piątek, 24 czerwca 2016

Urlopowe rozmaitości



Nie lubię siedzieć w miejscu, dlatego przemieszczanie się z punktu A do puntu B to najlepszy plan urlopowy jaki znam. Bo idealny urlop według mnie powinien być dynamiczny, różnorodny i barwny, z elementami przygody.


Jeden z dłuższych urlopów w tym roku już za mną.
Ten czas spędziłam baaardzo produktywnie.Wykorzystywałam każdą godzinę. O dziwo, nawet nie byłam jakoś specjalnie zmęczona, a pogoda robiła, co mogła, by mi sprzyjać. Odwiedziłam rodziców, trochę powłóczyłam się po naszym pięknym kraju. Zrealizowałam klika punktów ze swego Zeszytu Inspiracji, spróbowałam kilku nowych rzeczy. Czas zleciał bezlitośnie szybko, zbyt szybko. No, ale robiłam, co mogłam, by 216 moich urlopowych godzin nie poszło na marne.

Wspólnie z mamą zrobiłyśmy syrop z kwiatów czarnego bzu.



Zaliczyliśmy rodzinne zdobycie szczytu.



Obudziłam się o 4.30, żeby pojechać na ryby.



Byliśmy na (ponoć) najlepszych zapiekankach w Pabianicach.



Odwiedziliśmy rodzinę w Krotoszynie (taką rodzinę, co to ma swój własny mural w parku, ha!).




Złapał nas grad stulecia na Podlasiu (nawet moja babcia twierdzi, że w życiu takiego gradu nie widziała).




Podziwialiśmy spacerowym krokiem Skalne Miasto w Adrspach.



Zatrzymaliśmy się w najstarszym mieście w Polsce- Kaliszu.



Spróbowaliśmy czeskiej kuchni - po raz kolejny wybrałam nietrafione dania.



Podziwialiśmy mijane po drodze krajobrazy



Wrzuciliśmy grosiki do fontanny przy słynnej świątyni Wang w Karpaczu



Słuchaliśmy szumu Wodospadu Szklarki w Karkonoszach




Powłóczyliśmy się po Karpaczu...




Wypiliśmy poranną kawę patrząc  na góry.



Zbierałam zioła, m.in. skrzyp polny.



Byłam na samotnym spacerze, na którym sfotografowałam dzwońca.




Zrywałam jaśmin w ogrodzie teściowej i chabry w zbożu.



Zapaliłam papierosa pod zamkiem Bolków (są wakcje, heloł).




Marzłam na meczu okręgówki w Hajnówce.




Poznałam psa Misia i kotkę o imieniu Jureczek.

Byłam na przyjęciu urodzinowym swojej bratanicy.

Spróbowałam pysznych naleśników z twarogiem i botwinką mojej utalentowanej kulinarnie cioci.

Skakałam z córką na ogrodowej trampolinie.


Nie obyło się oczywiście bez zaskakujących sytuacji, ale takie lubię najbardziej. 
Na Orlenie w Zambrowie wtargnęła mi do toalety znana z mediów osoba.
Znalazłam papierowy pieniądz przed hotelem w Karpaczu. 
Zaliczyłam drugi w tym miesiącu koncert Zenona Martyniuka (cóż poradzić mogę na to..., że po prostu lubię Zenka?).

Taaaak, trochę szalony miałam ten urlop. Na tyle, że po dziewięciu dniach miałam już dość wrażeń i zapragnęłam powrotu do normalności. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz