piątek, 27 maja 2016

Olsztynek czy Bisztynek?






Choć temperamentem bliżej mi chyba do Małej Mi, choć lubię ciepło domowego ogniska jak Mama Muminka, mam jednak naturę Włóczykija. Lubię się przemieszczać, odkrywać nowe miejsca i szybko się do nich adaptować. O tak, z tym nie mam najmniejszego problemu. Gdzie się nie znajdę, wszędzie czuję się jak u siebie.


Takim włóczykijem jest też chyba moja córka, która też nie lubi siedzieć w domu. A że pogoda właśnie zaczęła sprzyjać różnym wypadom, korzystamy z niej na maksa. Nie straszny nam nawet wiosenny deszczyk.
Mimo, że mieszkam tu od 2001 roku, Warmia i Mazury wciąż nie przestają mnie zadziwiać. Nie jestem z tych, co to wszędzie już byli i wszystko widzieli, toteż cieszą mnie małe podróżnicze odkrycia. 
Bo weźmy choćby pod lupę taki Olsztynek. Mieścina jakich wiele. Ale jak przyjemnie jest powłóczyć się po jej niemalże opustoszałych uliczkach leniwym sobotnim popołudniem. W głowę zachodzę, gdzie pochowali się wszyscy autochtoni, bo nie licząc kilku tutejszych psów, jednego kota, grupki niemieckich turystów napotkanych w centrum pod kamiennym lwem i trzech chłopaczków  robiących popisowe numery na rowerach w skateparku, Olsztynek świecił pustkami. To samo w Bisztynku. Fakt, że siąpił kapuśniaczek, ale po ulicach biegały tylko bezpańskie psy. Olsztyn to w sumie żadna metropolia, ale taka małomiasteczkowa atmosfera ciszy i opustoszenia robi na mnie wrażenie. Lubię tak zwiedzać w samotności, odkrywać raz za razem jakieś cudeńka przyrody i architektury i pokazywać je dziecku. 















Wiadomo, że najciekawszą atrakcją Olsztynka jest skansen (KLIK), tym razem jednak odpuściłyśmy sobie ten punkt na rzecz obiadokolacji w restauracji po "Kuchennych Rewolucjach". O "Zielarni" na pewno mogę powiedzieć, że ma ładny wystrój. Jeśli chodzi o jedzenie, to nie mam chyba szczęścia do zamawianych dań, wszystko smakuje mi jakoś tak przeciętnie. Ale mojej córce placki ziemniaczane smakowały.















W Bisztynku natomiast zainteresował nas owiany legendą Diabelski Kamień, kościół farny z figurami dwunastu apostołów i zabytkowa Brama Lidzbarska. Deszcz nie zniechęcił nas przed penetrowaniem różnych zakątków, wręcz przeciwnie- spowodował, że tysiące ślimaków wypełzło na chodniki i moja K. miała wielką frajdę w przenoszeniu ich na trawę. Niemalże tak samą jak mycie rąk pod każdą mijaną rynną. Ot, uroki dzieciństwa.




"Ja tu na deszczu, wilki jakieś..." :)














No i co tu dużo mówić: lubimy tak sobie razem łazić, dyskutować na temat mijanych obiektów i robić zdjęcia. Wtedy czuję, że żyję. Że jestem, widzę, doświadczam, smakuję. Nawet w takim małym Bisztynku. Gdzieś tam na Warmii czy innych Mazurach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz