wtorek, 27 września 2016

Kilka pomysłów na ostatnie ciepłe dni, cz.1

 

W swoje rodzinne strony, na Podlasie, zaglądamy dosyć regularnie. Zimą trochę powiewa tam nudą, za to wiosną, latem i jesienią jest naprawdę kolorowo i swojsko. Mieliśmy więc ostatnio spore pole do popisu na wykorzystanie słonecznych dni.


Oto moja top lista rzeczy, które warto zrobić, nim zastanie nas listopadowy spleen:

1. Przyjęcie w ogrodzie
Przyjęcie pod gołym niebem to jedna z lepszych rzeczy, jakie mi się ostatnio przytrafiły. Zarządziłam, że w tym roku urodziny naszej sześciolatki spędzamy w ogrodzie moich rodziców, wśród najbliższej rodziny. Jak na pierwszy raz, wyszło całkiem spoko. Udekorowałam ogród (robienie girland z trójkątów to świetna zabawa!), zamówiłam tort, kupiłam przekąski, owoce i soki (takie przyjęcie na słodko). Wyszło super! Była grająca świeczka i gromkie "100 lat". Dzieci hasały po podwórku, podlewały kwiaty, grały w piłkę. Dorośli pili wino, a potem bawili się z dziećmi w pociąg :) Najważniejsze, że pogoda dopisała. Niby wrzesień, a temperatura była iście wakacyjna.


 



2. Opalanie się
We wszelkich możliwych okolicznościach przyrody. Będąc u rodziców, wychodziłam z domu rano, wracałam wieczorem. Co robiłam? Zrywałam rokitnik i głóg. W staniku, szortach i pełnym słońcu. Zrywałam pigwę i szczaw. Czytałam. Kładłam się na trawie, czułam pulsowanie ziemi i gapiłam się w bezchmurne niebo. Delektowałam się słońcem i wprost czułam jak w mojej skórze syntetyzuje się witamina D. I tak non stop, bez umiaru. Wykorzystywałam każdą najmniejszą okazję. Po powrocie do domu kontynuowałam i kontynuuję swój rytuał łapania każdego promienia słońca. Może to już uzależnienie? Bo czy ktoś o zdrowych zmysłach, po przyjściu z pracy, odebraniu dziecka z przedszkola i nakarmieniu go, wygania je na dwór (żeby też łapało jak najwięcej witaminy D), a sam czym prędzej leci na na nasłoneczniony balkon, a raczej balkonik o wymiarach 1,5 m x 0,5 m??

Kto powiedział, że opalać się można tylko latem?

3. Korzystanie z darów natury
Raz zszedł mi cały boży dzień na zrywaniu rokitnika i głogu. Co za relaks! Co za medytacja! Tylko ja, słońce, i natura. I babcia, która wpadła na moment mi pomóc. Wiecie, ile czasu trwa zebranie litrowego słoika rokitnika? Dwie godziny na pewno. Drobne kuleczki rokitnika, zwanego także oblepichą, ściśle przylegają do kłujących gałązek, więc zadanie jest żmudne i czasami bolesne. Ale warto. Bo rokitnik zawiera ponoć 190 dobrych dla naszego zdrowia składników, a olej z niego uważany jest w Rosji  za panaceum na wszystko. Znacznie łatwiej jest ściąć kilka gałązek sekatorem i dopiero wtedy zrywać pomarańczowe kulki. W ten sposób zebrałam drugi słoik, który dałam tacie na nalewkę, a swoją część zamroziłam i dodaję po trochu do koktajlów. 
Nazrywałam też dziko rosnącego szczawiu na szczawiową i pigwy, którą dodaję do wody z miodem i imbirem. Dzięki uprzejmości szwagra nakopaliśmy wór ziemniaków na jego polu. 
Korzystajmy z wszelkich plonów, także tych dzikich, póki jest okazja.

Moja babcia pomaga mi w zbiorach

Głóg pięknie komponujący się z kolorem moich paznokci

A rokitnik pasuje do moich paznokci na stopach :)





Rokitnik + głóg

4. Czytanie na podwórku
Czytanie na świeżym powietrzu to prawdziwa przyjemność. U rodziców czytałam na ogrodowym krześle, opalając nogi.
W Olsztynie zabieram książkę nad jezioro, na plac zabaw,  albo zaszywam się z książką i w stroju kąpielowym na balkonie i czytam..., czytam, czytam...



5. Wieczorne ognisko z bliskimi
To coś za czym tęsknię. To klasyk gatunku (KLIK). Szepnęłam tacie w niedzielę słówko, i już w poniedziałek przyjechał z zakupów z kiełbasą toruńską (nie polecam!, najlepsza to jednak ta swojska). Pomimo nienajlepszej kiełbasy (a pani w sklepie ponoć tak zachwalała) i atakujących komarów, obraz palącego się ogniska i zgromadzonej wokół niego rodziny jest czymś, co jest szczególnie bliskie memu sercu. Sam rytuał rozpalania ognia, podkładania gałęzi i siedzenie z kiełbaską na kiju to coś extra. Przeżyłam naprawdę cudne chwile. A cóż to był za zapach! Płonące gałęzie rokitnika pachną oszałamiająco.






Ognisko w zachodzącym słońcu



6. Buszowanie w polu kukurydzy
Zawsze marzyło mi się ukraść kukurydzę z przydrożnego pola lub pobuszować w korytarzach kukurydzy. Marzenie zostało spełnione, choć niezupełnie, bo pole należy do szwagra i mieliśmy jego pełne błogosławieństwo na kradzież. Mogliśmy kraść do woli :)




A Wy, jakie macie pomysły na wczesnojesienne dni?

środa, 21 września 2016

Niedziela w Nałęczowie


Zainspirowana klimatyczną powieścią "Powrót do Nałęczowa" postanowiłam udać się do miejsc z książkowych stronic. Chciałam obejrzeć zabytkowe wille, chatę Żeromskiego, przespacerować się po Parku Zdrojowym...


Podążając szlakiem emerytów i rencistów (Ciechocinek- KLIK, Kudowa- Zdrój- KLIK), udaliśmy się do kolejnego z najsłynniejszych polskich uzdrowisk. Zmęczeni świętokrzyską przygodą (KLIK) pojechaliśmy na nocleg właśnie do Nałęczowa. Poranne zwiedzanie zaczęliśmy od uroczych starych domków.




Słynne uzdrowisko "Książę Józef"











Nałęczów to doskonałe miejsce na niedzielny chillout, na nieśpieszne spacery po alejkach Parku Zdrojowego, na degustację w Pijalni Wód Mineralnych, wśród starych palm. Nie są to może Łazienki Królewskie, ale klimat jest podobny. Są oswojone wiewiórki, stawy, mnóstwo kwiatów i zieleni. A przy odrobinie szczęścia można spotkać siedzącego na ławeczce Bolesława Prusa i dotrzymać mu towarzystwa. Całe turnusy kuracjuszy też robią wrażenie. Na terenie parku można również wstąpić do pijalni czekolady Wedla (tam spotkałam znajomego z rodzinnej miejscowości- świat jest mały!), choć my woleliśmy opić się na umór wodą "Miłość".






Aleja Gwiazd Kolarstwa


Grupa kuracjuszy




Ławeczka Bolesława Prusa
















Przepiękna palmiarnia



I wiecie co? Odczuwam jakiś niedosyt. Czuję, że zwiedziłam Nałęczów zbyt pobieżnie. Że nie kontemplowałam tak mocno jak bym chciała architektury drewnianych domów. Szkoda, że chata- muzeum  Żeromskiego była nieczynna rano i widziałam ją tylko z zewnątrz. Myślę, że jeszcze tam wrócę, tak jak Anna, bohaterka  "Powrotu do Nałęczowa" (polecam na jesienne chłody) i będę się upajała nałęczowskim mikroklimatem. A przy okazji skoczę do pobliskiego Kazimierza (KLIK) i Puław (przejeżdżałam, wzbudzają ciekawość).
Ciekawostki:
- to tu znajdują się rozlewnie wód Cisowianka i Nałęczowianka;
- Nałęczów jest uzdrowiskiem o profilu kardiologicznym;
- pierwotna nazwa Nałęczowa to Bochotnica;
- można tu przenocować w domkach na drzewie (moje marzenie).

środa, 14 września 2016

Rejs



Jedną z atrakcji tegorocznego lata uczyniliśmy rejs szlakiem Kanału Elbląskiego. Planowałam to już od kilku lat i w końcu udało mi się wybrać termin, zarezerwować bilety i odpłynąć.


Nasz rejs rozpoczęliśmy w Ostródzie, skąd wypłynęliśmy statkiem przez Jezioro Drwęckie, kierując się w kierunku Miłomłyna. Początkowo, na otwartej wodzie trochę wiało, kiedy jednak wpłynęliśmy do kanału, było już zacisznie i przyjemnie. Oczywiście, można było siedzieć na dolnym pokładzie, ale któż by siedział na dole, kiedy cała akcja rozgrywała się na górze? Bo widoki widokami, przyroda przyrodą, ale kwintesencją tego rejsu było tzw. śluzowanie, czyli wpływanie statku do śluzy i czekanie, aż wyrówna się poziom wody. Sam pan kapitan dwukrotnie wyszedł na pokład, by dokładnie objaśnić nam tę myśl technologiczną. Cała wyprawa zajęła nam dwie i pół godziny. W Miłomłynie ( to tu właśnie znajduje się najstarsza część Kanału Elbląskiego) czekał na nas autobus, który odwiózł nas z powrotem do Ostródy, więc od strony organizacyjnej też wszystko było na plusie. Jedyny minus to cena. Dwie stówki za taką atrakcję to trochę za dużo, jak na moje skromne oko. No, ale raz się żyje i wszystkiego trzeba spróbować. Warto też odpowiednio się wyprowiantować na taką wyprawę. Dwie nektarynki i zimny tost ze śniadania to stanowczo za mało :)

 
Z tego miejsca wystartowaliśmy
 
























A na koniec zajechaliśmy na rosół, pierogi z dorszem i kartacze