poniedziałek, 12 grudnia 2016

Sezon mandarynkowy, książki i luz






Ostatnimi czasy wpadłam w stan, w którym nie muszę niczego chcieć. Wszystko, czego chciałam, samo do mnie przychodzi. I to jest piękne. Taki wewnętrzny spokój jest na wagę złota.


Zbliżają się święta. Tematem numer jeden są teraz świąteczne dekoracje i prezenty. Absolutnie nie poddałam się temu owczemu pędowi. Owszem, kupiłam piękną gwiazdę betlejemską i przywiozłam kilka gałązek świerku z lasu. I po temacie. Prezentów, ogłosiłam wszem i wobec, że raczej nie chcę. Niczego  nie potrzebuję, wszystko mam. 
Czym zatem żyję na przestrzeni ostatnich dni? Zwolniłam obroty. Bo mogę.
Jem mandarynki.
Kupiłam sobie fajne buty.
Przytyłam trzy kilo.
Gapię się na sikorki za oknem.

Czytam. W dalszym ciągu kilka książek na raz. Ostatnio były to:
"Młyn nad Czarnym Potokiem" Anny J. Szepielak -powieść obyczajowa z nutką rodzinnej tajemnicy w tle;
"Sekrety urody Koreanek" Charlotte Choo rytuałach pielęgnacyjnych w Korei Południowej;
"Joga bez napinki" Doroty Mrówki- książka, która sprawiła, że jestem już o krok od zapisania się na zajęcia jogi;
"Mikrowyprawy w wielkim mieście" Łukasza Długowskiego- pozycja, dzięki której mam ochotę wychodzić z domu i odkrywać świat.
Właśnie rozpoczęłam też "Okularnika" Katarzyny Bondy, ale to będzie dłuższa przygoda, bo książka liczy sobie 848 stron. Chyba nie miałam w ręku nic grubszego. Moja mama przerwała książkę w połowie, i to wcale nie dlatego, że fabuła przestała ją interesować, tylko, że książka była zwyczajnie za ciężka i niewygodna do trzymania.


Nie potrafię się wyleczyć z czytania kilku książek na raz


Robię zakupy w Biedronce i Lidlu. Czasem coś ugotuję. Piję rooibosa, skrzyp polny i dziurawiec.


Zakupy z Biedronki


Zakupy z Lidla


Spędziłam dwie fantastyczne doby w Bydgoszczy, zahaczyłam o Toruń. Spróbowałam swoich sił w starciu ze ścianką wspinaczkową. Doświadczyłam pełnych napięcia chwil w Escape Roomie. Poznałam przyjaznych i nieszablonowych ludzi. 

Odgracam mieszkanie przed Nowym Rokiem. Robię tak praktycznie co roku, tzn. wyrzucam niepotrzebne moim zdaniem rzeczy na bieżąco, ale w grudniu robię do na większą skalę. I tak, książka o historii F1 powędruje do biblioteki jako dar czytelników, za ciasne buty mojej córki- do domu samotnej matki (już druga tura), kilka rzeczy wyląduje zwyczajnie na śmietniku. Lubię otaczać się rzeczami ładnymi i praktycznymi. Wszystko, czego nie używam i co nie wzbudza we mnie pozytywnych emocji, nie ma prawa być w moim domu.

Dopinguję karierę muzyczną mojej córki. Zaczęło się całkiem niepozornie, od ciągłego śpiewania w domu, od niewinnych lekcji w klasie wokalu, skończyło się na występach w Urzędzie Wojewódzkim i  zdobycia Grand Prix na Przeglądzie Piosenki Patriotycznej. Przed nami występ na jarmarku świątecznym na starówce i koncert w styczniu. Nie sądziłam, naprawdę, że tak to się potoczy. No, ale fajnie, niech sytuacja się rozwija :) Będziemy wozić naszą małą piosenkarkę choćby na koniec świata i wierzyć w nią zawsze i wszędzie.

Występ z okazji 11 Listopada w przedszkolu


Występ z okazji finału Dni Rodziny
Piosenka "Bo w piechocie fajno jest"  i Grand Prix


Przed koncertem

Co poza tym?

Dużo śpię. 
Czytam dziecku.
Oglądam telewizję wieczorami.
Kręcę włosy lokówką.
Czasem chodzę bez makijażu.
Często bez stanika.
Czasem nie nastawiam budzika.
I dobrze mi z tym.
Kocham ten luz.

2 komentarze:

  1. Dowód na to, że do szczęścia nie trzeba niewiadomo jakich złotych gór ;)
    Trzymam kciuki za córkę ! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Paulina:) Zaaklimatyzowałaś się już?

      Usuń