wtorek, 9 sierpnia 2016

10 pierwszych razów (w czerwcu i lipcu)

 

 

Jestem zdania, że człowiek powinien próbować w życiu różnych rzeczy i korzystać z nich, kiedy nadarzy się okazja. Nierzadko wiąże się to z wychodzeniem ze swojej strefy komfortu, ale tylko wtedy się rozwijamy w pełnym tego słowa znaczeniu.



Poznając nowe rzeczy kreujemy swoją nową rzeczywistość. W mojej czerwcowo- lipcowej rzeczywistości pojawiły się zatem następujące ekscytujące pierwsze razy:


1. Głaskałam sowę.

Najprawdziwszą. Z minimalnym oporem, ale zrobiłam to!  Sówka miała na imię Bazia, była bardzo spokojna i nie miała nic przeciwko głaskaniu. Wypatrzyliśmy ją na polach Grunwaldu.






2. Zrobiłam syrop z kwiatów czarnego bzu.

Postanowiłam wykorzystać pobyt u rodziców produktywnie i poszerzyć repertuar swoich naturalnych medykamentów. Do tej pory robiłam syropy z mniszka lekarskiego (KLIK) i pędów sosny (KLIK). W końcu nadszedł czas kwitnienia czarnego bzu, a wraz z nim czas przygotowania syropu. Zaangażowałam w proces produkcji męża (kazałam mu przeskakiwać przez płot sąsiada i ścinać baldachimy kwiatów) i mamę, która po 48 godzinach wlała gorący syrop do słoiczków (bo ja byłam już w górach). Całym reżyserem przedsięwzięcia byłam oczywiście ja, chociaż mój udział to zagotowanie w wielkim garze kwiatów z dodatkiem cukru.



3. Przejechałam się wyciągiem krzesełkowym (wstrząsająca relacja TU).

Karkonosze dały mi w kość!
Łatwo nie było, ale następnym razem nie będę się już tak bała. Dobrze więc, że inicjację mam już za sobą.



4. Patroszyłam ryby. 

I  tu bez dwóch zdań wyszłam ze swojej strefy komfortu. Jeszcze całkiem niedawno, w tym wpisie stwierdziłam, że wędkowanie, owszem, jest okej, ale za patroszenie to ja się raczej nigdy nie wezmę. Ha! Nigdy nie mów nigdy! Przełamałam się i teraz z miną chojraka mówię, że to nic takiego. Ot, odcinasz tylko rybie głowę, skrobiesz łuski, rozcinasz brzuch i wyjmujesz wnętrzności (po których możesz rozpoznać płeć ryby). Pikuś!



5. Użyłam rajstop w sprayu.

Hmmm, nie mam jeszcze wyrobionego zdania na temat tego produktu. Musiałabym poużywać ich dłużej (użyłam tylko raz, bo gdy jest zimno, chodzę w spodniach, a gdy świeci słońce, chcę z niego korzystać i opalać nogi naturalnie). Ale zawsze byłam ciekawa rajstop w sprayu i w końcu zaspokoiłam swą ciekawość.
Więcej raczej ich nie kupię. Te albo zużyję do końca, albo komuś oddam.






6. Zagrałam w przedstawieniu dla dzieci. 

W czerwcu miałam przyjemność spróbować swych sił aktorskich i wziąć udział w przedszkolnej inscenizacji. Pani nauczycielka z przedszkola mojej K. wymyśliła dla naszych pociech niespodziankę z okazji Dnia Dziecka. My, rodzice, mieliśmy zagrać na deskach sali gimnastycznej. Wszystko miało być, oczywiście, utrzymane w największej tajemnicy. I tym oto sposobem przeistoczyłam się w Czerwonego Kapturka, Czerwoną Kredkę i Czerwony Kolor. Niesamowite doświadczenie! A radość w oczach dziecka jest bezcenna!

7. Zabrałam dziecko w góry. 

Nie miałam obaw, by to zrobić. Wiedziałam, że K. da radę. Wiadomo, na Rysy z pięciolatką  bym się nie porwała, ale Śnieżka z pomocą wyżej wspomnianego wyciągu krzesełkowego była w sam raz. Zawsze chciałam pokazać córce góry, zarazić ją bakcylem. Chyba się udało! Nasz pierwszy raz był mega udany.




  8. Upiekłam chleb gryczany.

Długo się do tego zabierałam, ale w końcu podjęłam się wypieku. Roboty zbyt wiele przy tym nie ma, ale trzeba trzymać rękę na pulsie. Wnioski z eksperymentu? Dodałam zbyt mało soli! A przepis wzięłam STĄD.




9. Statystowałam w filmie.

Kiedy usłyszałam, że nadarzy się okazja do bycia na planie filmowym, wiedziałam, że muszę z niej skorzystać. Nie, żebym miała jakieś parcie na szkło, co to, to nie :)
Pod koniec lipca, w Bielsku Podlaskim, miejscowości, w której się urodziłam trzydzieści cztery lata temu, rozpoczęły się zdjęcia do drugiej części kultowego już filmu "Znachor".  "Wnyki", bo taki tytuł będzie miała ta produkcja, będą nie tylko kontynuacją "Znachora", ale i promocją (mam nadzieję, że udaną) regionu, do którego mam głęboki sentyment. 
W słoneczne poniedziałkowe popołudnie przybyliśmy w rodzinnym gronie na nagrywki do amfiteatru. Dzielnie statystowaliśmy. Mogliśmy się przyjrzeć pracy na planie od kulis. Wierzcie mi, że 11 dubli jednego ujęcia to dla statysty droga przez mękę. 
Premiera filmu planowana jest na grudzień. Mam cichą nadzieję, że ktoś z naszej rodziny choć przez sekundę pojawi się na dużym ekranie i tym samym przejdzie do historii polskiej kinematografii :)



10. Bieliłam ściany wapnem. 

Naprawdę fajne zajęcie. Takie atrakcje można znaleźć w gospodarstwie mego szwagra.
Jakby ktoś potrzebował malarza, to wiecie, gdzie mnie szukać :) 


 

Każde z tych doświadczeń było pozytywne. Gdybym nie spróbowała, nie miałabym ochoty spróbować tego ponownie. Lato to bardzo dobry czas na próbowanie nowych rzeczy. 

Dwa lata temu zamieściłam na blogu cykl wpisów Moje 10 Minut. Zainspirowana wakacyjną lekturą książki " Przez 10 minut", eksperymentowałam dzień w dzień przez pięć tygodni. Haftowałam, gotowałam i robiłam inne cuda-wianki. Na dłuższą metę było to trochę męczące, ale na pewno odkrywcze i potrzebne.

Tydzień Pierwszy (KLIK)
Tydzień Drugi (KLIK)
Tydzień Trzeci (KLIK)
Tydzień Czwarty (KLIK)
Tydzień Piąty (KLIK

Mam nawet ochotę na powtórzenie eksperymentu. Bo odkrywając świat, można jednocześnie odkryć siebie, pokonać swoje ograniczenia i  nieźle się przy tym bawić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz