zwalczania wszelkich kaszlów i katarów u dziecka.
Syrop jest dosyć smaczny i, co najważniejsze, niczym nie ustępuje wynalazkom z apteki.


7. Bieganie boso po śniegu

Zainspirował mnie do tego nikt inny, jak Dziarski Dziadek, którego jestem fanką. Rodzice i mąż pukali się w głowę, gdy pewnego popołudnia przy kawie zdjęłam skarpety i stwierdziłam, że idę przed dom, przejść się po lodzie i śniegu. Niesamowite uczucie, warto spróbować.



Białe szaleństwo



8. Wyciskanie soków warzywno-owocowych

Tej zimy postanowiliśmy w końcu zaopatrzyć się w wyciskarkę wolnoobrotową. Sprawiliśmy ją sobie w prezencie walentynkowym i dumnie zajęła puste miejsce po mikrofali na kuchennym blacie (mikrofalówki pozbyłam się latem z prozdrowotnych i  mimalistycznych pobudek). I cóż mogę rzec? Świeże soki owocowe i warzywne są najlepsze na świecie! Aż się boję pomyśleć co będzie latem, kiedy sezonowych warzyw i owoców będzie pod dostatkiem. Co prawda, po wyciśnięciu pysznego soczku, sprzęt trzeba rozebrać na kilka części i dokładnie je umyć, a za tymi czynnościami nie przepadam. Ale niestety, life is brutal. A soczki zdrowe.


9. Złote tatuaże

Od dawna podobały mi się złote tatuaże noszone latem. Do lata jeszcze trochę się zejdzie, ale my z córką już jesteśmy zaopatrzone. Spory wybór złoto- srebrnych tatuaży znalazłam zupełnie przypadkiem w Biedronce i zostały już przez nas przetestowane. Plus dziesięć do wakacyjnego lansu.


Czekamy na lato




10. Jajka od zielononóżek


Bardzo rzadko zdarza mi się kupić nieekologiczne jajka. Zazwyczaj mam sprawdzonych hodowców, dbających należycie o swoje kury. Ale po raz pierwszy spróbowałam jajek od zielononóżek. Kupiłam je w moim ulubionym eko-sklepie i szapo ba, zielononóżki :)



O moich wcześniejszych inicjacjach można poczytać TU, TU i TU. Zachęcam do odkrywania codzienności.

2 komentarze:

  1. Widzę, że początek roku przyniósł nowe kosmetologiczne eksperymenty. Rzęsy wyglądają super i pewnie komfortowo nie musieć zmywać ich każdego wieczoru. ja chyba jednak zatęskniłabym za moimi rzęsami, bo bardzo często lubię kompletny no make up.
    Mój brat ostatnio też stąpa boso po śniegu i mimo że mnie aż trzęsie z zimna na ten widok, on wręcz przeciwnie- wydaje się podekscytowany i szczęśliwy ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to właśnie taki mix szczęścia i ekscytacji. Szkoda w sumie, że już po zimie.

      Usuń