środa, 21 grudnia 2016

12 najdziwniejszych sytuacji i zaskoczeń minionego roku

 

Jeśli chodzi o zdolność do wplątywania się w abstrakcyjne i absurdalne sytuacje, jestem w tym mistrzem. Bo czy komuś wtargnął kiedyś do toalety człowiek znany z telewizji? Albo czy uwikłaliście się kiedyś w historię rodem z "Trudnych spraw"? Nie? Dziwne, bo ja często przecieram oczy ze zdumienia. Zarówno w tym pozytywnym i negatywnym sensie.


Życie zaskakuje mnie na każdym kroku. Często nic nie jest takie jakim się wydaje. Raz wychodzę na tym na plusie, innym- na minusie.  Od jakiegoś czasu przestałam używać słowa "rozczarowanie". Zdecydowanie wolę termin "zaskoczenie". Zaskoczeń, które dokładam jedno po drugim do mego bagażu doświadczeń jest sporo. Nie oceniam ich. Przyjmuję do wiadomości i wyciągam wnioski na przyszłość. A czasami nie. Może dzięki tej małej zmianie w sposobie myślenia, temu nie ocenianiu, życie przynosi mi raczej te pozytywne zdarzenia. Takie z których można się czegoś nowego nauczyć, pośmiać, powspominać z łezką w oku, a z niektórych to nawet pozrywać boki.

Oto, jakie niespodzianki przyniósł mi, miesiąc po miesiącu, dobiegający właśnie końca 2016 rok.

1.  W styczniu odkryliśmy poza miastem miejsce, gdzie pewnej niedzieli odbywało się prawdziwe białe szaleństwo. Tzn. znaliśmy to miejsce już wcześniej (słynęło ono z ciszy, spokoju i anonimowości) i myśleliśmy, że będziemy jedynymi którzy wpadli na genialny pomysł zjeżdżania tu na sankach. Miejsce charakteryzuje się dużym nachyleniem terenu i niepowtarzalnymi okolicznościami przyrody o każdej porze roku (KLIK, to właśnie tam urządziliśmy kiedyś ognisko i śniadanie w plenerze). Postanowiliśmy więc zimą wybrać się tam na sanki. Jak musiały wyglądać nasze miny, gdy zamiast oczekiwanej ciszy i pustkowia, oczom naszym ukazał się taki oto obrazek:



Miejsce owiane tajemnicą...poliszynela:)


2.  W lutym dowiedziałam się, że można posłuchać stukania dzięcioła przykładając ucho do pnia drzewa. Stąpam po tym świecie 34 lata i dopiero teraz uświadamiam takie rzeczy. Mega odkrywcze doświadczenie przyrodnicze i świetny efekt akustyczny w jednym.








3. Marzec zaskoczył mnie bliskim spotkaniem z dziką naturą. Podczas świątecznego rodzinnego spaceru na Podlasiu spotkaliśmy trzy dorodne żubry. Pasły się sobie jakby nigdy nic tuż przy powiatowej drodze. Cudny widok. Podeszliśmy do nich dosyć blisko, można by rzecz, że trochę ryzykowaliśmy, ale było to tak ekscytujące przeżycie, że nie myśleliśmy racjonalnie.





4. Kwiecień. Miesiąc moich urodzin. Chciałabym w tym miejscu opisać jakąś żartobliwą historyjkę, bo pewnie takie były. Niestety, kwiecień zwalił mnie z nóg wiadomością o ciężkiej chorobie mojej mamy. W pewnym momencie byłam już wrakiem człowieka, i aby jakoś utrzymać się na powierzchni ziemi piłam z gwinta syrop uspokajający i publikowałam teksty takie jak TEN i TEN. Choć było mi koszmarnie ciężko postanowiłam koncentrować całą swoją energię na tym co dobre, ciekawe, inspirujące. Postanowiłam zaufać Sile Wyższej i żyć jakby nigdy nic. Wynajdywałam sobie tysiące zajęć i angażowałam się w nie, by jakoś przeżyć ten trudny czas. Wierzę, że przyciągamy to, na czym skupiamy energię.

5. W maju trafiła nam się okazja zobaczyć na własne oczy, znany dotychczas tylko z internetu, Diabelski Kamień w Bisztynku (KLIK).


6. Największym zaskoczeniem czerwca okazały się brzydkie i smutne Pabianice. Nie wiem, może i są tam jakieś fajne miejsca, ale nie mieliśmy okazji trafić na żadne z nich. Trafialiśmy za to co krok na mury, na których wyżywali się fani Widzewa.








7. W lipcowy dzień odwiedziliśmy straszący pustkami, otwarty na oścież Pałac Potockich w Radzyniu Podlaskim. Od pustych ścian odbijało się echo. To bardzo dziwne uczucie stąpać po trzeszczących podłogach i przechadzać się po pustych pokojach, w których przed laty kwitło arystokratyczne życie.




8. W sierpniu nielegalnie i przypadkowo wjechaliśmy na 27 piętro Pałacu Kultury i Nauki. Mój mąż kiedyś pracował w tym pomniku socrealizmu i chcąc się pochwalić przede mną znajomością rozkładu budynku, trochę bezmyślnie pociągnął mnie do windy i nacisnął przycisk z numerem 27. Jakież było nasze zdziwienie, gdy winda się zatrzymała i z głośnika usłyszeliśmy komunikat: "Proszę zjechać na pierwsze piętro. Będzie czekał na państwa pracownik ochrony." Na całe szczęście nikt na nas nie czekał, ale przypał był jak nic :)


Tu jeszcze niczego nieświadoma robię fotkę, za trzy sekundy usłyszę reprymendę ochrony PKiN ;)


A obejście pałacu dookoła zajęło nam jakieś pół godziny


9. W piękną wrześniową sobotę zablokowałam na boisku całą drużynę zawodników piłki nożnej. Mąż zabrał mnie i córkę na mecz. Wiadomo, że od siedzenia na trybunach wolimy włóczyć się po okolicach. Kiedy więc, niczego nieświadome zwiedzałyśmy z córką Jeziorany (już po raz trzeci), okazało się, że mecz został odwołany. Parking na przy boisku był mały, nasz samochód zaparkowany był tak, że musielibyśmy ruszyć jako pierwsi, by każde kolejne auto mogło wyjechać. Pech chciał, że miałam przy sobie kluczyki od samochodu, w którym był telefon męża. Owszem, próbował do mnie dzwonić od kolegów, żebym wreszcie przyszła na boisko i zwolniła blokadę, ale w moim telefonie włączył mi się nieopatrznie tryb "samolot".
Podczas gdy ja i K., beztrosko i trochę już znudzone, drugą godzinę plądrowałyśmy zakamarki miasteczka, chłopaki z dwóch drużyn nie mogli wydostać się z boiska. Kiedy zreflektowałam się, że z moim telefonem jest coś nie tak, byłam aż na drugim końcu Jezioran (a boisko jest na początku). Nie chcecie wiedzieć, co powiedział mi mąż, kiedy raczyłam odebrać i dowiedział się, że muszę jeszcze przejść 3 kilometry. Najważniejsze, że  kiedy wkroczyłam na boisko, przywitało mnie kilkadziesiąt pełnych ulgi spojrzeń. Już wiem, jak to jest być gwiazdą. Albo gwoździem programu. Moja późniejsza wymiana zdań z mężem, już sam na sam w samochodzie, absolutnie nie kwalifikuje się do publikacji na blogu. Była długa, bo nie wracaliśmy już tego dnia do Olsztyna, tylko jechaliśmy do rodziców na Podlasie. Pogodziliśmy się dopiero w Mikołajkach :)


10. W październiku, trochę przez przypadek, odkryliśmy bardzo klimatyczną restaurację "Złoty Strug" w warmińskiej wsi Pluski. Pojechaliśmy tam z zamiarem zjedzenia zupy rybnej w innym miejscu, ale było już poza sezonem i ostatecznie wylądowaliśmy na obiedzie właśnie tu. To kolejny przykład na to, jak zwykły poniedziałek można uczynić niezwykłym. A jakby niespodzianek było mało, spotkałam tam jeszcze dawną znajomą.





 
11. W czeluściach internetu odnalazłam osobę, której szukałam od kilku ładnych lat. Radość w rodzinie, niedowierzanie i godziny spędzone na komunikatorze. Odwaliłam kawał dobrej roboty. I nawet dostałam za to bukiet kwiatów.


12. Poznałam 18 nowych osób i spędziłam z nimi dwa pełne wrażeń dni. 18 osobowości. Fajnych, każda na swój sposób. Oryginalnych, przebojowych, uśmiechniętych. Przecudnej urody Sandrę, modelkę Paulinę, Kasię o pięknych włosach i mądrym spojrzeniu, małżeństwo Asię i Radka, wulkan energii i oazę spokoju oraz całą, niemniej pozytywną i sympatyczną resztę. Do dziś nie mogę otrząsnąć się z efektu "wow". Jednak to prawda, że za wszystkim stoją ludzie, a najczęściej pojedynczy człowiek. Takie zaskoczenie na koniec roku to jest to!

Najfajniejsze jest to, że żadna z powyższych sytuacji nie była wcześniej zaplanowana. Wszystko odbyło się spontanicznie i dzięki temu wyzwoliło szeroką gamę emocji. Każdy przeżyty rok, to właśnie pokaźna kolekcja emocji towarzyszących różnym wydarzeniom. Mój 2016 rok był emocjonalnie wyczerpujący, głównie z powodu choroby mamy. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wyciągnęła z tej historii pozytywnych wniosków i nie zaczęła jeszcze bardziej ryzykować i korzystać z życia.

2 komentarze:

  1. Wychowałam się w Radzyniu ! Super, że mogłaś odwiedzić to miejsce. Zaskoczył mnie fakt o tym, że można posłuchać dzięcioła, przykładając ucho do drzewa ! ;) Super, zamierzam sprawdzić ! ;D

    OdpowiedzUsuń