wtorek, 29 listopada 2016

Traktat o odgracaniu





Odgracanie to czynność, z którą jestem za pan brat już od dłuższego czasu. Szczerze powiedziawszy, nie wyobrażam sobie życia bez regularnego pozbywania się niepotrzebnych rzeczy. Gdybym nie oczyszczała swojej przestrzeni ze zbędnych przedmiotów, utonęłabym chyba w stosie ubrań i różnych przedmiotów codziennego użytku.


Czytałam ostatnio "Magię sprzątania" Marie Kondo. Książka, choć mnie nie zaskoczyła tak, jakbym chciała, i nie zrewolucjonizowała mego podejścia do gromadzenia dóbr materialnych (bo i tak od dawna staram się je ograniczać do niezbędnego minimum), dała mi bodziec i zmotywowała mnie jednak poniekąd do przeprowadzenia kolejnej tury porządków w szafach. Japońska autorka pokazała mi też nowe spojrzenie na rozstawanie się z rzeczami. Otóż, z punktu widzenia Marie Kondo, należy podziękować każdej rzeczy za spełnienie swojej funkcji, po czym bez żalu jej się pozbyć. Nie powiem, w pewnym sensie przemówiło to do mnie. Podziękowałam więc marynarce z H&M, w której szukałam pierwszej poważnej pracy, w której pierwszą pracę znalazłam i w której prowadziłam kursy językowe dla dorosłych. Podziękowałam książce o Sherlocku Holmesie, która umilała mi dojazdy do pracy autobusem. Podziękowałam kolorowej koszulce nocnej za to, że była ze mną w najpiękniejszym dniu mojego życia, w czasie narodzin mego dziecka. Podziękowałam kurtce mojej córki, że ogrzewała ją w chłodne dni. Podziękowałam pluszowej biedronce, że zajmowała moje małe dziecko, kiedy ja byłam zbyt zmęczona lub zapracowana, by się nim zajmować. Podziękowałam kobaltowej marynarce z chińczyka, za to, że choć okazała się kompletnie nietrafionym zakupem, fajnie się czułam w momencie jej kupowania. Podziękowałam, po czym spakowałam te i 40 innych rzeczy do wielkiej torby i mam zamiar przekazać je do domu samotnej matki. Mam nadzieję, że komuś jeszcze posłużą i sprawią choć odrobinę radości. 

Możecie mi wierzyć lub nie, ale mało co cieszy mnie tak jak wolne miejsce na półkach. Nadmiar rzeczy przytłacza mnie psychicznie, to właśnie z niego najczęściej w domu robi się bałagan. Dlatego sukcesywnie i bez skrupułów wyrzucam do kosza wszystkie niepotrzebne rzeczy. Na bieżąco sprzątam torebki i kieszenie kurtek, wyrzucając z nich wszelkie śmieci. Odgracenie daje wolność. Daje miejsce na przepływ nowej energii. Daje poczucie satysfakcji, że się oczyściło półki i jednocześnie komuś pomogło.

Za miesiąc minie dokładnie rok, odkąd nie kupujemy sobie z mężem żadnych ciuchów. Jednocześnie systematycznie pozbywamy się tych znoszonych, nielubianych, tych, które nam się znudziły i źle się w nich czujemy. Bo ubrania, a także przedmioty codziennego użytku powinny cieszyć i dawać radość. Uwierzcie, wyrzucam i oddaję innym całkiem sporo i jeszcze nigdy nie żałowałam, że czegoś się pozbyłam. Nie potrzebowałam tego później i zwyczajnie zapomniałam o tych rzeczach.

Jak mieć porządek w szafach i szafkach i kontrolę nad swoim życiowym dorobkiem? Mój klucz do sukcesu to ograniczone kupowanie, tzw. świadomy konsumpcjonizm i regularne pozbywanie się rzeczy brzydkich, zużytych, niechcianych, nieużywanych, nieprzydatnych... Pozbywanie się bez żalu, bo rzeczy są dla nas, nigdy odwrotnie. Nie mam czasu na ich wiecznie przekładanie, składanie, przecieranie, pranie. Szkoda na to mojej energii i cennych minut. Dlatego wierzę, że mniej znaczy lepiej.

Niestety, moim zdaniem, ciągle mam wszystkiego za dużo i cały ten mój "majątek" wciąż zbyt absorbuje moją uwagę. Mniej rzeczy równa się mniej sprzątania, a ja wciąż zbyt dużo czasu poświęcam ogarnianiu swego mieszkania. Czy osiągnę kiedyś upragnione minimum posiadania? Mam nadzieję, że jestem na dobrej drodze. 

środa, 23 listopada 2016

Jesiennej chandrze mówię NIE! cz.2




Choć spadki nastroju są niby czymś normalnym o tej porze roku, ja jesiennej chandrze mówię głośne i zdecydowane "NIE". I moja decyzja jest jakby nieodwołalna! Bo czy to się komuś podoba czy nie, ja tam lubię rzygać tęczą. To dla mnie naturalny i najbardziej pożądany stan.


Wczoraj znowu dopadło mnie przygnębienie, ale tylko chwilowe, bo wiem już, co mam robić, by być w dobrym nastroju. Wiem jak zneutralizować bodźce wywołujące depresyjne myślenie.
Jeśli chcesz odciąć się od złej strony mocy, i przejść szybko na tę dobrą, wypróbuj kilka moich pomysłów z poniższej listy (część pierwszą znajdziesz TU).

1. Wybierz się na łyżwy. Większość miejskich lodowisk jest już czynna. Godzina ostrej jazdy bez trzymanki wypędzi ci z głowy każdą głupią myśl. 

2. Postaw na  mikrowyprawy. Czytam własnie książkę Łukasza Długowskiego "Mikrowyprawy w wielkim mieście" i jestem pod wrażeniem pomysłowości tego gościa. Łukasz przekonuje nas, że brak urlopu, pieniędzy czy pogody wcale nie jest wymówką, by spędzać czas aktywnie i kreatywnie. Całkowicie się z nim zgadzam i przybijam mu mentalna piątkę. To prawda, że wystarczy weekend, kilka godzin po pracy, najbliższy las, rzeka czy jezioro i mamy zagwarantowaną przygodę!





3. Pooglądaj "SpongeBoba Kanciastoportego". Wcale się nie dziwię, że ta amerykańska kreskówka jest aż tak popularna. Moja córka ją uwielbia. Postanowiłam zainteresować się jej zainteresowaniami i czasami zaczynamy dzień oglądając w łóżku przygody żółtej niesfornej gąbki.

4. Wróć do dawnych książek z dzieciństwa i młodości. Ja mam takich miliony...W te wakacje, będąc w rodzinnym domu, powygrzebywałam z różnych schowków moje literackie skarby i stworzyłam swoją sentymentalną biblioteczkę. Cudownie jest wrócić do przeszłości (KLIK).







5. Pośpiewaj. Tak, właśnie Ty. No i co z tego, że nie umiesz? Ja też śpiewam nienajlepiej, ale nie przeszkadza mi to wcale zapuścić sobie czasami jakiegoś karaoke albo pośpiewać z córką.

6. Wypij rozgrzewającego rooibosa. 

7. Baw się razem z dzieckiem na sali zabaw. Ta aktywność jest dopiero przede mną, bo jak byliśmy ostatnio w naszej olsztyńskiej Warmiolandii, wolałam czytać książkę, a potem pić z mężem kawę, podczas gdy nasze dziecko tak intensywnie korzystało ze wszystkich atrakcji, że aż rozbiło sobie nos:) A mogłabym przecież i ja pośmigać po tunelach i labiryntach albo poskakać na trampolinach. 
Zrobię to następnym razem.






8. Gotuj wspólnie z dzieckiem. Takie wspólne pichcenie to naprawdę dobra zabawa.

9. Jeśli masz u siebie śnieg, zrób zdjęcia w zimowej scenerii.





10. Stwórz własną listę miejsc, które chciałbyś zobaczyć. Nic tak nie relaksuje jak snucie marzeń i planów podróżniczych. Nie muszą być to odległe kraje, możesz zacząć od swojego województwa. Na pewno jest w nim jeszcze masa fantastycznych miejsc, których nie widziałeś albo nie miałeś pojęcia o ich istnieniu. Moja lista miejsc do odwiedzenia liczy sobie, bagatela!, 592 pozycje (całkiem sporo z nich już zrealizowałam).

11. Kup sobie jakiś drobiazg, który sprawi Ci radość. Tak jak mi sprawiła radość mała różowa lampeczka z klamrą za 4,99 zł.




12. Wypij lampkę dobrego wina przy kominku.






13. Zjedz śniadanie na mieście we własnym towarzystwie. Któregoś dnia utknęłam w tak gigantycznej kolejce do lekarza, że postanowiłam w tak zwanym międzyczasie udać się na śniadanie do Green Waya. Od razu zaczęłam myśleć pozytywnie i zamiast narzekać na koszmarnie długą kolejkę, postanowiłam wykorzystać ją najkreatywniej, jak potrafię, co zaowocowało dwoma spacerami w jesiennej scenerii, czytaniem Beaty Pawlikowskiej, odwiedzeniem sąsiadki w pracy i telefonem do koleżanki. Tak mi się rozkręciłam, że nawet spodobała mi się ta kolejka i chciałam, by trwała sobie w najlepsze, no ale, niestety, z gabinetu lekarza zostało wywołane moje nazwisko i całą zabawę szlag trafił :) Ale samotne śniadanie było i tak najlepsze.




14. Stwórz własną kompozycję herbaty. Latem zbierałam i suszyłam różne cuda, jak płatki chabrów, skrzyp polny, pokrzywę, liście mniszka lekarskiego (pięknie pachną po wysuszeniu), jaśmin, bratki polne. Teraz zaparzam z nich sobie ziołowe herbatki i zapijam jesienne smutki.





15. Posiedź w samochodzie w czasie deszczu. Uwielbiam słuchać bębnienia deszczu o dach auta i patrzeć jak krople ściekają po szybach. Osiągam wtedy stan zbliżony do medytacji.

16. Pooglądaj świąteczne reklamy- na mnie działają jak balsam.

17. Zrób domowy budyń.

18. Zjedz leniwe- to chyba moje ulubione jesienne komfort food.

19. Jadłaś kiedyś obiad w lesie? No to spróbuj. Choćby była to najzwyklejsza pomidorowa, zjedzona na skraju lasu w chłodny dzień, smakuje wybornie. Chwała za to kubkom termicznym. Któregoś popołudnia, odebrałam córkę z przedszkola i powiedziałam, że mam dla niej niespodziankę. Zabrałam ją do pobliskiego lasu i po dwóch kilometrach spaceru wyciągnęłam z plecaka talerze, łyżki i dwa kubki termiczne z zupą. Jak widać nic nie musi być oczywiste i każde jesienne popołudnie może być niezapomniane. Wystarczy zrobić coś inaczej niż dotychczas.





20. Zamów wieczorem swoją ulubioną pizzę i zjedz ją w łóżku bez wyrzutów sumienia.

21. Rób ludziom kawały. Tak po prostu. Przedwczoraj, wiedząc, że mąż będzie zaraz wchodził do klatki, położyłam na schodach zwinięty nieprawdziwy (taki edukacyjny) banknot dwustuzłotowy i obserwowałam przez wizjer jego reakcję:) 

22. Rób niespodzianki. Ja np. staram się każdego dnia robić jakąś niespodziankę swojej córce (patrz punkt 19). A to udekoruję jej pokój girlandami trójkątów, a to zrobię jej zielone naleśniki. Nie lubimy monotonii.

23. Rozpocznij dokarmianie ptaków. Małe wróble i sikorki dziobiące w karmniku to naprawdę uroczy widok. A kiedy mam dobry humor, nie przeganiam nawet srok i gołębi, za którymi nie przepadam.


24. Wyciągnij już teraz świąteczne lampki i ciesz się ich blaskiem. Nie, wcale nie jest za wcześnie. Ja to zrobię właśnie dziś.

25. Zjedz ją. Tylko, na litość boską, nie całą od razu! I pamiętaj- to ostateczność :)

środa, 16 listopada 2016

Jesiennej chandrze mówię NIE! cz.1



Kiedy cotygodniowe przygody rolnika, co szuka żony już mnie nie cieszą, a po zjedzeniu całej tabliczki czekolady, stwierdzam, że to nie był najlepszy pomysł, zaczynam szukać innych sposobów, by odgonić szalejące w mej głowie czarne scenariusze.


Jesień ma to do siebie, że zwalniamy obroty i z braku laku zaczynają nam kiełkować w głowach natrętne, negatywne myśli. Przynajmniej jak tak mam. Niezidentyfikowane bliżej stany. Coś pomiędzy chandrą a depresją. Nieuzasadnione lęki, wewnętrzne niepokoje. Na szczęście stosunkowo krótkie, bo wiem, jak im szybko zaradzić. Pisałam już kiedyś na blogu Jak nie dać się jesiennej depresji (KLIK), był to jednak wpis taki bardziej ogólnikowy. A że zdarza mi się bywać osobą drobiazgową i wprost uwielbiam tworzenie list z pomysłami na każdą okazję, rozdaję dziś za darmo i bez recepty pokaźną stertę naturalnych antydepresantów. Zażywaj je garściami, bez obaw o skutki uboczne, a przed użyciem nie konsultuj się z lekarzem lub farmaceutą :)

1. Przeczytaj jakąś książkę Beaty Pawlikowskiej. Zawsze pozytywnie na mnie działają.

2. Obejrzyj kanał Laury Ogrodowczyk. Pozytywnie zakręcona rodzina Laury to moi ziomale. Lubię z nimi śmiać się, wzruszać, zaczynać i kończyć dzień. Ich filmy mają w sobie dużo ciepła i humoru. Dla mnie są lepsze niż niejedna telenowela.

3. Zostań obserwatorem ptaków. Wybierz się na spacer do lasu właśnie z zamiarem ich wypatrywania i fotografowania. A jeśli jesteś szczęśliwym posiadaczem lornetki (ja nie mam- jeszcze!), to sukces w tej dziedzinie masz gwarantowany.


Sójka

4. Spróbuj nowego owocu. Co powiesz na liczi chińskie? Choć mnie ze wszystkich egzotyków najbardziej smakuje mango.




5. Ciesz się pierwszym śniegiem. Ulep bałwana. Można się przy tym nieźle spocić, poczuć się jak dziecko i dać upust swojej kreatywności.


Bałwan w połowie listopada? Takie rzeczy tylko na Podlasiu:)



6. Zrób ognisko. Upiecz kiełbaski lub ziemniaki. Każda pora roku jest w sumie na to dobra. Już samo patrzenie w ogień przynosi spokój.





7. Kolekcjonuj rysunki dzieci. Próbuj je interpretować, pytaj co przedstawiają, bo w świecie dziecka nic nie jest takie oczywiste, jak mogłoby się wydawać. I to jest piękne!


Ta po lewej to Maja Sablewska, a zaraz za nią- ja po metamorfozie :)



8. Koloruj. Kolorowanki dla dorosłych to bardzo fajny jesienny czasoumilacz. Wymagają większej precyzji niż tradycyjne kolorowanki dla dzieci i dobrze zatemperowanych kredek, ale przecież chyba lubisz wyzwania? 




9. Słuchaj z kimś muzyki. Puszczajcie sobie nawzajem na zmianę ulubione kawałki. Czasem tak robimy z mężem i z córką. Dzięki temu nasz dzień od razu zyskuje na jakości i mamy okazję usłyszeć piosenki, o których nie mieliśmy do tej pory pojęcia, a także możemy lepiej poznać gust muzyczny drugiej osoby.

10. Poukładaj z kimś puzzle. Razem, albo na czas. Marzy mi się ułożenie 1000 elementów. Chociaż puzzle dla dzieci, wierzcie lub nie, też potrafią być wymagające większego wysiłku.

11. Przeczytaj książki dla dzieci Agnieszki Chylińskiej.






12. Idź na sanki zimą. To już lada moment. Endorfiny będą w tobie buzować, że ho ho!





13. Wybierz się na wystawę starych samochodów. Tak po prostu.







14. Dostrzegaj wokół siebie pozytywne komunikaty. Takich przekazów jest naprawdę sporo, wystarczy się rozejrzeć.






15. Jedź do stolicy (KLIK). Tam zawsze jest co robić i w czym wybierać. Co powiesz na JESIENNY SPACER PO ŁAZIENKACH?



16. Zrób zalecane 10 000 kroków. Albo i więcej. 

17. Pozwól sobie czasami na coś niezdrowego.



18. W bezchmurny dzień wybierz się do obserwatorium i wypatruj spadających gwiazd. Powtarzam, w bezchmurny (nie powielaj mego błędu).


Olszyńskie obserwatorium- do zaliczenia

19. Podziwiaj księżyc w pełni. Raz księżyc był tak nieziemski (jakkolwiek to brzmi), że musieliśmy się zatrzymać, wysiąść z samochodu i go uwiecznić. Choć pełnia wzbudza we mnie mieszane uczucia, co tu dużo gadać, cieszy oko.


Zdjęcie wyszło takie sobie, ale na żywo księżyc był mega

20. Odwiedź jakąś restaurację po "Kuchennych rewolucjach"i spróbuj popisowego dania Magdy Gessler. Twoim kubkom smakowym też się coś należy.




"Zielarnia" w Olsztynku

21. Wybierz się na koncert. Muzyka nie tylko łagodzi obyczaje. Wzrusza, odpręża, wyzwala ukryte głęboko instynkty i prawdy. Na przykład koncert Piaska (KLIK) podziałał na mnie niezwykle kojąco i refleksyjnie, koncert Lady Pank w nostalgiczny sposób obudził moją rockową duszę, a koncert Zenka, na który poszłam niby-dla-jaj sprawił, że chciałam się bawić w najlepsze i poddać euforii tłumu.

22. Pooglądaj mecze piłki nożnej. Ostatnio bardzo się nimi ekscytuję, zwłaszcza grą naszej reprezentacji i Legii (wiadomo, Pazdan, pozdrawiam). Wywołują u mnie niesamowite emocje i parcie na zwycięstwo. A przy mniej ważnych meczach lubię zasypiać. Głosy komentatorów działają na mnie usypiająco. I wcale nie mniej relaksująco niż szum lasu czy fal.

23. Gotuj z You Tubem w tle. Lubię odpalić sobie w kuchni jakiś fajny kanał (i to wcale nie kulinarny). Słuchać, zerkać jednym okiem, a jednocześnie coś tam pichcić i obierać marchewkę.


Tu akurat robiłam zupę z soczewicy

24. Nie gotuj wcale. Pójdź na gotowe. Czasami są takie dni, kiedy omijam kuchnię szerokim łukiem. I to jest ok. Nic na siłę. A wyjście do klimatycznej knajpki z fajnym wystrojem pozwoli ci wrócić do równowagi kulinarnej. Przynajmniej ja tak mam, że po powrocie z jakiejś restauracji chce mi się stać przy garach ze zdwojoną energią. Dlaczego? Otóż zazwyczaj wybieram tak nietrafione dania, że po zjedzeniu ich uważam się za najlepszą kucharkę w okolicy. Ba! Nawet uważam, że bez mrugnięcia okiem powinno się mnie zatrudnić jako szefa kuchni. A później znów nadchodzi dzień, kiedy myślę, że nadaję się co najwyżej na pomoc kuchenną. Tak mam.




25. Zbieraj grosiki na szczęście. Mogę się pochwalić naprawdę pokaźną kolekcją. Każda znaleziona na ulicy moneta wywołuje uśmiech od ucha na mojej twarzy. Biorę to za dobry znak. Naprawdę. Nie na darmo utarło się powiedzenie "brać coś za dobrą monetę".



Po napisaniu tego postu stwierdziłam, ze takie wpisy mogłabym produkować jeden za drugim na masową skalę. Jak to mówią, potrzeba matką wynalazku i ja muszę, po prostu muszę bez przerwy coś robić. Czasem nawet nie pytam, czy mam ochotę czy nie, po prostu uciekam od nadciągajacych smutków i działam. Podobne pomysły można znaleźć TU i TU. Chcecie więcej?

środa, 9 listopada 2016

Warszawa na weekend





Siedzę sobie w tym moim deszczowo-śniegowym Olsztynie i myślę, jak to fajnie byłoby znaleźć się teraz w stolicy. Pewnie równie deszczowo-śniegowej, a jednak mimo to kolorowej, tętniącej życiem i możliwościami.



Nasz ubiegłoroczny weekend w Warszawie rozpoczęliśmy od spaceru po Łazienkach Królewskich (KLIK). Kiedy już wszystkie rude wiewiórki zostały nakarmione, a komnaty Pałacu na Wodzie zwiedzone, pojechaliśmy zakwaterować się w hotelu "Ibis" na Muranowie (swoją drogą polecam- czysto, sterylnie, cicho). Następnie na pieszo ruszyliśmy w kierunku Starego Miasta, gdzie zjedliśmy obiad w legendarnym barze mlecznym "Pod Barbakanem".








Pomnik Powstania Warszawskiego


Ogród Krasińskich



Po krótkim odpoczynku i odświeżeniu się w hotelu, ponownie wyruszyliśmy na podbój miasta. Zrobiliśmy długą przechadzkę głównymi arteriami, zjedliśmy gofra pod Zamkiem Królewskim, widzieliśmy zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza, a potem śmigaliśmy w te i we wte drugą linią metra. Wiadomo, dla warszawiaków do chleb powszedni, dla nas, ludzi z prowincji, to nie lada atrakcja :) Tak samo jak Pałac Prezydencki, Hotel Bristol, Uniwersytet (kiedyś nawet zadawałam tam na polonistykę)- uwielbiam wędrówki po Krakowskim Przedmieściu, niezależnie od pory roku.

Relaks w hotelu




Pod Kolumną Zygmunta, mimo dżdżystej pogody, roiło się od turystów. Miło było rozgrzewać się gorącą kawą, oglądać wystawy sklepów z upominkami, zachodzić do kościołów. Albo włączyć sobie muzykę Chopina na grającej ławeczce.



















Takie wieczorne jeżdżenie bez celu metrem i wysiadanie a to pod Stadionem Narodowym, a to przy pomniku Syrenki to jedna fajniejszych rzeczy, które mi się w zeszłym roku przytrafiły. Muszę koniecznie to powtórzyć.











Drugi dzień naszego pobytu w stolicy rozpoczęliśmy od solidnego spacerku na Powązki (KLIK). Po drodze mijaliśmy stadion Polonii Warszawa oraz Umschlagplatz na ul. Stawki.



W południe ponownie udaliśmy się na Stare Miasto, gdzie byliśmy umówieni ze znajomymi. Musieliśmy odstać swoje w kilometrowej kolejce na Zamek Królewski, ale było warto, bo nigdy jeszcze nie byliśmy wewnątrz- to raz, a dwa- wejście było za free (w ramach akcji "Darmowy listopad"). W czasie, gdy C. trzymał kolejkę, my z córką zdążyłyśmy zwiedzić przyległy Pałac pod Blachą (tam akurat kolejek nie było), zjeść gofra z wiśniami w żelu, popałętać się po starówce i porobić zdjęcia Syrence.




Pałac pod Blachą






Kolejka na zamek wyglądała mniej więcej tak














Kiedy już udało nam się wejść do zamku, nie wiadomo było na czym zawiesić wzrok, tyle było tam przepychu, złota, różnych ekspozycji. Nawet zwykłe klamki zachwycały. Nie mówiąc o żyrandolach.
























Kiedy wychodziliśmy, kolejka na dziedzińcu się nie zmniejszała





Nie wiem czemu, ale średnio raz do roku mam nieodpartą ochotę na wyjazd do Warszawy. I choć za każdym razem wyjeżdżam z niej przytłoczona i zmęczona, mimo obietnic, że teraz to już długo nie, z uporem maniaka wracam tu. Bo stolica ma coś, co przyciąga jak magnes, coś co każe włóczyć się po jej ulicach. Za każdym razem odkrywam tu coś nowego. Nie byliśmy jeszcze w tylu miejscach... W Centrum Nauki Kopernik, w Muzeum Wojska Polskiego, w Muzeum Narodowym...