niedziela, 19 czerwca 2016

Przystanek: Gdańsk





Czasami tak szkoda mi wolnego czasu, że za wszelką cenę chcę wykorzystać go maksymalnie konstruktywnie. I o ile jednym satysfakcję daje stos ładnie uprasowanego prania czy pieczenie ciast, o tyle mnie kręci eksplorowanie bliższej i dalszej przestrzeni i robię to z uporem maniaka.


Nie chcąc zmarnować ustawowo wolnego dnia na snucie się po domu, nie patrząc na pogodę (choć poprzedniego dnia zapowiadała się obiecująco), zaraz po śniadaniu ruszyliśmy nad polskie morze. Spakowałam koszyk z prowiantem, włożyłam kostium kąpielowy i miałam zamiar spędzić ten dzień na łapaniu promieni słońca na plaży. Jednak temperatura 13*C zrobiła swoje. Plażing odłożyliśmy na później i postanowiliśmy się najpierw rozgrzać w Gdańsku. Wszak Gdańsk is always a good idea.
Pierwszy raz odwiedziłam to miasto z rodzicami i bratem po pierwszej klasie liceum. Pamiętam zimną wodę na plaży w Stogach, pereelowskie domki, w których nocowaliśmy i nieśmiertelny statek Żeglugi Gdańskiej "Ewa", którym płynęliśmy na Westerplatte. Pamiętam mozolne wspinanie się na wieżę Kościoła Mariackiego i obrazek z bursztynów, który kupiłam sobie pod Żurawiem. I choć byłam wtedy zbuntowaną nastolatką, która wolałby spędzać czas ze swoją paczką, pielęgnuję gdzieś w sobie wspomnienie tego letniego rodzinnego dnia. Skoro moi rodzice zafundowali mi takie wspomnienia, dlaczego ja nie miałbym zafundować podobnych, a nawet lepszych, mojej córce? Zbuntowana jest przecież niemniej, niż ja osiemnaście lat temu i zafascynowana jest światem nastolatków (to wpływ Disney Channel). A niech ma! Niech pamięta! Bo tego, że była tu już w swoje drugie urodziny, jadła lody nad Motławą i chodziła po oliwskim zoo nie chce pamiętać.
Jak wspomniałam i jak widać na zdjęciach, pogoda nas nie rozpieszczała. Kiedy wysiedliśmy w Gdańsku z auta, słyszałam tylko powtarzane w kółko "ziiiiimnooooo". Na chłód najlepsza jest odpowiednia rozgrzewka, pogoniłam więc moich współtowarzyszy niedoli do Kościoła Mariackiego i po pokonaniu 412 schodków byliśmy już rozgrzani do końca dnia. W drodze na wieżę mijaliśmy potężne dzwony, a widoki z wysokości 78 metrów były imponujące.









Później już tylko cieszyłam oko bogactwem i różnorodnością zdobień na gdańskich kamienicach. Są przepiękne! Zjedliśmy też po gofrze nad Motławą. "Ewa" stała tam sobie dalej w najlepsze, wzbudzając we mnie nostalgię. Przepłynęłabym się nią, nie powiem, ale może w innym odcinku...









Bardzo chciałabym też zwiedzić Stocznię Gdańską, ale to też przełożyłam na bliżej nieokreśloną przyszłość, bo tego dnia zostałam przegłosowana i wybór padł na lotnisko im. Lecha Wałęsy. Ja też lubię atmosferę przylotów i odlotów, może dlatego, że nigdy nie leciałam samolotem i nie wiem czy kiedyś na jakiś lot się zdecyduję. I chciałabym, i boję się. Na razie więc, małymi kroczkami próbuję przełamywać swój lęk.





Później jeszcze pojechaliśmy na kawę i jod w Kątach Rybackich
i odwiedziliśmy rodzinę za Nowym Dworem Gdańskim, więc wolny czwartek nie został zaprzepaszczony.

4 komentarze:

  1. Polecam gorąco Europejskie Centrum Solidarności. Niesamowite i ciekawe, bardzo interaktywne. Koniecznie musicie tam kiedyś zajrzeć, ale 2-3 h trzeba wtedy zarezerwować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, dobrze wiedzieć, że coś takiego jest. Dzięki za info :)

      Usuń
  2. W tym roku też wybieramy się do Gdańska, ostatni raz byłam tam w ubiegłym roku ale tylko na lotnisku :) Ciekawy wpis

    OdpowiedzUsuń