poniedziałek, 27 marca 2017

Olej sezamowy i szczotkowanie ciała



Wyczytałam w internetach, że olej sezamowy to najstarszy olej świata i warto go stosować wewnętrznie i zewnętrznie. Zakupiłam go więc w moim ulubionym eko-sklepie i testuję. Wespół ze szczotkowaniem ciała na sucho.


Jakiś czas temu do swoich porannych rytuałów postanowiłam dodać szczotkowanie ciała na sucho, czyli automasaż szczotką z naturalnego włosia, wykonywany w kierunku serca. Kiedy więc już wstanę prawą nogą (serio, przywiązuję do tego wagę) kilka minut po szóstej i udam się do kuchni w celu wstawienia czajnika na gaz i wzięcia do ust łyżeczki oleju kokosowego (bądź właśnie sezamowego), zabieram się za energiczne, pięciominutowe szczotkowanie całego ciała. Używam do tego szczotki z włosia dzika. Zaczynam od palców u stóp, kończę na szyi. Zabieg ten ponoć świetnie oczyszcza organizm z toksyn, podobnie jak ssanie oleju. Do tego peelinguje i ujędrnia skórę, dodaje energii, zmniejsza cellulit. Czego chcieć więcej?
Po masażu biorę szybki letni prysznic, a następnie zamiast balsamu (którego już dłuuuugo nie używam), wsmarowuję w skórę lekko podgrzany olej sezamowy. Podgrzewam go, bo przechowywany jest w lodówce i nałożenie zimnego oleju na skórę byłoby mega nieprzyjemne, a poza tym ciepły olejek ze zdwojoną siłą oddaje całą swoją moc skórze. Jak podgrzać olejek? Nic prostszego. Na kubek, w którym parzy się moja ulubiona white tea, stawiam szklaną miseczkę z odrobiną oleju. Po dwóch minutach jest gotowy.

Także ten. Tak właśnie wyglądają moje idealne poranki. Ssanie oleju. Szczotkowanie ciała na sucho. Prysznic. Masaż ciała olejem sezamowym. Picie wody z cytryną i białej herbaty. W takiej właśnie nieprzypadkowej kolejności. Niestety, zdarzają się też te mniej idealne, ale równie przyjemne. Z gorącą kawą pitą w oknie lub z książką w łóżku. Szczytem marzeń byłoby dla mnie zmieścić w swojej porannej rutynie chociaż krótki jogging. Jasne, że jest to do zrobienia, wystarczyłoby przecież wstawać o piątej. I o ile jestem raczej z tych rannych ptaszków, o tyle wstawanie ze wschodem słońca trochę mnie przeraża. Niby wszystko można wypracować. Zobaczymy. Zaczęłam właśnie czytać "7 nawyków skutecznego działania", może ta książka zmotywuje mnie do udoskonalenia swoich poranków? Bo trzeba przecież jakoś sobie radzić w tym zagonionym świecie, niwelować stresy, regenerować się, energetyzować. Jeśli sami o siebie nie zadbamy, nikt o nas nie zadba. To my jesteśmy kreatorami swojego życia i tylko my możemy dawać sobie moc poprzez odpowiednie działania.

Świetnym sposobem na odstresowanie się po szalonym dniu, oprócz biegania, jogi czy spacerów po lesie jest też właśnie wieczorny masaż ciała ciepłym olejem sezamowym. A jeśli komuś doskwiera bezsenność, warto wmasować  go w stopy. Masaż zimnotłoczonym olejem sezamowym, obok ssania oleju, picia świeżego soku z brzozy i szczotkowania ciała na sucho, to kolejny udowodniony naukowo sposób na niezawodną detoksyzację organizmu. Ten specyfik jak najbardziej nadaje się również do olejowania włosów i paznokci. W kuchni na pewno sprawdzi się do sałatek. W moim odczuciu nie jest aż tak silnie prozdrowotny jak na przykład olej z czarnuszki, który piłyśmy zimą z córką systematycznie po łyżce dziennie, ale na pewno warto urozmaicić nim dietę.


Idealne kanapki na idealne śniadanie


"Pies z głową w dół" na leśnej polanie


Oczom ich ukazał się las... brzóz


Przyszła wiosna, time to detox. Warto stosować różne alternatywne metody i być w nich konsekwentnym. Razem wzięte na pewno zdziałają cuda.

niedziela, 19 marca 2017

Blogowanie mnie nudzi



Szczerze? Blogowanie już trochę mnie męczy. Nie jaram się już tym, tak jak kiedyś. Odczuwam coraz mniejszą potrzebę dzielenia się fragmentami mojego życia. I tak sobie kombinuję, iść dalej tą drogą czy nie?



To nie o to chodzi, że nie mam tematów na posty, bo mam ich setki. Ze zdjęciami też nie mam problemu, bo rzadko się rozstaję z aparatem, chociaż jest cholernie ciężki i nieporęczny. Czas też bym znalazła. Ale idzie wiosna. Jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia. Zaczęłam już jeździć na rolkach po olsztyńskich parkach. Muszę zacząć systematycznie biegać, bo spontanicznie zapisałam się na Terenową Masakrę , która wymaga dobrej kondycji. Dwa razy w tygodniu mam jogę. W czwartki prowadzam dziecko na keyboard i śpiew. A jakby tego było mało, we wtorki mam warsztaty w Akademii Rodzica. Kręci mnie to wszystko, ale czasami nie wyrabiam na zakrętach, tym bardziej, że nie lubię robić nic na pół gwizdka. Kocham czytać, a nie mam czasu. Ostatnio przebrnęłam z wypiekami na twarzy przez 848 stron "Okularnika" Katarzyny Bondy, którego akcja osadzona jest w mojej rodzinnej Hajnówce. I to było coś! Potrzebuję więcej takich chwil z wciągającą książką. Sen też jest dla mnie ważny, nienawidzę zarwanych nocy. Czasami mam wyrzuty sumienia, że walę jak oszalała w klawiaturę (bo narzuciłam sobie system pięciu postów w miesiącu), zamiast porobić coś ciekawego z dzieckiem. Z drugiej jednak strony wiem, że odwalam kawał dobrej roboty. Że fajnie jest dzielić się z innymi ludźmi dobrym słowem, dobrą radą. Kogoś pocieszyć, rozśmieszyć, zainspirować.  I jednocześnie dokumentować swoje tu i teraz.



"Okularnik" Bondy i róża na Dzień Kobiet


Park Kusocińskiego w Olsztynie

Otwarcie sezonu rolkowego


Chociaż na chodnikach jeszcze piasek...



... jakoś sobie radzę

A to już Park Centralny

Odkryliśmy świetny plac zabaw


Bo chociaż od lat piszę dzienniki, ten blog jest/był dla mnie swoistym  pamiętnikiem. Zapisem najfajniejszych chwil z mojego życia. I z tego powodu być może się z nim nie rozstanę. A może tak. Waham się wciąż. Wciąż zadaję sobie pytanie, czy jest to na tyle istotny element mego życia na wariackich papierach, by poświęcać mu energię i czas. Może zamiast blogowania powinnam zająć się czymś innym? Dzisiaj jeszcze tego nie wiem. Lubię to swoje miejsce w sieci, lubię pisać. Tak w ogóle to książkę bym napisała. Kiedyś nawet rozpoczęłam swoją powieść i zakończyłam na trzecim rozdziale, nim w ogóle rozwinęła się jakakolwiek akcja. Więc może ten blog to takie moje niespełnione marzenie o  własnej książce?
Tak sobie rozkminiam i nie wiem co dalej. Może to tylko chwilowe zmęczenie materiału, a może sygnały, że faktycznie czas zawiesić bądź porzucić tę działalność na rzecz innych rzeczy. A może zamiast pięciu wpisów w miesiącu, będę publikowała tylko dwa? Czas pokaże.

Bardzo cenię sobie komfort. Lubię upraszczać życie. Od czasu do czasu wyrzucam rzeczy, które mi nie służą, przestaję angażować się w relacje, w których coś nie gra, rezygnuję z aktywności, z których przestaję czerpać satysfakcję. Czy blogowanie jest jedną z nich? Mam dziś do tego bardzo ambiwaletny stosunek. I wiem tylko jedno: nic na siłę.

czwartek, 9 marca 2017

10 pierwszych razów (w styczniu i lutym)




Lubię program telewizyjny "Kossakowski. Inicjacja". Sama również lubię inicjować różne aktywności. Próbować czegoś i dopiero na podstawie własnych doświadczeń stwierdzać czy mi to pasuje czy niekoniecznie.


Zimą nie próżnowałam i eksplorowałam jeszcze nieokryte przeze mnie przestrzenie, głównie kosmetyczne i spożywcze.

1. Sztuczne rzęsy

Jeszcze pod koniec ubiegłego roku zdecydowałam się na przedłużenie i zagęszczenie rzęs metodą 2:1.  Efekt był spektakularny, ale leżenie nieruchomo (co prawda pod kocykiem) przez bite dwie i pół godziny było dla mnie nieco niekomfortowe. Nie przeszkodziło mi to jednak po miesiącu stawić się w progach salonu piękności Monelly w Olsztynie po raz drugi i poddać się kolejnym torturom. Tym razem było już trochę lepiej, bo zapadłam w błogi półsen. Sztuczne rzęsy są całkiem ok, jednak chyba już zatęskniłam za moim tuszem. Ale znając moją próżną naturę i tendencję do minimalizowania wszelkich czynności, pewnie powtórzę jeszcze ten zabieg. Bo fajnie jest obudzić się rano ze zrobionym okiem i nie musieć go zmywać wieczorem.





2. Peeling kawitacyjny


Zaraz po Nowym Roku postanowiłam zadbać o skórę twarzy. Do tej pory peelingowałam się sama. Ostatnio peelingiem enzymatycznym, wcześniej fusami od kawy. Chciałam jednak w końcu zrobić to profesjonalnie, zapukałam więc do gabinetu przesympatycznej pani Kasi i oddałam się w jej ręce. Taki zabieg oczyszczania powinno się ponoć wykonywać cztery razy do roku. Aż taka nadgorliwa nie jestem, ale z pewnością raz do roku nie zaszkodzi poczuć lekkość i odprężenie. Bo peeling kawitacyjny jest absolutnie bezbolesny, a masaż twarzy po- wręcz boski.


3. Termoliflting


Idąc za ciosem i sugerując się fachową opinią wspomnianej wyżej pani Kasi z Cattleya-Derm, poddałam się termoliftingowi skóry twarzy. Na razie byłam na pierwszym z serii czterech zalecanych zabiegów. Cóż, w pewnym wieku trzeba zadbać o odpowiednie uelastycznienie i napięcie tu i ówdzie. Tym bardziej, że zabieg jest mega przyjemny i naprawdę ujędrnia skórę.


4.  Herbatka ajurwedyjska

Przepis na tę magiczną miksturę zapisałam sobie w notesie już jakiś czas temu, ale dopiero niedawno zmobilizowałam się do jej wypróbowania. Składniki: mięta, suszone liście mlecza wczesnowiosennego (sama zrywałam w maju!), imbir, cytryna i kurkuma. Smak może nie powala, ale też nie ma tragedii. Za to walory zdrowotne herbatki (detox, wzmocnienie) przekonują mnie do jej częstszego parzenia.






5. Joga


Jestem już po pełnych dwóch miesiącach zajęć jogi. Dwa razy w tygodniu po godzinie. Czuję się bardziej gibka, rozciągnięta, mam mocniejsze ciało. Że o potężnej dawce relaksu i bycia tu i teraz nie wspomnę. Zapisanie się na jogę to była najlepsza decyzja ever. Żałuję, że tak długo zwlekałam. A zaczynałam TAK.



Tak nie potrafię. Jeszcze :)


6. Syrop z marchwi i imbiru


Wykonany według TEGO przepisu. Preferuję naturalne metody zwalczania wszelkich kaszlów i katarów u dziecka.
Syrop jest dosyć smaczny i, co najważniejsze, niczym nie ustępuje wynalazkom z apteki.


7. Bieganie boso po śniegu

Zainspirował mnie do tego nikt inny, jak Dziarski Dziadek, którego jestem fanką. Rodzice i mąż pukali się w głowę, gdy pewnego popołudnia przy kawie zdjęłam skarpety i stwierdziłam, że idę przed dom, przejść się po lodzie i śniegu. Niesamowite uczucie, warto spróbować.



Białe szaleństwo



8. Wyciskanie soków warzywno-owocowych

Tej zimy postanowiliśmy w końcu zaopatrzyć się w wyciskarkę wolnoobrotową. Sprawiliśmy ją sobie w prezencie walentynkowym i dumnie zajęła puste miejsce po mikrofali na kuchennym blacie (mikrofalówki pozbyłam się latem z prozdrowotnych i  mimalistycznych pobudek). I cóż mogę rzec? Świeże soki owocowe i warzywne są najlepsze na świecie! Aż się boję pomyśleć co będzie latem, kiedy sezonowych warzyw i owoców będzie pod dostatkiem. Co prawda, po wyciśnięciu pysznego soczku, sprzęt trzeba rozebrać na kilka części i dokładnie je umyć, a za tymi czynnościami nie przepadam. Ale niestety, life is brutal. A soczki zdrowe.


9. Złote tatuaże

Od dawna podobały mi się złote tatuaże noszone latem. Do lata jeszcze trochę się zejdzie, ale my z córką już jesteśmy zaopatrzone. Spory wybór złoto- srebrnych tatuaży znalazłam zupełnie przypadkiem w Biedronce i zostały już przez nas przetestowane. Plus dziesięć do wakacyjnego lansu.


Czekamy na lato




10. Jajka od zielononóżek


Bardzo rzadko zdarza mi się kupić nieekologiczne jajka. Zazwyczaj mam sprawdzonych hodowców, dbających należycie o swoje kury. Ale po raz pierwszy spróbowałam jajek od zielononóżek. Kupiłam je w moim ulubionym eko-sklepie i szapo ba, zielononóżki :)



O moich wcześniejszych inicjacjach można poczytać TU, TU i TU. Zachęcam do odkrywania codzienności.

sobota, 4 marca 2017

To se ne vrati- luty 2017 w zdjęciach





Dwadzieścia osiem dni lutego przeleciało z prędkością światła, zostawiając po sobie zaledwie kilka fotek. 



Najfajniejsze momenty to wyjście z koleżanką do fajnej knajpki na piwo i ruskie pierogi, czytanie córce "Nowych przygód Mikołajka" przed snem i oczywiscie joga, na którą uczęszczam systematycznie.

Zadbałam też trochę o siebie zewnętrznie i wewnętrznie. Zafundowałam sobie termolifting, piłam świeżo wyciskane soki owocowe i warzywne, zażywałam regularnie witaminy D3 i K2.

Czasami miałam spadki formy i potrafiłam przesiedzieć całą godzinę w jacuzzi na basenie albo oglądać "Friends" pod kocem. Nawet wyjście z dzieckiem do sali zabaw było sporym wysiłkiem. Czasami wręcz ciężko było mi mówić i oddychać. Ale pozwalałam sobie na takie zmęczenie. 
Z kolei innym razem potrafiłam wykrzesać z siebie więcej energii. A to zaaranżowałam spacer w pięknych okolicznościach przyrody, a to poprosiłam panią z piekarni o udostępnienie składu chleba. Czasami zjadałam kompulsywnie sushi z Biedronki, innym razem delektowałam się wege-bigosem z kiszonej kapusty. We wtorek  popijałam sok z azerbejdżańskich granatów, w piątek już żłopałam kawę rozpuszczalną. W Tłusty Czwartek pożerałam pączki, a jeszcze dzień wcześniej dreptałam do eko-sklepu po jajka od zielononóżek. Przydałoby mi się trochę więcej samodyscypliny, ale cóż zrobić...

Przez dwa sobotnie popołudnia z rzędu wysyłałam córkę z mężem na halę sportową, a sama w tym czasie robiłam sobie seanse filmowe. W ten sposób odhaczyłam z mojej listy "do obejrzenia" "Dziką lokatorkę" z Goldie Hawn i "The Bucket List".

Książkę przeczytałam tylko jedną, ale za to oldskulową. "Głowa na tranzystorach" Hanny Ożogowskiej to coś, co ominęło mnie gdy miałam jakieś trzynaście lat. Od kilku lat nadrabiam takie młodzieńcze zaległości, sięgając po stare lektury. Latem przeczytałam na przykład "Ucho od śledzia" tej samej autorki. W lutym próbowałam też czytać "Przed zmierzchem" Murakamiego, ale to jednak nie moja bajka...

Zaczęłam też oglądać na YT kanał dr Nelly Radwanowskiej, która potwierdza coś, o czym podświadomie wiedziałam już dawno, ale wydawało mi się, że to tylko takie moje bzdurne teorie.



Jezioro Ukiel 















"Głowa na tranzystorach " Hanny Ożogowskiej


Miska bobu z "Przyjaciółmi"
Kawa w pracy
Przedszkolna rzeczywistość


Chwile z jogą



Takie właśnie lepsze i gorsze, kolorowe i czarno białe, czasem abstrakcyjne momenty składają się na mozaikę naszych dni. Akceptuję to wszystko i idę dalej.