wtorek, 31 maja 2016

Może na ryby?



Wędkarstwo to ponoć sprawdzony sposób na uspokojenie i wyciszenie. Mawiają, że uczy cierpliwości i koncentracji. Jeśli wierzyć tym słowom, jest to w takim razie rozrywka stworzona dla mnie.



Może pójście na ryby to męski sport, może to zajęcie godne emeryta, ale jest w nim coś, co mnie pociąga. Bezpośredni kontakt z przyrodą. Jedyna w swoim rodzaju forma medytacji. Cisza i spokój. Obsługa wędkarskiego sprzętu. No i finalna zdobycz. Choć w życiu nie zabiłabym i nie oprawiła ryby, nie ma chyba nic pyszniejszego niż świeża, chrupiąca i gorąca rybka prosto z patelni. 
Od jakiegoś czasu chodzi za mną pomysł wyprawy na ryby. Pomysł spędzenia całego dnia, a może i nocy na łonie natury, gdzieś z dala od cywilizacji.
Ta mała wyprawa to tylko lekki przedsmak tego, czego chciałabym doświadczyć.









Fiołek trójbarwny












Powyższe zdjęcia zostały zrobione na początku maja na typowej podlaskiej łące. Ryby brały tego popołudnia umiarkowanie, ale samo przebywanie na otwartej zielonej, nasłonecznionej przestrzeni dało mi tyle energii, że wystarczyło mi jej na jakis czas. Nazrywałam tego dnia trochę bratka polnego, zwanego fachowo fiołkiem trójbarwnym i ususzyłam na herbatkę. Ta jadalna roślina (podjadałyśmy sobie z córką te żółte kwiatki i ich liście) skutecznie odciągnęła moją uwagę od ryb, ale następnym razem będzie jeszcze lepiej i dłużej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz