wtorek, 28 lutego 2017

Time to detox



No i idzie ku lepszemu. Więcej słońca. Dni dłuższe. Nie ma już egipskich ciemności po wyjściu z biura o 16.00. To naprawdę już za chwileczkę, już za momencik wiosna?


Zanim jednak nastąpi prawdziwa wiosna, czeka nas tak zwany przednówek. Zaplanowałam sobie, że w tym roku nie dam się wiosennemu przesileniu, czyli sezonowemu osłabieniu. Postawiłam na detox i wzmacnianie organizmu, a mój oręż to:


Ssanie oleju
Każdy dzień staram się zaczynać właśnie od tej czynności. Ta ajurwedyjska metoda oczyszczania organizmu z toksyn potrafi zdziałać cuda. Postawiłam na olej kokosowy, kiedyś praktykowałam ze słonecznikowym, bo też jest ok. Niestety, nie każdy poradzi sobie z tą czynnością, ale warto próbować, zwiększając stopniowo czas. 20 minut wystarczy.

Odstawienie mięsa
Bo dzisiejsze mięso niewiele ma wspólnego z tym, które jadłam w dzieciństwie.
Bo nie chcę ładować w siebie antybiotyków, hormonów czy azotynu sodu.
Bo mięso zakwasza organizm.
Na razie odstawiam mięso na miesiąc, potem się zobaczy.


Odstawienie słodyczy
Bo cukier uzależnia i nie przynosi nam absolutnie żadnych korzyści. Dlatego stawiam tylko na zdrowe słodycze jedzone okazjonalnie. Pięć pączków w Tłusty Czwartek to była gruba przesada.

Soki owocowe i warzywne
Od kiedy w miejscu po mikrofali ustawiłam wyciskarkę wolnoobrotową, delektuję się różnymi wariacjami owocowo-warzywnymi. Polecam sok pomidorowy z selerem, marchwią, jabłkiem, papryką, wzbogacony czosnkiem i imbirem. Albo sok jabłkowo- pomarańczowy z dodatkiem buraka.
A z niektórych wiórów można przyrządzić pyszną surówkę do obiadu.


Odpowiednie nawodnienie
Wciąż piję zbyt mało wody. A przecież odpowiednie nawodnienie to bardzo istotny element zdrowia i urody. Będę nad tym pracowała.

Odstawienie wszelkich leków
Poza tymi.

Silnie odtruwający jest również sok z brzozy, zwany oskołą. W drugiej połowie marca można śmiało zaczynać jego zbiory i wznosić toasty za nadejście wiosny (KLIK).

Składniki na herbatkę ajurwedyjską


Zdrowe przekąski


Za chwilę powstanie pyszny soczek


poniedziałek, 20 lutego 2017

10 zimowych pomysłów na oszczędzanie






Myślałam, że o oszczędzaniu napisałam już wszystko i mój repertuar pomysłów zwyczajnie się wyczerpał, ale jednak nie. Co i rusz, przypadkiem bądź wręcz przeciwnie, z premedytacją, wpadam na nowe sposoby, na to jak odłożyć kilka stówek. 


Przeglądając statystyki, zauważyłam, że największą popularnością na moim blogu cieszy się temat oszczędzania. A posty, takie jak TEN, czy TEN, choć stare jak świat, mają najwięcej odsłon.

Mam już za sobą rok bez ciuchów, przed sobą rok bez butów, płacę zawsze w pierwszej kolejności sama sobie, staram się nie kupować pierdół. Biorę krótkie prysznice, potrafię sama zrobić tabletki do zmywarki, zamrażam dary lata, no i generalnie uskuteczniam swój antykonsumpcjonizm. Z przerwami na spełnianie zachcianek :)

O moich mniej i bardziej kreatywnych sposobach na to, by hajs się zgadzał i by nigdy nie narzekać na jego brak, można dowiedzieć się w tym zbiorowym wpisie, gdzie podlinkowane są moje wszystkie pozostałe posty o oszczędzaniu.

Ale tak jak mówię, życie przez cały czas podsuwa mi nowe rozwiązania i aż żal by było nie podzielić się nimi ze światem.

Oto więc dziesięć nowych, mniejszych i większych sposobów na niemarnowanie kasy:

1. Przelewanie jak największej części swoich comiesięcznych dochodów na konto oszczędnościowe lub lokatę.
Kiedyś zaczynałam od skromnych 10%, obecnie doszłam do 60%, choć to było trochę ryzykowne zagranie i z niecierpliwością wyczekiwałam na kolejną wypłatę. Uważam jednak, że idea sama w sobie jest świetna. Żyjesz po prostu bardzo skromnie, bo na niewiele cię stać. Nie wydajesz, bo nie masz. Bo zapłaciłaś sama sobie. I te pieniądze gdzieś tam pracują i rozmnażają się. A ty masz okazję doświadczyć życia w ascezie:) Każdy musi metodą prób i błędów wypracować odpowiedni dla siebie procent. 40% jest optymalne, 50% idealne, choć ja bym się skłaniała ku 60%. Pamiętajcie, jednak, że nie od razu Rzym zbudowano, i nawet tradycyjne 10 % jest jak najbardziej okej, a 5% jest o niebo lepsze niż nic.

2. Zainstalowanie perlatora w kuchni.
Perlator to końcówka, którą montujemy na kranie. Dzięki specjalnemu systemowi sitek, można zaoszczędzić około 30 % zużycia wody.


Perlator

3. Zarejestrowanie karty Moja Biedronka. 
Rejestracja karty trwa jakieś dwie minuty, a pokazując ją przy kasie zawsze można dostać jakiś upust.


4. Sprawdzanie paragonów po odejściu od kasy.
Tak, kilka razy zdarzyło mi się wypatrzyć błąd na paragonie. Nie zgadzała się cena, albo był nabity inny, droższy produkt. Dzięki mojej szybkiej interwencji, dostawałam zwrot pieniędzy. I nie ważne, że były to tylko 2 złote. To przecież były moje 2 zł.


5. Używanie zużytego tuszu do rzęs jako produktu do malowania brwi. 
U mnie wyschnięte tusze doskonale zdają egzamin na brwiach, wymagających tylko lekkiego podkreślenia. Dzięki temu odkryciu nie muszę już kupować specjalnych tuszów do brwi.

6. Marchewkowe wióry, które powstają podczas wyciskania soku jak najbardziej można wykorzystać na surówkę. Wystarczy dodać odrobinę soku z jabłka i przy okazji wyciskania zdrowego marchwiowo- jabłkowego napoju można mieć równie zdrowy dodatek do obiadu. Plus zaoszczędzamy czas i energię poświęcone na ręczne tarcie marchewek. Drugi sposób na wykorzystanie marchewkowych odpadów to upieczenie z nich TYCH babeczek.

7. Wykorzystanie pestki z awokado. 

Czy wiecie że zwykłą pestkę z awokado, można bardzo łatwo przerobić na fantastyczną egzotyczną przyprawę o wielu właściwościach zdrowotnych? Wystarczy pestkę wysuszyć, następnie zetrzeć na tarce, a potem dodawać, gdzie tylko się chce.

8. Targowanie się i negocjowanie. 
Z racji wykonywanego zawodu codzienne negocjacje są dla mnie najnormalniejszą rzeczą pod słońcem. Ta umiejętność to tajna broń, którą wykorzystuję kiedy chodzi o moje prywatne finanse. Nie boję się poprosić o "rabacik".

9. Nie wylewanie wody z kiszonych ogórków.
Sok po kiszonych ogórkach jest równie dobry jak same ogórki. To nie tylko darmowy i naturalny probiotyk, ale i potężna broń do walki z pasożytami na przykład, które, niestety, ma prawie każdy z nas.

10. Dwu- lub trzykrotne zalewanie herbat i ziół.
Zieloną herbatę czy czystek (który my pijemy prawie codziennie) można, a nawet wskazane jest zalewać gorącą wodą dwu-, a nawet trzykrotnie. Zresztą nawet torebka czarnej herbaty jest na tyle mocna, że można z niej zrobić ze trzy kubki, zamiast jednego.

I to by było na tyle. Wszelkie inne oszczędnościowe sugestie są mile widziane w komentarzach.

środa, 15 lutego 2017

Eksperyment: rok bez butów





Buty. Carrie Bradshaw dałaby się za nie pochlastać, Cejrowski radzi sobie doskonale bez nich. Dla mnie buty muszą być przede wszystkim wygodne, a jeśli są przy tym ładne, to szafa gra. Lecz jeśli w owej szafie jest zbyt mało miejsca, to trzeba coś z tym zrobić.


Chwaliłam się już niejednokrotnie, że przez calutki ubiegły rok, a nawet dłużej, nie kupiliśmy sobie z mężem żadnego ciucha. I co? I nic. Nadal mamy w czym chodzić, nadal mamy za dużo ubrań. Pewnie kupimy sobie coś fajnego dla lepszego samopoczucia, ale na pewno będą to zakupy świadome. Eksperyment się udał, czas na kolejny.
Rok 2017 ogłaszam zatem rokiem bez butów. Podobnie jak ubrań, mamy ich zbyt wiele. To znaczy moim minimalistycznym zdaniem zbyt wiele, bo może zdaniem innych- wręcz przeciwnie. Zamierzam więc przez pozostałe 10 miesięcy tego roku przemierzać ulice Olsztyna i innych metropolii w swoich starych kozakach, traperach, botkach, szpilkach, japonkach, adidasach i koturnach. Po coś przecież je kiedyś kupiłam i skoro się jeszcze nie rozleciały niech czynią swą powinność. Tak więc do końca tego roku nie kupuję sobie butów.  A jak mi się rozlecą te, które mam, najwyżej będę śmigać na boso. Jak Cejrowski może, to ja też. Bo lubię wyzwania.
Jakie odniosę korzyści? Zaoszczędzę pieniądze i czas spędzony w sklepach obuwniczych. Odgracę szafę w korytarzu wyrzucając buty, które się zużyją (odgracanie to moje drugie imię- KLIK). Może kogoś zainspiruję...









Taki zakupowy detoks naprawdę dobrze mi robi. Coraz rzadziej kupuję coś pod wpływem impulsu, zwracam dużą uwagę na jakość. Ubrania i buty niczego mi nie rekompensują. Galerie i centra handlowe omijam szerokim łukiem, a na dźwięk słowa "szoping" dostaję dreszczy. Zakupy ubraniowe jako forma spędzania wolnego czasu? Takie pojęcie dla mnie nie istnieje. Wolę jakąś mikrowyprawę w dzicz, wieczór z planszówką, cokolwiek, byle nie zakupy. Och, jak mi przykro, że nie jestem stuprocentową kobietą :)
No, i takie to buty...

czwartek, 9 lutego 2017

Jedyne tabletki, które polecam




Nie jestem zwolenniczką faszerowania się lekami. Nie jestem wzorowym pacjentem, łykającym wszystko, co przepisze pan doktor. Stawiam na metody naturalne. Oraz naturalną suplementację. 


Zdarza mi się nie mieć cierpliwości do bólu głowy i zażyć coś, co przyniesie szybki efekt. Ale pracuję nad tym. Moja domowa apteczka jest aktualnie naprawdę skromna. Sukcesywnie pozbyłam się większości medykamentów, jakie kiedyś zdarzyło mi się bezmyślnie nabyć. Zostały dosłownie cztery, które mogą się przydać. Choć lepiej, żeby nie. I jak tylko ich data przydatności minie, wywalę je. Poza tym ampułki soli fizjologicznej, tantum verde, woda morska, woda utleniona, syrop przeciwgorączkowy dla dziecka na wszelki wypadek, amol, olejek kamforowy, jakiś magnez, no i, of kors, witamina D. W mojej apteczce wieje nudą, co? 

Do tego właśnie dążyłam. Do ograniczenia spożywania leków do minimum. Bo różnie w życiu bywa, różne dolegliwości nas zaskakują i czasami człowiek, zanim pomyśli, to z bólu, strachu i chęci doznania natychmiastowej ulgi, odruchowo szuka pomocy w aptece. A to błąd, bo większość leków nam szkodzi, nie pomaga. To zdrowa żywność leczy.

A także ruch, odpowiednie dotlenienie, bezstres. Ssanie oleju kokosowego, picie oleju z czarnuszki, joga, sen, bieganie, śmiech, sok z granatu, orzechy brazylijskie, spacery po sosnowym lesie, herbatka z czystka. Imbir, marchew, kurkuma, goździki, kiszona kapusta. Pływanie, chodzenie na boso po trawie, jedzenie jabłek i nietłumienie emocji. Odpowiednie nawodnienie, zakupy w sklepach ekologicznych, głaskanie kota, przytulanie się, uprawianie własnego ogrodu. Rokitnik, młody jęczmień, seler naciowy, szpinak, buraki. Kąpiele słoneczne, soczyste pomarańcze, odprężające masaże, pestki z awokado i moreli. Dziesięć tysięcy kroków dziennie, spełnianie marzeń, zdobywanie gór, zielone koktajle, relaks... Dlaczego nie ma tego nabazgrolonego na receptach? Ani nie krzyczy się o tym w neonowych reklamach? Dlaczego lekarze leczą objawy, nie przyczyny? Co z profilaktyką i holistycznym podejściem do tematu?


Wiadomo nie od dziś, że kluczową rolę dla naszej odporności odgrywa witamina D, wytwarzana w skórze pod wpływem słońca. O tej porze roku jednak nie ma tak dobrze i dlatego musimy tę witaminę suplementować. O ile wszystkie inne A, B i C możemy czerpać z żywności, o tyle z D jest problem. Owszem, jej szczątkowe ilości znajdziemy w jajkach, rybach morskich, mleku, ale to naprawdę tyle, co nic. Dlatego w okresie od września do maja staram się systematycznie łykać różne specyfiki z witaminą D3 właśnie. 

Czyż to nie jest dziwne, że lekarze nie mają skrupułów z przepisywaniem antybiotyków, probiotyków i innego chemicznego badziewia z mega długą listą skutków ubocznych, a nie zalecą człowiekowi zażywania zwykłej-niezwykłej witaminy D3, zwiększającej odporność i chroniącej przed wieloma chorobami? W naszej strefie klimatycznej tylko latem możemy wyluzować i odpuścić sobie łykanie złocistych kapsułek z oleistą cieczą. Jesienią, zimą i na przednówku za to śmiało można zostać lekomanem-amatorem witaminy D3. W połączeniu z K2 najlepiej- już ponoć jest, widziałam reklamę i muszę przyznać, że po raz pierwszy widzę sens spotu reklamującego suplement diety. Bo jeśli się tak przyjrzeć blokom reklamowym, to jakieś 80 procent całości stanowią właśnie leki. Koncerny farmaceutyczne rządzą, no bo jakże inaczej? Programują nas na chorowanie i łykanie kolorowych pigułek od wszystkiego, a tak naprawdę od niczego. 

Wiem z własnego doświadczenia, że zwykłe przeziębienie tak samo przebiega, kiedy leczysz się zalaną gorącą wodą zawartością reklamowanej saszetki i zalaną wrzątkiem herbatką z lipy z syropem z kwiatów czarnego bzu (czy mniszka lekarskiego).  

Dziecku kaszel nie minie szybciej kiedy zamiast syropu z cebuli, czosnku i miodu zażyje super pyszny i kolorowy syropek z apteki. 

Zamiast wlewać dziecku do ucha antybiotyk przepisany przez pediatrę, wlałam wyciśnięty sok z czosnku. Pomogło. Antybiotyk też by pewnie pomógł.

Można inhalować się sterydami, można też spróbować nebulizacji z solą fizjologiczną i wodą utlenioną. 

Można obłożyć się dookoła kilkunastoma znanymi z reklam opakowaniami natychmiastowych "uzdrawiaczy",  można też natrzeć plecy i klatkę piersiową nalewką bursztynową, zjeść trochę czosnku, wypić rozgrzewający napój z imbirem, kurkumą i cytryną.  Efekt będzie ten sam.

Wszystko można. Ale nie da się zimą zapewnić sobie odpowiedniej dawki witaminy D3 bez udania się do apteki. W tym przypadku robię wyjątek. A kiedy przerażają mnie kolejki chętnych do konsultacji z farmaceutą, wybieram półeczkę w Rossmannie. 

Kiedy natomiast pojawia się słońce, idę na spacer i chwytam każdy promień.



sobota, 4 lutego 2017

To se ne vrati- styczeń 2017 w zdjęciach




Pierwszy miesiąc za nami. Mimo, że za styczniem nie przepadam, ten nie był najgorszy. A może to ja spojrzałam na niego łaskawszym okiem. Starałam się celebrować każdy dzień i nie spisywać na straty żadnej godziny.


Bo styczeń to nie tylko Blue Monday i posępne, chłodne dni. Dla mnie to też święta (KLIK), ale również Dzień Babci i Dziadka. W tym roku, chociaż od mojego "dziadostwa", jak ich pieszczotliwie nazywam, dzieli mnie całe 280 kilometrów, miałam zaszczyt złożyć im życzenia osobiście. To naprawdę niesamowite uczucie widzieć, jak twoja latorośl wręcza swoim pradziadkom ich portrety.

Moja styczniowa rutyna to czytanie pod kocykiem, nadrabianie zaległości filmowych, zabiegi upiększające i przyjmowanie rzeczywistości takiej, jaką jest.

Dwie najważniejsze aktywności minionego miesiąca to praktykowanie jogi (KLIK) i czytanie kontrowersyjnego bloga Pepsi Eliot (KLIK). Joga to coś, czego chciałam spróbować od lat i cieszę się, że w końcu zapoczątkowałam swoją przygodę z pozycjami "półmędrca", "drzewa" , "sfinksa" i "psa z głową w dół". Natomiast wspomniany blog (choć nie zgadzam się z kilkoma hipotezami autorki) utwierdza mnie poniekąd w moich dotychczasowych przekonaniach, a także daje szersze spojrzenie na wiele spraw. Warto poczytać o życiu w matrixie, przebudzeniu i witarianizmie. 


Moja K. w świątecznej odsłonie


Moje "dziadostwo", jak ich humorystycznie nazywam


Fajnie jest oglądać stare zdjęcia- moja babcia w 1961 roku


Ciepła, klimatyczna książka- polecam!


Mój ulubiony cytat z tej książki: " Poradzisz sobie (...) w końcu jesteś specjalistką od upiększania rzeczywistości. Machnij swoją czarodziejską różdżką"




Widok zza okna


Prezent od mamy-  naturalna świeca z węzy pszczelej


Dokarmiamy miejskie ptactwo

Czas na sanki

Warto archiwizować takie chwile, by zajrzeć do nich w gorsze dni. Może same, pojedyncze wspomnienia nie mają takiej mocy, ale już zebrane migawki z całego miesiąca- owszem. Jaka szkoda, że dwadzieścia lat temu nie było aparatów cyfrowych i wszystko rozmywa się w pamięci. Dlatego będę uwieczniać, co się da. Dla potomnych. I ...bo to se ne vrati. Chociaż może?