poniedziałek, 14 marca 2016

Na czym zaoszczędziłam w lutym?


Akcja "oszczędzanie" trwa u mnie w najlepsze i ma się całkiem dobrze. Tym bardziej, że mam już zdefiniowany cel, przy którym wszelkie chwilowe zachcianki wypadają po prostu słabo i łatwiej jest mi się im oprzeć.


Żeby nie było tak kolorowo, kliku pokusom się nie oparłam. Zjadłam kebaba, zapiekankę, bułkę z czekoladą...Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Zapominam więc o tym i skupiam się na swoich oszczędnościowych osiągnięciach. A było ich w lutym kilka...

Zamieniłam ostatecznie czajnik elektryczny na gazowy. Niby cały czas używałam oficjalnie tylko tego gazowego, ale ten drugi zawsze był pod ręka i w chwilach słabości wystarczyło go tylko pstryknąć. Schowałam go więc w głąb szafki i używamy już tylko poczciwego zielonego czajnika z gwizdkiem.

Pilnuję ze wzmożona czujnością, czy przypadkiem gdzieś nie pali się niepotrzebnie światło, czy telewizor nie gra niepotrzebnie, czy router jest wyłączony na noc.
Kąpiele dziecka zamieniłam na szybkie prysznice. Sama też kontroluję ilość zużywanej wody.

Zmywarkę i pralkę puszczam z pełnym wsadem, oczywiście w trybie eco, w temperaturze do 40*-45*C. Tabletkę do zmywarki dzielę na pół, kiedyś nawet zrobiłam je sobie sama z sody, kwasku cytrynowego i soli. Piorę w orzechach. Zamiast płynu do płukania wlewam kilka kropli olejku z drzewa herbacianego, który ma właściwości bakteriobójcze. To niesamowita oszczędność, nie mówiąc już o eliminacji chemii. Rok temu kupiłam paczkę indyjskich orzechów za 20 zł, do dziś zużyłam tylko 1/4 opakowania. Czysty (dosłownie!) zysk. W proszku piorę tylko białe i silnie zabrudzone rzeczy. Myślę nad stworzeniem własnych, ekologicznych środków czystości, jak np. płyn do mycia naczyń. Ale to dopiero, jak zużyję zapasy ze sklepowych półek.

Dzięki wciągającej lekturze "Szczęśliwej skóry" planuję również zrobienie kilku kosmetyków. Po udanej próbie z antyperspirantem, mam zamiar wypróbować receptury na suchy szampon i pastę do zębów. Ograniczam również ilość używanych kosmetyków do makijażu. Już od roku praktycznie nie używam podkładu i pudru, bądź używam ich sporadycznie. W mojej skromnej ocenie mam całkiem ładną cerę i makijaż oczu i muśnięcie różem w zupełności mi wystarczy. A że róż mi się właśnie skończył? Nic nie szkodzi. Czerwona pomadka doskonale go imituje.


Książka nie kupiona, tylko wypożyczona z biblioteki. Polecam!


Korzystam z promocji, kupuję produkty spożywcze, które są aktualnie w  promocyjnych cenach i na nich opieram swoje menu. W torebce noszę torbę na zakupy, by uniknąć brania jednorazówek.

Robię coraz więcej tanich i jednocześnie zdrowych dań. Np. naleśniki na tysiąc sposobów. Zaprzyjaźniłam się z młynkiem do kawy i produkuję różne rodzaje mąk do naleśników: jaglaną (mielę kaszę jaglaną na jasnożółty pył), owsianą, jęczmienną (zmielone płatki). Dodatkowo takie ciasto naleśnikowe wzbogacam zmielonym siemieniem lnianym, kurkumą, cynamonem, imbirem. Moje dziecko wcina takie zdrowe naleśniki i prosi o dokładkę. A dla mnie to 5 minut roboty.
Drugim tanim i wartościowym daniem są zupy. Najlepiej bezmięsne (opcjonalnie na indyku). Dostaję szczaw w słoiczku od mamy? Gotuję szczawiową. Został mi niedzielny rosół? Gotuję na nim pomidorową.
Wyhodowałam też własny szczypiorek i rzeżuchę.

W końcu założyłam konto oszczędnościowo. Zamierzam po każdej wypłacie najpierw płacić sobie i przelewać na to konto 10% swoich dochodów, a pod koniec miesiąca całą resztę, która mi została. Docelowo mam zamiar otworzyć lokatę.

No i w dalszym ciągu, ze wzmożonym zapałem uskuteczniam swój antykonsumpcjonizm. Nie kupiłam w lutym żadnego ubrania. Zrozumiałam, że kupując nowy ciuch, nie stanę się szczęśliwszym człowiekiem. No, może na godzinę :) Używam więc zasobów, które mam. Powyciągałam z dna szafy dawno nie noszone ubrania. Zaniosłam do krawcowej 7 par spodni. 4 pary spodni męża, w których zostały zwężone nogawki, i 3 pary moich, które były na mnie po prostu za duże. Zapłaciłam, co prawda, 11,30 zł za przeróbkę każdej sztuki, ale biorąc pod uwagę fakt, że spodnie męża kosztowały ok.300 zł, bo są dobrych marek, a nie nosił ich tylko dlatego, że ich fason wyszedł już z mody, myślę, że warto było tę kasę zainwestować.

Od dwóch miesięcy nie kupiłam dziecku żadnej, nawet najmniejszej zabawki. Ależ wyrodna ze mnie matka, co? Po co mam kupować córce nowe kolorowanki, skoro ma 20 starych zalegających w szafce, prawie nietkniętych lub zarysowanych tylko w połowie? Wyciągamy je więc po kolei z półki i używamy.

A w wolnej chwili przeczytałam sobie bloga nie kupuję.obserwuję.

4 komentarze:

  1. Hej! Gratuluję coraz większej liczby rzeczy, które robisz sama i jak się okazuje, są tańsze niż te sklepowe :)
    Co do ulegania pokusom, czasem trzeba - nie można totalnie wszystkiego sobie odmówić. Także tu bym się nie katowała wyrzutami sumienia :)
    A mogę spytać jaki masz cel swojego oszczędzania?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak, moim zdaniem, w niektórych kwestiach za dużo sobie folguję. Przy dużej samodyscyplinie i odpowiedniej organizacji można by naprawdę sporo uzbierać, ale wiadomo, człowiek potrzebuje też jakichś przyjemności. A cel to nowe lokum. Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Cześć! :) Podziwiam za niekupowanie zabawek. U nas to nie działa. I jeszcze w tym miesiącu to rekort pobilismy, a kwota jaką wydaliśmy przyprawia o ból głowy. Z tymi kosmetykami wytwarzanymi w domu to jest dobry pomysł, i też się przymierzam, ale najpierw muszę swoje zapasy zużyć. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o zabawki: zasada nr 1- nie brać dziecka na zakupy, zasada nr 2- zaproponować dziecku jakąś aktywność zamiast kolejnej zabawki- u mnie działa :)no, ale każde dziecko jest inne.
      Jeśli chodzi o kosmetyki- dokładnie, nie ma sensu robić swoich, póki się nie zużyje sklepowych.
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam.

      Usuń