czwartek, 30 czerwca 2016

Skalne Miasto w Adrspach


W końcu. Czas urlopów, słońca, przygód. I pierwszy kontakt naszej córki z górami. Na dobry początek zaproponowaliśmy jej nieforsowny spacerek wśród  malowniczych piaskowców po czeskiej stronie Gór Stołowych. Skalne Miasto w Adrspach to łatwy, lekki i przyjemny szlak turystyczny.


Coś podobnego mamy też u nas, niedaleko Kudowy-Zdroju. Szczeliniec Wielki (relacja z wycieczki- KLIK) i Błędne Skały (KLIK) zachwyciły mnie dwa lata temu do tego stopnia, że zapragnęłam wrócić do tego skalnego raju, gdzie potęga natury nie podlega żadnym dyskusjom. Adrszpaskie Skalne Miasto robi wrażenie. Gdybym miała więcej czasu, błąkałabym się przez cały dzień wśród unikalnych stumetrowych form. Kontemplowałabym Dzban, Głowę Cukru, Bramę Gotycką i Ząb. Wsłuchiwałabym się w szmer potoku i Małego Wodospadu...
Więcej nic nie napiszę, zdjęcia mówią same za siebie. Chociaż też nie. Po prostu trzeba to zobaczyć na własne oczy.























Parking: 100 koron czeskich
Bilet: 70 koron czeskich; dzieci do lat 6 wchodzą za darmo
Czas zwiedzania: ok. 2 h
W kasie biletowej dostaje się mini przewodnik po szlaku. Można też przystanąć przez chwilę przy jakiejś zorganizowanej grupie turystów i posłuchać, co ciekawego ma do powiedzenia przewodnik :)

piątek, 24 czerwca 2016

Urlopowe rozmaitości



Nie lubię siedzieć w miejscu, dlatego przemieszczanie się z punktu A do puntu B to najlepszy plan urlopowy jaki znam. Bo idealny urlop według mnie powinien być dynamiczny, różnorodny i barwny, z elementami przygody.


Jeden z dłuższych urlopów w tym roku już za mną.
Ten czas spędziłam baaardzo produktywnie.Wykorzystywałam każdą godzinę. O dziwo, nawet nie byłam jakoś specjalnie zmęczona, a pogoda robiła, co mogła, by mi sprzyjać. Odwiedziłam rodziców, trochę powłóczyłam się po naszym pięknym kraju. Zrealizowałam klika punktów ze swego Zeszytu Inspiracji, spróbowałam kilku nowych rzeczy. Czas zleciał bezlitośnie szybko, zbyt szybko. No, ale robiłam, co mogłam, by 216 moich urlopowych godzin nie poszło na marne.

Wspólnie z mamą zrobiłyśmy syrop z kwiatów czarnego bzu.



Zaliczyliśmy rodzinne zdobycie szczytu.



Obudziłam się o 4.30, żeby pojechać na ryby.



Byliśmy na (ponoć) najlepszych zapiekankach w Pabianicach.



Odwiedziliśmy rodzinę w Krotoszynie (taką rodzinę, co to ma swój własny mural w parku, ha!).




Złapał nas grad stulecia na Podlasiu (nawet moja babcia twierdzi, że w życiu takiego gradu nie widziała).




Podziwialiśmy spacerowym krokiem Skalne Miasto w Adrspach.



Zatrzymaliśmy się w najstarszym mieście w Polsce- Kaliszu.



Spróbowaliśmy czeskiej kuchni - po raz kolejny wybrałam nietrafione dania.



Podziwialiśmy mijane po drodze krajobrazy



Wrzuciliśmy grosiki do fontanny przy słynnej świątyni Wang w Karpaczu



Słuchaliśmy szumu Wodospadu Szklarki w Karkonoszach




Powłóczyliśmy się po Karpaczu...




Wypiliśmy poranną kawę patrząc  na góry.



Zbierałam zioła, m.in. skrzyp polny.



Byłam na samotnym spacerze, na którym sfotografowałam dzwońca.




Zrywałam jaśmin w ogrodzie teściowej i chabry w zbożu.



Zapaliłam papierosa pod zamkiem Bolków (są wakcje, heloł).




Marzłam na meczu okręgówki w Hajnówce.




Poznałam psa Misia i kotkę o imieniu Jureczek.

Byłam na przyjęciu urodzinowym swojej bratanicy.

Spróbowałam pysznych naleśników z twarogiem i botwinką mojej utalentowanej kulinarnie cioci.

Skakałam z córką na ogrodowej trampolinie.


Nie obyło się oczywiście bez zaskakujących sytuacji, ale takie lubię najbardziej. 
Na Orlenie w Zambrowie wtargnęła mi do toalety znana z mediów osoba.
Znalazłam papierowy pieniądz przed hotelem w Karpaczu. 
Zaliczyłam drugi w tym miesiącu koncert Zenona Martyniuka (cóż poradzić mogę na to..., że po prostu lubię Zenka?).

Taaaak, trochę szalony miałam ten urlop. Na tyle, że po dziewięciu dniach miałam już dość wrażeń i zapragnęłam powrotu do normalności. 

niedziela, 19 czerwca 2016

Przystanek: Gdańsk





Czasami tak szkoda mi wolnego czasu, że za wszelką cenę chcę wykorzystać go maksymalnie konstruktywnie. I o ile jednym satysfakcję daje stos ładnie uprasowanego prania czy pieczenie ciast, o tyle mnie kręci eksplorowanie bliższej i dalszej przestrzeni i robię to z uporem maniaka.


Nie chcąc zmarnować ustawowo wolnego dnia na snucie się po domu, nie patrząc na pogodę (choć poprzedniego dnia zapowiadała się obiecująco), zaraz po śniadaniu ruszyliśmy nad polskie morze. Spakowałam koszyk z prowiantem, włożyłam kostium kąpielowy i miałam zamiar spędzić ten dzień na łapaniu promieni słońca na plaży. Jednak temperatura 13*C zrobiła swoje. Plażing odłożyliśmy na później i postanowiliśmy się najpierw rozgrzać w Gdańsku. Wszak Gdańsk is always a good idea.
Pierwszy raz odwiedziłam to miasto z rodzicami i bratem po pierwszej klasie liceum. Pamiętam zimną wodę na plaży w Stogach, pereelowskie domki, w których nocowaliśmy i nieśmiertelny statek Żeglugi Gdańskiej "Ewa", którym płynęliśmy na Westerplatte. Pamiętam mozolne wspinanie się na wieżę Kościoła Mariackiego i obrazek z bursztynów, który kupiłam sobie pod Żurawiem. I choć byłam wtedy zbuntowaną nastolatką, która wolałby spędzać czas ze swoją paczką, pielęgnuję gdzieś w sobie wspomnienie tego letniego rodzinnego dnia. Skoro moi rodzice zafundowali mi takie wspomnienia, dlaczego ja nie miałbym zafundować podobnych, a nawet lepszych, mojej córce? Zbuntowana jest przecież niemniej, niż ja osiemnaście lat temu i zafascynowana jest światem nastolatków (to wpływ Disney Channel). A niech ma! Niech pamięta! Bo tego, że była tu już w swoje drugie urodziny, jadła lody nad Motławą i chodziła po oliwskim zoo nie chce pamiętać.
Jak wspomniałam i jak widać na zdjęciach, pogoda nas nie rozpieszczała. Kiedy wysiedliśmy w Gdańsku z auta, słyszałam tylko powtarzane w kółko "ziiiiimnooooo". Na chłód najlepsza jest odpowiednia rozgrzewka, pogoniłam więc moich współtowarzyszy niedoli do Kościoła Mariackiego i po pokonaniu 412 schodków byliśmy już rozgrzani do końca dnia. W drodze na wieżę mijaliśmy potężne dzwony, a widoki z wysokości 78 metrów były imponujące.









Później już tylko cieszyłam oko bogactwem i różnorodnością zdobień na gdańskich kamienicach. Są przepiękne! Zjedliśmy też po gofrze nad Motławą. "Ewa" stała tam sobie dalej w najlepsze, wzbudzając we mnie nostalgię. Przepłynęłabym się nią, nie powiem, ale może w innym odcinku...









Bardzo chciałabym też zwiedzić Stocznię Gdańską, ale to też przełożyłam na bliżej nieokreśloną przyszłość, bo tego dnia zostałam przegłosowana i wybór padł na lotnisko im. Lecha Wałęsy. Ja też lubię atmosferę przylotów i odlotów, może dlatego, że nigdy nie leciałam samolotem i nie wiem czy kiedyś na jakiś lot się zdecyduję. I chciałabym, i boję się. Na razie więc, małymi kroczkami próbuję przełamywać swój lęk.





Później jeszcze pojechaliśmy na kawę i jod w Kątach Rybackich
i odwiedziliśmy rodzinę za Nowym Dworem Gdańskim, więc wolny czwartek nie został zaprzepaszczony.