niedziela, 31 stycznia 2016

Narty





Był posępny zimowy dzień. Początek stycznia. Urlop. I zaplanowany wyjazd na narty. Wyjazd to raczej zbyt wielkie słowo, rzekłabym raczej, że podjazd, bo z parkingu pod moim blokiem na stok jest raptem jakieś 10 minut drogi.


To mój drugi raz na nartach. Pierwszy raz był w czasach studenckich, kiedy to z koleżanką z roku i jej ówczesnym chłopakiem pojechaliśmy w środku nocy zdezelowanym polonezem w góry (pamiętam, jak ów polonez nam zapłonął po drodze i że zgubiłam okulary w Kielcach). Tak się szczęśliwie złożyło, że chłopak mojej koleżanki prowadził w Bukowinie Tatrzańskiej sklep ze sprzętem narciarskim, więc na stoku pojawiliśmy się następnego dnia w pełnym rynsztunku.  Narty mi się co prawda rozjeżdżały, ale jakiejś tragedii nie było. Świeciło słońce, żurek w chlebie smakował wyśmienicie, a Tatry dumnie prezentowały swoje wdzięki.



No ale mamy rok 2016 i moje drugie podejście do tematu. Kartasiówka koło Olsztyna. I tu zaczynają się schody, chociaż jeszcze nawet nie wjechałam wyciągiem na stok. Okazuje się, że nawet samo założenie nart nie jest takie proste, jak się wydaje. Już w wypożyczalni sprzętu trochę się zirytowałam i to moje negatywne nastawienie chyba zabrałam ze sobą na stok. 
Mojemu mężowi, mimo że też nie miał nart na nogach całe lata, szło całkiem dobrze. Szusował, aż się za nim kurzyło, nawet z felerną nartą, która uparcie mu się odpinała od buta.










Moja jazda na nartach wyglądała dla odmiany tak ( tylko raz udało się uchwycić mnie w pionie, potem była już tylko moja walka z wiatrakami:)







Wytaczałam się więc w śniegu za wszystkie czasy. Ale doszukałam się, jak to ja, kilku pozytywów:
- spróbowałam czegoś nowego,
- umiem się śmiać z siebie (kiedy leżałam na śniegu nie mogąc się podnieść ani wykonać żadnego konstruktywnego ruchu, jedyne co mi wychodziło to śmiech z przepony),
- ludzie są jednak bardzo życzliwi (co chwila ktoś się zatrzymywał, pytał, czy mi pomóc, udzielał wskazówek, pomagał odpinać narty, a nawet udzielał krótkiego instruktażu kosztem swego czasu; o słowach otuchy, żebym się nie poddawała, i że oni też tak zaczynali, nie wspomnę),
- spędziłam czas na świeżym powietrzu,
- mimo wszystko spaliłam trochę kalorii, następnego dnia miałam potworne zakwasy.

Po tym doświadczeniu wiem, że narty nie staną się raczej moją ulubioną dyscypliną sportową. Jednakże nie zamierzam się poddawać i kiedyś na pewno spróbuję jeszcze raz


7 komentarzy:

  1. Spróbuj biegówek, ja raczej za zjazdami nie przepadam, ale biegówki to inna para kaloszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie mam taki zamiar, tylko chyba już w tym roku nie dam rady:( Widziałam ostatnio w lesie dziadka, który tak śmigał na biegówkach, że tylko mu pozazdrościć. No i trochę się obawiam, bo jestem dość słaba w rękach i nie wiem czy dźwignę temat, ale na pewno spróbuję.

      Usuń
  2. Niestety, podobnie mam z łyżwami. Próbowałam, ale nie idzie mi i już... Co chwila lądowałam na tafli lodu, a małe dzieciaki śmigały obok jak szalone. No ale... Nie każdy może być mistrzem we wszystkim. Myślę, że i tak miałaś sporo endorfin :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, nie można być specjalistą od wszystkiego :)
      Co innego oszczędzanie...:)

      Usuń
    2. Hmm, wydaje się znacznie łatwiejsze niż łyżwy... :)

      Usuń
  3. Hej, fajnie, że spróbowałaś :) Zawsze to nowe doświadczenia :) i ile świeżego powietrza :) Pozdrawiam Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię kolekcjonować nowe doświadczenia:) Pozdrawiam:)

      Usuń