sobota, 30 grudnia 2017

To se ne vrati- grudzień 2017 w zdjęciach





Grudzień był miesiącem długim i obfitującym w wydarzenia. Był dla mnie zdecydowanie lepszy niż październik i listopad. Przestałam zamulać, zaczęłam żyć.


Zacznę od tego, że nie dalej niż przedwczoraj zirytowałam się straszliwie, ponieważ Blogger spłatał mi figla i usunął mi się długi post o Jeżycjadzie (mojej ulubionej sadze Małgorzaty Musierowicz), nad którym pracowałam dwa dni i który kosztował mnie wiele wysiłku. Ze złości nawet chciałam nie kontynuować w przyszłym roku bloga, no ale już mi przeszło i najprawdopodobniej w styczniu ukażą się kolejne posty. We wpisie, który był na blogu jakieś dwa tygodnie, opisałam po kolei każdą z dwudziestu jeden przeczytanych książek, a każde zdjęcie okładki opatrzyłam podpisem z kilkoma pierwszymi zdaniami z każdej części. W grudniu rozpoczęłam delektowanie się Jeżycjadą na nowo. Zamówiłam sobie przez internet dwa pierwsze tomy i właśnie skończyłam "Szóstą klepkę". Jej akcja też zaczyna się w grudniu, więc warto po nią sięgnąć właśnie o tej porze roku.

Zdjęcie tytułowe z posta "Jeżycjada i moja wieloletnia z nią przyjaźń", który już nie istnieje :(


Przeczytane w grudniu
Moja grudniowa codzienność to przede wszystkim nauka życia pod wspólnym dachem z kotem. Zaliczyliśmy też już dwie wizyty u weterynarza, a na początku stycznia czekają nas dwie kolejne. Tak, kot to skarbonka:)
W grudniu zaopatrzyłam się również w nowy dziennik (Regina Brett "Twój dziennik") do opisywania swoich zapewne zajebistych 365 dni w 2018 roku. Odwiedziłam koleżankę w jej nowym mieszkaniu. Oddałam stare okulary na misję do Kenii. Spróbowałam amarantusa ekspandowanego. Kupiłam spodnie o rozmiar mniejsze niż zazwyczaj. Poznałam nowe osoby. Przeczytałam "Pokolenie Ikea". Znalazłam 20 zł na ulicy (właśnie zrobiłam podsumowanie moich znalezionych przez pięć lat pieniędzy i wyszło, że mam ponad 94 zł- kupię sobie za nie coś, pewnie książki, i zaczynam zbieranie złotówek na szczęście od nowa). Wróciłam do jedzenia owsianek i jaglanek na śniadanie. Spróbowałam czerwonych bananów. Oglądałam vlogmasy na YT. Mam nowy kwiatek w sypialni.
Jak widać, jest wiele powodów do wdzięczności.
Poza tym z podekscytowaniem oglądałam losowanie do MŚ w piłce nożnej. Nie mogę się doczekać  czerwca, kiedy to utrzemy nosa Senegalowi, Kolumbii i Japonii. No i koniecznie muszę kupić koszulkę Pazdana:)


Pracujemy:)
A mówią, że pieniądze nie leżą na ziemi


Śnieżka przyłapana na drzemce w szufladzie z ubraniami K.



Każdy weekend grudnia miałam zaplanowany, dzięki czemu po tygodniach jesiennego marazmu mogłam się ocknąć i wrócić do życia na pełnych obrotach.
Na początku miesiąca zrobiłam w domu imprezkę, co mi się ostatnio nie często zdarza. Ostatni goście wyszli o trzeciej nad ranem, więc chyba stanęłam na wysokości zadania i nie było tak źle:) Na pewno przyczyniła się do tego gra "Czółko", w którą grać uwielbiam oraz tańce na X-boxie.


Śnieżka w rękach swego oprawcy i wazon, który dostałam w prezencie od znajomych

Drugi weekend grudnia to mój wyjazd służbowy do Bydgoszczy i klimatyczne wigilijne spotkanie w gronie współpracowników. Znowu miałam okazję przejechać się pociągiem. Niestety, trafiłam na ten bezprzedziałowy, i to w obie strony! 





Bydgoszcz by night


I z powrotem...


Na kolejny weekend zaprosiłam do siebie moich rodziców. Od czasu do czasu lubię mieć pełną chatę.
Byliśmy razem na jarmarku świątecznym, gdzie K. występowała z kolędą "Skrzypi wóz", potem graliśmy przy stole w chińczyka, czółko i państwa miasta  (po raz pierwszy moje dziecko było pełnoprawnym uczestnikiem gry i nawet nieźle sobie radziło!). Następnego dnia znów pojechaliśmy na koncert K., tym razem do Eranova. Potem lodowisko, i tak zleciało...


Jarmark Świąteczny


Sama radość i endorfiny


Zawitał do nas SpongeBob

Eranova

Świąteczny koncert

Mama została u nas na tydzień, aż do świąt. Pomogła mi w przygotowaniach. Zresztą, przy moim minimalistycznym podejściu do tematu, nie przemęczyłyśmy się ani trochę. Święta, jak to święta, deszczowe i minęły zbyt szybko. Nie naoglądałam się świątecznych filmów w telewizji, jak to miałam w planach (tylko "Święta Last Minute"), bo trzeba było przecież znowu grać we wszelkiej maści gry, włącznie w tymi, który przyniósł niewidzialny Święty Mikołaj. A przyniósł bardzo fajną moim zdaniem grę "Spin to Sign" (to przez nią między innymi nie pogapiłam się na telewizor). Trzeba było tylko pobrać do niej aplikację, potem ściągnąć odpowiednie hity na laptop, w międzyczasie skoczyć na pasterkę dla dzieci, potem zgrać piosenki na smartfon, potem zaimportować je do playlisty, przegryźć makowca, i na koniec dodać uczestników, każdego ze zdjęciem, a jakże. Następnie należy umieścić swój drogocenny telefon na selfie sticku i pozwolić mu się kręcić jak ruletce. I można grać. Śmiechu przy śpiewaniu mieliśmy co nie miara. Pomijając wyżej opisane niedogodności gra jest naprawdę warta polecenia. Tak samo jak interaktywne państwa miasta.
Zazdroszczę mojej córce prezentów. Mojemu tacie też zazdroszczę dużego opakowania pierników z czymś chrupiącym w środku. Ja dostałam tylko pikowaną torebunię na łańcuszku od Macieja Zienia. Wszystkie wyżej wymienione prezenty zostały zakupione... w Biedronce. Można? Można.
A tak serio, to jestem niezmiernie wdzięczna, że nie zwariowałam siedząc w domu przy takiej pogodzie. Wolę święta bardziej aktywne, no ale w tym roku było jak było.


Chwila relaksu przed wigilią




Zdolna jestem niesłychanie:)


W tym roku dekoracje wyglądały tak, choć bardziej podobały mi się te z przed dwóch lat


Moja śpiewaczka


Coś pysznego!




K. rozkminia grę


Kiedy prezenty już się znudziły i nie ma to jak tablet


Kolejny prezent- fabryka mydełek


Gramy w państwa miasta




Moja torebunia 


Przyjaźń na zawsze

A w ten weekend sprzątam gruntownie swoją chatę przed Nowym Rokiem. Wyrzucam niepotrzebne rzeczy (mimo że robię to regularnie, zawsze znajduję coś jeszcze, czego nie potrzebuję), piorę, zmieniam pościel, odkamieniam czajnik. Tak mam od lat, że na pierwszego stycznia muszę mieć w domu nieskazitelny porządek.

P.S. Moje blogowe postanowienie na 2018 rok-  wstawiać więcej zdjęć zrobionych aparatem, nie telefonem.

czwartek, 28 grudnia 2017

10 pierwszych razów (w listopadzie i grudniu)


To już ostatni wpis w tym roku o moich pierwszych razach. Jeśli tak wziąć pod lupę cały rok, trochę się działo. Odważyłam się spróbować w sumie 60 nowych rzeczy. Jedne z nich były lepsze, inne gorsze, ale w sumie niczego nie żałuję.


Oto moje inicjacje z ostatnich dwóch miesięcy 2017 roku:

1. Spróbowałam miodu manuka.
To drogi interes. 100 zł za 150 gramów. Zjadłam 100 zł w tydzień. Miód jest smaczny, możliwe że, działa leczniczo, ale jego cena zbija z nóg. Postawię raczej na nasze polskie miody, tym bardziej, że mój tato od kilku lat z powodzeniem uprawia pszczelarstwo.

2. Zrobiłam oszukany warkocz.
Nie sobie, córce. Fajny efekt. Warto było przetestować pomysł z internetu.



Oszukany warkocz


3. Wydobywałam pierzgę pszczelą.
Bardzo fajne zajęcie na długie zimowe wieczory, a przy tym jakie pożyteczne. Pierzga to sfermentowany pyłek zbierany przez pszczoły robotnice, stanowiący pokarm dla larw i młodych pszczół. Zawiera dużo witamin i pierwiastków, enzymów i aminokwasów. Naturalnie wzmacnia naszą odporność i pomaga przy problemach trawiennych.



4. Byłam na zebraniu Rady Rodziców.
Wynudziłam się na nim jak mops. Całe szczęście, że nie trwało długo. Co mnie podkusiło, by zapisać się do trójki klasowej, nie wiem po dziś dzień. Chociaż, nie było w surmie tak źle, bo pani dyrektor ze szkoły mojej córki jest bardzo pozytywną osobą. Przypomina mi Ewę Kasprzyk w "Koglu- moglu" :)

5. Ułożyłam puzzle 1000 elementów.
Zawsze chciałam to zrobić. Poświęciłam na to tydzień.  Puzzel po puzzlu, godzina po godzinie, powstawał górski krajobraz.


Prawdziwy trening cierpliwości

6. Upiekłam ciasto drożdżowe.
W ciastach nie jestem dobra. Szczerze mówiąc nie lubię tego robić. Czasami się jednak przełamuję i coś tam mi wychodzi.




7. Testowałam nowy drewniany żwirek dla kota. 
Przy pierwszym kocie używałam żwirku bentonitowego i taki też zakupiłam, kiedy w listopadzie powiększyła nam się rodzina. Jego wadą było to, że nie można było go wyrzucać bezpośrednio do toalety, a że kuwetę mam w łazience, znacznie ułatwiłoby mi to sprawę. Na pomysł zakupu drewnianego żwirku wpadł mój mąż, kiedy to został na dwa dni sam na sam z kotem i musiał sobie poradzić. Żwirek się sprawdził, wyrzucamy go szybko do sedesu, spuszczamy wodę i po sprawie. Poza tym jest wydajny. Nie widzę na razie jego wad, więc chyba przy nim zostaniemy.

8. Wizyta u weterynarza. 
W grudniu bylimy ze Śnieżką dwa razy u przemiłej pani weterynarz, która założyła nam książeczkę zdrowia, dokonała dokładnych oględzin kota, podała mu środek odrobaczający i skróciła pazurki. W styczniu czeka nas pierwsze szczepienie.


Śnieżka u kociego lekarza


9. Rozpoczęłam robótkę na drutach żyłkowych. 
Do tej pory dziergałam tylko na tradycyjnych drutach. Robiąc przedświąteczne porządki znalazłam trzy pary drutów żyłkowych, które kiedyś dostałam w prezencie i tak leżały niewykorzystane. Postanowiłam ich użyć i zaczęłam robić na nich komin córce. Są bardzo wygodne w użyciu. Po raz pierwszy też robię robótkę z puszystej nici. Daje bardzo ciekawy efekt.



Dobre zajęcie na zimowe wieczory


10. Spróbowałam czerwonych bananów.
Z Lidla. Dwa z nich od razu poszły do kosza, bo otworzyłyśmy je z mamą za wcześnie i były cierpkie i niezjadliwe. Dopiero, gdy poleżały tydzień i dojrzały, można było je zjeść. Są podobne w smaku do żółtych, mają lekko ciemniejszy miąższ, ale są dwu-, a nawet trzykrotnie droższe. Ale spróbować warto.



Banany w innej odsłonie

Dla mnie próbowanie nowych rzeczy jest kwintesencją życia. Dlatego też przez ostatni rok próbowałam ile mogłam. I teraz już wiem, jak to jest złowić rybę w rzece (KLIK), biegać boso po śniegu  (KLIK), nie jeść mięsa (KLIK) czy być 300 m pod ziemią (KLIK).

wtorek, 19 grudnia 2017

Jak przeżyć zimę- bardzo subiektywny poradnik


 

W sumie nie taki diabeł straszny, ale prawda jest taka, że lepiej funkcjonuje mi się latem niż zimą. Zimą muszę trzymać się w ryzach, by przypadkiem nie skręcić na niewłaściwe tory. Zimą łatwiej jest wywiesić białą flagę, zakopać pod kocem i obrazić na cały świat.


Łatwiej jest nie dbać o siebie, wpadać w otchłanie rozpaczy i wegetować zamiast żyć. Z tego właśnie powodu raz na jakiś czas muszę pisać krótkie poradniki sama dla siebie i zaglądać do nich równie często jak do powiadomień na fejsbuku. Dzięki temu jako tako ogarniam to moje życie, w gorszych chwilach wiem, jak przywrócić się do pionu, a czasami wręcz czuję się jak Królowa Życia:)

Zatem zimą dobrze mi robią:

Zimowe spacery
Na ten przykład nie dalej niż wczoraj wieczorem zrobiłam sobie osiem tysięcy kroków. Przewietrzyłam głowę, uspokoiłam emocje, wróciłam rześka i pełna energii.

Wsłuchiwanie się w mruczenie kota
Kocie mruczenie to jeden z dźwięków (obok suszarki i szumu morza), który działa na mnie wyjątkowo uspokajająco. Teraz, kiedy już mam swojego mruczącego czworonoga, jestem w raju. Lubię kiedy Śnieżka kładzie się na mojej klatce piersiowej i czuję na sobie jej wibracje. Od razu poprawia się moje samopoczucie. No, magia, normalnie!



Mój Mruczek


Kolekcja zimowych swetrów
Zimą bardzo lubię ginąć w oversizowych swetrach. Najlepiej w zimowym stylu, z bałwankiem czy innym jeleniem. Czuję się wtedy bezpiecznie opatulona i zaopiekowana.


Ulubione tej zimy


Układanie puzzli
Idealne zajęcie na długie zimowe wieczory, najlepsze na poukładanie myśli. Ostatnio ułożyłam 1000 elementów, w zanadrzu mam jeszcze dwa razy po 500, więc nuda mi nie straszna. 

1000 elementów


Czytanie Jeżycjady
O Jeżycjadzie dosyć obszernie rozpisałam się TU. Nie ma lepszej i cieplejszej niż ciepły koc lektury. Na zimę polecam zwłaszcza części utrzymane w zimowo-świąteczno-sylwestrowym klimacie -"Szóstą klepkę", "Kwiat kalafiora", "Noelkę", "Język Trolli", "McDusię".

"Jeżycjada" M.Musierowicz


Świąteczne akcesoria do domu
W tym roku trochę się obkupiłam. Dla innych pewnie to tyle co nic, ale dla mnie, oszczędnej minimalistki wydanie całych 72 zł na ozdoby choinkowe, to aż nadto.








Wyjście na Jarmark Świąteczny
Co tu dużo mówić, jarmarki są fajne. Wielkie świecące bombki, do których można wejść. Chodzące po Starym Mieście Mikołaje (w Olsztynie często bywa ponoć ten prawdziwy, z Rovaniemi) i Elfy. Iluminacje. Karuzele. Budki z jedzeniem i grzanym winem. Moja córka już od dwóch lat występuje ze swoją szkołą muzyczną na Jarmarku Świątecznym, więc chcąc nie chcąc zaliczamy tę imprezę i jesteśmy zadowoleni.



Świąteczna starówka
Z mamą na jarmarku świątecznym

Święta
Już na nie nie narzekam. Zupełnie przestała mi przeszkadzać świąteczna gorączka od listopada. Jaram się świecidełkami, choinkami, kolędami, całym tym christmasowym blichtrem. Zaakceptowałam świąteczny przepych. Ale i tak spędzam ten czas po swojemu. Wspominałam już kiedyś, że jestem szczęściarą, która obchodzi Boże Narodzenie podwójnie, tak więc mam podwójne pole do popisu.


Nasze skromne drzewko

Świąteczne playlisty
Uwielbiam. "Last Christmas" nigdy za wiele. "Merry Christmas Everyone" również. "Pada śnieg "Górniak i Antkowiaka przywołuje obrazy z lat dziecięcych. Jednak moim prawdziwym faworytem jest "Feliz Navidad". Ostatnio świetnie mi się pracuje przy takiej muzyce.




Pisanie dziennika
Piszę je od lat. Mam już nowy dziennik na 2018 rok i nie zawaham się go użyć. Nie mogę się już doczekać, aż zacznę wypełniać jego strony. Żeby jednak mieć czym je wypełniać, trzeba żyć aktywnie i pozytywnie. I to jest właśnie idealny napęd życiowy! Robię coś ze swoim życiem, żebym miała o czym pisać, bo kocham pisanie.



Nowy dziennik na Nowy Rok

Notowanie inspiracji
Na stronach moich dzienników jest też miejsce na bieżące zapisywanie inspiracji. Dzień bez jednej nowej inspiracji jest dla mnie dniem straconym. Tak więc notuję tytuły filmów do obejrzenia, książek do przeczytania, miejsc do odwiedzenia i potraw do ugotowania. A inspiracje są oczywiście po to, by je wprowadzać w życie, tak więc również są moją siłą napędową. Dodam jeszcze, że dość łatwo mnie zainspirować, więc mam co robić!


Rozwiązywanie zagadek logicznych
Jak chociażby TE zagadki Einsteina, które nie tak dawno z sukcesem rozwiązałam. Skutecznie  odwracają uwagę od natrętnych myśli, ćwiczą koncentrację, a na koniec dają dużo satysfakcji. Warto spróbować.


Blogowanie
Choć czasem mnie nudzi, brnę w to dalej, bo jak wyżej wspomniałam, kocham pisać, a poza tym lubię dokumentować mijające tygodnie i miesiące. No i, co najważniejsze, uważam że mój blog jest naprawdę spoko (no może pomijając jakość niektórych zdjęć, bo porzuciłam aparat na rzecz telefonu)  i w wolnych chwilach lubię sobie poczytać. A że nie ma imponujących zasięgów? Cóż. Sama nie wiem, czy bym tego chciała. Tak naprawdę tworzę go dla samej przyjemności tworzenia.

Lodowisko
Zainaugurowaliśmy niedawno tegoroczny sezon na łyżwy i było przednio, jak zawsze. Planuję w tym roku odwiedzić jeszcze dwa inne olsztyńskie lodowiska, w tym jedno kryte, bo łyżwy (choć piruetów nie kręcę i nie jeżdżę tyłem) to jedna z moich większych zimowych przyjemności (jak rolki wiosną zresztą).


Trzy, dwa, jeden...
K. na lodowisku

Oglądanie vlogmasów
Jako, że nie oglądam ostatnio żadnych seriali, postawiłam na vlogmasy moich ulubionych youtuberów. Tak miło jest zjeść śniadanie do vlogmasu. Takie moje guilty pleasure. Święta to jednak magia. 





Mam nadzieję, że moja zima, która właśnie się zaczyna będzie obfitowała w jak najwięcej z powyższych rzeczy. Wesołych Świąt!

wtorek, 5 grudnia 2017

To se ne vrati- listopad 2017 w zdjęciach


 

Nawet się cieszę, że nastał już grudzień. A listopad? Był tak smętny, że musiałam go sobie umilać na milion sposobów. Od zmiany koloru włosów począwszy, na powiększeniu rodziny skończywszy.


Tak, wybrałam się w drugiej połowie miesiąca do fryzjera z zamiarem zrobienia odrostu. Wyszłam z salonu ruda. Nie ma to jak spontan w listopadzie! Najpierw mi się podobało, teraz tęsknię za blondem.


Zostałam rudzielcem


Listopadowe dni umilał nam kotek, którego przygarnęliśmy (KLIK). To była też baaardzo spontaniczna decyzja. Kotka szybko się zaadaptowała i właściwie jest bardzo grzeczna. Czasem tylko, kiedy myli jej się dzień z nocą, musimy się przed nią zamykać w sypialni. Właśnie kiedy powstaje ten wpis, kot leży mi na brzuchu i mruczy. 

I tak mu mija dzień za dniem...

Wieczorami układałam puzzle z tysiąca elementów. To było nie lada wyzwanie. Wymagało ode mnie dużo cierpliwości. Byłam z siebie bardzo dumna, aż do momentu, kiedy w Lidlu zobaczyłam puzzle 3000 elementów.


Nabytek z Biedry


Tydzień mi zeszło


Poza tym zastała nas zima. Sfotografowałam pierwszy śnieg i ucieszyłam się z niego jak dziecko.


Zimowo


Pierwszy śnieg


Drugi śnieg


W listopadzie odnalazłam też książkę z dzieciństwa, której szukałam od kilku lat. Nie pamiętałam tytułu, ani autora. Wypożyczyłam ją w wieku 11 lat w szkolnej bibliotece. Pamiętałam tylko, że okładka była jakby trochę zielona, autor jakby zagraniczny i że bohaterami były dzieci bawiące się na wrzosowiskach. Szukałam w bibliotekach. Przeszukałam wszystkie blogi i fora o starych książkach. Nic. Moja dawna biblioteka szkolna wiele lat temu została przeniesiona w inne miejsce. Ale pomyślałam, że skoro nie ma innych możliwości, może tam będzie jakiś ślad. Wysłałam mamę na przeszpiegi. Mama przewertowała stare księgi inwentarzowe od 1989 roku. Dyktowała mi przez telefon potencjalne tytuły. A ja wpisywałam każdy z nich w google. I stało się. Chodziło o książkę z 1991 roku "Zwycięstwo Polly" L.T.Meade. Znalazłam ją w internetowym antykwariacie i natychmiast zakupiłam za całe 3 zł. Jestem już w połowie czytania. Kto mnie zna, wie że mam hopla na punkcie dawnych książek dla dzieci i młodzieży. W czasach, kiedy nie było takiego przebodźcowania, książki te dawały mi maksimum przyjemności. Teraz czyta się je trochę inaczej.
Chociaż na przykład "Szóstą klepkę" M.Musierowicz, którą sobie niedawno sprawiłam czyta mi się równie przyjemnie jak dwadzieścia lat temu. Jest to pierwsza część, otwierająca serię zwaną Jeżycjadą (od poznańskiej dzielnicy Jeżyce, gdzie rozgrywa się akcja całej serii). Przeczytałam wszystkie 21 jakże ciepłych książek autorki i teraz zaczynam od nowa delektowanie się losami poznańskich bohaterów.



Nad Jeziorem Bartąg


Niedzielna wyprawa
Przed występem na Dzień Niepodległości


Wydobywanie pierzgi na Podlasiu- KLIK


Niedzielne ciasto drożdżowe


Trochę przypalone, ale dobre


Stwarzam klimat

Poza tym mam naprawiony odkurzacz, zakończyło się szaleństwo z biedronkowymi naklejkami (w tym miesiącu do grona naszych świeżaków dołączyły Marchewka Marysia, Rzodkiewka Żaneta i Groszek Grześ) i wypełniłam formularz zgłoszeniowy do programu "1 z 10". 
Zainwestowałam w miód manuka, nauczyłam się robić "oszukany warkocz", przestałam jeść pieczywo i sporo schudłam.
Ciągle łapię się za jakieś zajęcia, bo ta pora roku mnie przytłacza, a smuteczki nie chcą odejść.