piątek, 26 lutego 2016

Kuchenne ewolucje




Zimowa pora sprzyja eksperymentowaniu w kuchni. Od dłuższego już czasu dążę do tego, by moje kulinarne wyczyny były nieskomplikowane, szybkie i zdrowe. Staram się rozwijać kulinarnie, mieć świadomość jakości produktów, które wrzucam do gara. I cóż... Jest progres.


Moja kuchnia ewoluuje z miesiąca na miesiąc. Doskonalę przepisy, upraszczam je i "uzdrawiam". Staram się jak najwięcej czerpać z natury. Dawno już pożegnałam się z kostkami rosołowymi i wynalazkami typu kucharek, wegeta, doprawka. Wiem, że zupa na szyi indyka będzie dla mojego dziecka lepsza niż na skrzydełku z kurczaka. Jeśli ryż, to brązowy, parboleid lub basmati (mają niższy indeks glikemiczny), do tego gotowany luzem, absolutnie bez foliowej torebki. Tak samo, jak wszelkie kasze. Nauczyłam się usuwać szkodliwe pestycydy z owoców i warzyw (wystarczy wymoczyć je w wodzie z sodą oczyszczoną). Pożegnałam się z białą mąką. Pokochałam olej kokosowy, masło klarowane, kurkumę. Codziennie zaparzam czystek. Chcę nauczyć się samodzielnego wypieku chleba. 
Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że najzdrowsze jedzenie jest najprostsze. I odwrotnie.

Oto, co ostatnimi czasy udało mi się uskutecznić w mojej kuchni:

1. Kompot  z owoców dzikiej róży. Przemrożone owoce nie są już takie cierpkie i z powodzeniem nadają się do obróbki. Z pewnego spaceru wróciłam z owocami dzikiej róży (ma mnóstwo witaminy C), rozgniotłam je, zalałam wrzątkiem i piłam na zdrowie :)





2. Zrobiłam samodzielnie sezamki. Użyłam do tego tylko podprażonego sezamu, miodu i...wałka.




3. Zaczęłam pić regularnie yerba mate, po dwa-trzy kubki dziennie w pracy. Używam do tego specjalnej rurki, zwanej fachowo bombillą. Ta herbatka z ostrokrzewu paragwajskiego poprawia koncentrację i pamięć, usuwa zmęczenie, zbija zły cholesterol i jest silnym antyoksydantem.



4. Przyrządziłam herbatkę o smaku i zapachu lasu. Zerwałam na spacerze kilka sosnowych gałązek. Ugotowałam z nich aromatyczny wywar. Doskonały na przeziębienie i podniesienie odporności. Działa przeciwbakteryjnie, odtruwa organizm, ma wiele witamin i mikroelementów. Poza tym nic nie kosztuje.





5. Poeksperymentowałam z gołąbkami. Chcąc zaoszczędzić czas i uniknąć charakterystycznego zapachu gotowanej kapusty w mieszkaniu, postanowiłam zrobić szybkie gołąbki w liściach... sałaty lodowej. Nie sądzę, by była to zdrowsza alternatywa dla kapusty, ale ją wypróbowałam i dla tych, którzy się spieszą, polecam. Tradycyjny farsz też trochę zmodyfikowałam.Użyłam mięsa mielonego z szynki, pęczaku i kaszy gryczanej i przyprawiłam wszystko dużą ilością kurkumy i kminku.



6. Zrobiłam zdrowe jaglano-owsiane gofry, które można, a nawet trzeba zajadać bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Zmieliłam w młynku do kawy kaszę jaglaną i płatki owsiane, które posłużyły mi za tradycyjną mąkę. Dodałam jajko od szczęśliwej kury, zamiast mleka dolałam muszynianki magnezowo-wapniowej i hojnie sypnęłam kurkumy i imbiru. Od jakiegoś czasu przyprawiam kurkumą co tylko się da.




7. Wypracowałam także przepis na najzdrowsze naleśniki świata. Z pełnowartościowej mąki (żytniej, jaglanej, owsianej, jęczmiennej) bez mleka, często z bananem, z dodatkiem cynamonu, imbiru i kurkumy. Najlepiej smakują z syropem klonowym.



8. Zaopatrzyłam się w ekologicznym sklepie w czarnuszkę siewną, zwaną inaczej czarnym kminem. Ponoć leczy wszystko oprócz śmierci. Zmieliłam ją i staram się ją dodawać do wielu potraw. 




9. Odkryłam zieloną kawę. Jest mega zdrowa, wspomaga odchudzanie. Pozytywnie wpływa na układ sercowo- naczyniowy. W smaku nie jest, niestety, powalająca. Po wypiciu, jej zielone fusy śmiało można wykorzystać do peelingu.




10. Potrafię przyrządzić domowy kisiel. Tym z papierka podziękowałam już raz na zawsze. Wystarczy woda, cukier/miód, dowolne owoce i odrobina mąki ziemniaczanej. No i blender. Ot, i cała filozofia. Do moich ulubionych należy kisiel z pomarańczy.




11. Spróbowałam pączków brzozy i leszczyny. To ponoć bomby witaminowe. Dostępne już od lutego, całkiem za darmo.



Oczywiście, jak najbardziej zdarza mi się ulegać różnym pokusom. Dziś, na przykład, nie pogardziłam kebabem (na szczęście opamiętałam się i wybrałam wersję wege), ale czuję, że krok po kroku zaczynam się odżywiać świadomie.

wtorek, 23 lutego 2016

Herbata stygnie, zapada mrok...



Sobota. Mąż na piłce, córka na górze u koleżanki. Mam czas dla siebie. Nie, tym razem nie sprzątam. Prania też nie wstawiam. Nie tracę cennych minut na fejsbuku.


To czas wyłącznie dla mnie. Liczy się każda dobrze spożytkowana sekunda. Stawiam czajnik na gazie. Idę pod prysznic. Robię sobie odżywczy peeling z zielonej kawy i oleju kokosowego. Ścieram z siebie trudy tygodnia. Dodaję sobie energii chłodnym strumieniem wody. Wychodzę z łazienki na dźwięk gwizdka. Zaparzam herbatę. Z cytryną. Włączam zmywarkę.

Herbata stygnie, zapada mrok, a ja gaszę światła i otulam swoje aksamitnie miękkie, wypeelingowane ciało aksamitem ulubionego koca. Leżąc w ciemności, wsłuchuję się w szum zmywarki. Kojarzy mi się z szumem morza. Oddycham świadomie. Wdech- nowa życiodajna energia, wydech- wszelkie negatywne konotacje. Och, jak mi dobrze. Chwilo, trwaj.
Wstaję, biorę kubek. Stoję w półmroku przy oknie i sączę angielską herbatę. Wpadam na pomysł, by opisać ten moment. Biorę kołonotatnik i na papierze w linię srebrnym długopisem tworzę ten tekst. Później wyklepię go, słowo po słowie, na klawiaturze. Teraz korzystam z możliwości pobycia samej ze sobą. Wezmę zaraz do ręki wypożyczoną wczoraj książkę bezkonkurencyjnej Fannie Flagg i zanurzę się w atmosferze miasteczka położonego gdzieś na wybrzeżu Alabamy. 
Czasem tak mało potrzeba mi do szczęścia...

sobota, 20 lutego 2016

Są ludzie, są serca


W zeszłym tygodniu byłam na wzruszającym walentynkowym koncercie Andrzeja Piasecznego z orkiestrą symfoniczną. Moje serce zostało rozgrzane do czerwoności. Czy może być coś lepszego w chłodny lutowy wieczór?

Stworzenie tak intymnego klimatu w takim miejscu jak surowe wnętrze hali sportowej jest nie lada wyczynem. Piasek stanął na wysokości zadania, zaczarował widownię tak, że bisom nie było końca. Niejednokrotnie coś mnie ścisnęło za gardło, łza w oku nie przestawała się kręcić, odlatywałam i wracały wspomnienia.
Bo jak to jest z tą miłością? Pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą? Dlaczego po jakimś czasie związki stają się toksyczne? Jakim prawem stawiamy drugiej osobie jakieś warunki, wymagania i oczekiwania? Przecież miłość równa się wolność. Skąd więc nasza roszczeniowa postawa, pretensje i rozczarowania?
Po latach błądzenia we mgle wiem, że podstawą budowania jakiejkolwiek relacji  z innymi jest miłość do samej siebie. Niczym nie zachwiane poczucie własnej wartości. Pewność, że poradzę sobie w każdej sytuacji (nawet jeśli będę upadała i podnosiła się po raz setny). Bezwarunkowa akceptacja swoich słabości i niedociągnięć. Dawanie sobie prawa do popełniania błędów i wybaczanie sobie. Bycie autentyczną tu i teraz. Dążenie do bycia najlepszą wersją samej siebie. Bez tego nie może być mowy o tworzeniu zdrowych związków. Nauczyłam się, że nie można uzależniać swego szczęścia od innych osób. Egoistyczne podejście? Nie sądzę. Bez stuprocentowego pokochania siebie nie ma mowy o spełnieniu. A pokochanie siebie daje wewnętrzną siłę.
Wracając do Piaska, kocham bezgranicznie nieśmiertelnych "Niecierpliwych" i "Śniadanie do łóżka".








wtorek, 9 lutego 2016

Na czym zaoszczędziłam w styczniu?





Wkręciłam się już chyba na dobre w akcję oszczędzania. Przez ostatnie pół roku wydałam dużo pieniędzy na różne zachcianki. Stanowczo za dużo. Działałam pod wpływem impulsu. Teraz biorę się w garść i nie odmawiając sobie przyjemności staram się racjonalnie gospodarować pieniędzmi. 



Na początku stycznia trochę zaoszczędziliśmy na wejściówkach na stok narciarski (relacja TU). W tygodniu jest taniej niż w weekend. Zamiast rozgrzewać się barową herbatką, zabrałam ze sobą herbatę w kubku termicznym. Kilka złotych zostało w portfelu, a zimno było jak diabli.




Przeprowadziłam też mały eksperyment. Nie robiłam zakupów spożywczych tak długo, jak się da. Potrafiłam przez 5 dni z rzędu nie iść do pobliskiej Biedronki (gdzie czasami zdarzało mi się biegać tam dwa razy dziennie, więc uważam to za mój osobisty sukces). Za to wykorzystywałam zapasy z zamrażarki i kuchennych szafek. W ruch poszły mrożone pierogi, które kiedyś zrobiłam z mamą w ilości hurtowej (jakże szybki obiad!), zamrożony zakwas z buraków (też własnej produkcji) czy sok z brzozy. Zamrożonego farszu do pierogów z zielonej soczewicy użyłam do zupy. Przepis TU. A przy okazji tych czystek rozmroziłam i umyłam zamrażarkę.

W znacznym stopniu ograniczyłam słodycze. Robiłam je samodzielnie. Między innymi kisiel z pomarańczy czy ciasteczka z płatków owsianych i kakao. I taniej, i zdrowiej.









Nie kupiłam w zeszłym miesiącu absolutnie żadnego ciucha. Nie potrzebuję. Raczej powinnam pozbyć się kilku ubrań, bo szafa mi się nie domyka. Za to samodzielnie przerobiłam wytarte na kolanach rurki na szorty.

Z kosmetyków kupiłam tylko szampon i odżywkę  Alterra (polecam- bez barwników, konserwantów, silikonów i parabenów), w dodatku w całkiem niezłej promocji.



Zamiast zakupu maty do ćwiczeń zrobiłam sobie matę z puzzli piankowych. Nie mam do niej absolutnie żadnych zastrzeżeń, sprawdza się w stu procentach.





Tak jak w grudniu (KLIK) , zrobiłam małe zakupy internetowe i podzieliłam się kosztem przesyłki z koleżanką na pół.

Szukałam darmowych rozrywek: graliśmy w domu w planszówki, czytaliśmy książki, chodziliśmy na SANKI.







Skorzystałam z darmowych darów natury (nawet w styczniu się da!)- podczas wyjazdu na sanki, nazrywałam w lesie owoców dzikiej róży i zrobiłam z nich kompot.







A w nagrodę, że byłam taka oszczędna znalazłam w szufladzie 700 zł, które skitrałam kiedyś sama przed sobą i o nich zapomniałam:) 

sobota, 6 lutego 2016

Zima lubi dzieci najbardziej na świecie



Nigdy nie sądziłam, że zatęsknię za zimą. Choć jeszcze trwa sobie w najlepsze, ja już ukradkiem ocieram łzy tęsknoty. W tym roku bowiem zima zaskoczyła mnie swoimi możliwościami, jak jeszcze nigdy przedtem. A może to ja nauczyłam się w końcu doceniać tę porę roku?


Nigdy jakoś specjalnie za zimą nie przepadałam. A styczeń był dla mnie najgorszym miesiącem w roku. Chyba od zawsze. Nawet przywołując wspomnienia z dzieciństwa, mam przed oczami krótkie, ciemne dni, błoto pośniegowe i nudne ferie spędzane w domu przed telewizorem. O ile ciepło domowego ogniska, miało swój urok, o tyle jakakolwiek aktywność na świeżym powietrzu była dla mnie koniecznością. Piosenki z tamtych czasów, jak np. tę poniżej, wspominam jednak z rozrzewnieniem.

                                       

Jak to dobrze, że córka nie poszła w moje ślady i zima jest dla niej równie atrakcyjna jak inne pory roku. Przyznam, że i ja postanowiłam popracować nad moją awersją do stycznia (trochę pisałam o tym TU), nie boję się już wychodzić z domu i robię wszystko, bym nie musiała tej zimy przeczekiwać, tylko czerpać z niej jak najwięcej radości tu i teraz. Poza tym postanowiłam w tym roku hartować dziecko (i siebie przy okazji) i bez względu na pogodę jak najwięcej wychodzić na dwór. 
Świetnym pretekstem do wyjść okazały się w tym roku sanki. Można było wykorzystać je podczas zwykłego spaceru po okolicy. Kilka zjazdów z górki sprawiło że zwykła szara sobota okraszona została pozytywnym akcentem.








Można było też zapakować sanki do bagażnika i wyruszyć gdzieś za miasto. Mamy takie swoje ulubione miejsce na skraju Puszczy Napiwodzko- Ramuckiej , którym pisałam już kilkakrotnie (KLIKKLIKKLIKKLIK) i które jest dobre na każdą porę roku. Wiosną można tam spacerować wąwozami, latem zażywać plażingu nad jeziorem, jesienią rozpalić ognisko, a zimą... zjeżdżać na sankach z wielkiej górki.




Jak widać na poniższym zdjęciu, nie tylko my darzymy to miejsce sympatią. Kiedy przyjechaliśmy tu tej zimy pierwszy raz, oczom naszym ukazał się taki obrazek. Najwyraźniej wszyscy postanowili oddać się białemu szaleństwu:) Poddaliśmy się więc euforii tłumu.


















Wiadomo, że w tłumie raźniej, ale po tygodniu, kiedy spadła kolejna porcja śniegu, postanowiliśmy być sprytniejsi i udaliśmy się na sanki w sobotę rano. Było cudownie: słonecznie i mroźno jednocześnie. Cisza jak makiem zasiał. Saneczkowa trasa nie była jeszcze "wyjeżdżona", wręcz dziewicza. Takich rozrywek to ja mogłabym zażywać każdego ranka. Górka jest naprawdę spora, więc i długość zjazdu jest imponująca. Nie wiem, kto się lepiej bawił, dziecko czy my? Bez kilku wypadków, oczywiście się nie obeszło, ale na szczęście były one niegroźne.


















A kiedy nie mieliśmy już sił (wchodzenie pod górkę po raz któryś z rzędu było wyczerpujące), poszliśmy się odprężyć na jezioro. Weszliśmy na lód (mróz był tego dnia siarczysty, więc nie mieliśmy jakichkolwiek obaw) i na wieżę widokową. Biorąc więc pod uwagę atrakcje i okoliczności przyrody musiałabym być idiotką, by złorzeczyć na zimę.














Tak nam się spodobało aktywne spędzanie czasu, że następnego dnia wybraliśmy się do lasu.
Ciągaliśmy naszą córkę na saneczkach leśną drogą, a ona piszczała z radości. Spotkaliśmy dwoje starszych ludzi na nartach biegowych i naszła mnie refleksja, że wiek nie jest żadną wymówką ani ograniczeniem. Że można mieć siedemdziesiąt lat i być witalnym jak dwudziestolatek. Mimo że dzień był pochmurny i nie zachęcał do wyjścia z domu, warto było zażyć ruchu na świeżym powietrzu. Teraz wiem, że każde pięć minut na łonie natury wzmacnia mnie i poprawia humor. A jeśli zamienię te minuty w godziny, zrobię sobie i tym, z którymi spędzam czas, bezcenny prezent.





I dobrze, że tak wykorzystaliśmy wolny czas, bo dziś zima w Olsztynie jest już tylko mglistym wspomnieniem. Po białym puchu ani śladu. Śniegowe szaleństwa są już poza zasięgiem, trzeba się więc nagimnastykować i szukać innych weekendowych rozrywek. Co prawda, zawsze można się wybrać na sztucznie naśnieżany stok (KLIK), ale czy ja wiem??