wtorek, 8 grudnia 2015

Poniedziałek z przyjaciółmi




Lubię poniedziałki. To dni, kiedy można przecież zacząć wszystko od nowa, przejść na dietę, rzucić palenie, itp. Albo wziąć sobie wolne i bez wyrzutów sumienia oglądać "Przyjaciół". 



Przez długi czas nie pałałam entuzjazmem do tego kultowego serialu. Nie czaiłam bazy? Nie czułam klimatu? Nie wiem. Robiłam kilka podchodów. I nic. Ot, taki tam zwykły serial komediowy. Nie iskrzyło jakoś specjalnie między mną a Rachel czy Joeyem. Załapałam bakcyla dzięki mojej koleżance Ewie, która namiętnie ogląda powtórki powtórek wszystkich sezonów i niemalże zna na pamięć dialogi. I wybucha gromkim śmiechem prawie na każdej scenie. Nie mogłam tego zbagatelizować. Musiałam wziąć urlop, by pod kocykiem studiować losy miłości Moniki i Chandlera oraz dziwactwa Phoebe. Od lat wszyscy zachwyca się tym serialem, więc nie mogłam być gorsza. Zamiast ciężko pracować, wzięłam dzień opieki nad dzieckiem do lat czternastu, odprowadziłam owe dziecko do przedszkola i ...zaopiekowałam się sobą oglądając serial wszech czasów. Wsiąkłam. Tak między drugim i trzecim odcinkiem. Naprawdę zaczęła mnie śmieszyć Phoebe, pobierająca naukę jazdy na rowerze. Poczułam humor "Friendsów". Jupi.



To naprawdę bezbłędne uczucie, móc oddawać się infantylnym czynnościom. Dorośli ludzie przecież biorą jednodniowe urlopy po to, by umyć okna przed świętami czy załatwić sprawy w urzędzie. Na Boga, kto przy zdrowych zmysłach bierze wolne po to, by zaspokajać swe egoistyczne zachcianki? Tym bardziej, że to już nie mój pierwszy taki wybryk ostatnimi czasy (KLIK). Ale cóż mogę rzec. Właśnie w taki sposób najskuteczniej osiągam równowagę psychiczną i odpoczywam. Sama ze sobą.
Skorzystałam, że jestem sama w domu, i zaraz po maratonie "Przyjaciół" (który zagwarantował mi potężną dawkę dobrego humoru), postanowiłam pomedytować przy znanej mantrze "Ra-ma-da-sa". Polecam ją każdemu, kto chce uspokoić emocje, uzdrowić się wewnętrznie i oczyścić umysł.




Nie byłabym sobą, gdybym nie sięgnęła tego dnia po jakąś lekturę. Na tę okoliczność wybrałam książkę "Hania Bania.Tornado seksualne" Hanny Bakuły, którą kupiłam w okazyjnej cenie podczas poprzednich wagarów. Czyta się ją wybornie, a ilustracje w formie kolaży naprawdę cieszą oko. Chwile z książką uczciłam lampką koktajlu (kiwi+banan+gruszka).






Dzień wolny z tytułu opieki nad dzieckiem jednak zobowiązuje. Kwadrans po dwunastej umówiona byłam na czytanie dzieciom w przedszkolu. Spakowałam do plecaka  "Dzieci z Bullerbyn " Astrid Lindgren ( ulubioną książkę moją i K.)  i tym samym wstąpiłam do Klubu Czytających Rodziców (nawet otrzymałam od pani nauczycielki dyplom!). Mało tego, byłam pierwszym rodzicem, który odważył się czytać w tak zacnym gronie, jakim są leżakujące po skonsumowaniu zupy pięciolatki. Tak więc moi mali słuchacze leżeli lub/i tarzali się na podłodze, a ja czytałam im o przygodach Lassego, Bossego, Britty i Anny. Ten czas był bezcenny.








Po wyjściu z przedszkola wstąpiłam do mego ulubionego warzywniaka, i jako świadomy konsument zaopatrzyłam się w KISZONĄ (nie kwaszoną) kapustę. Taki niuans naprawdę ma znaczenie. Ale mam swoje pewne źródło, ufam miłemu panu sprzedawcy, a także producentowi kiszonek z Działdowa.
Kapusta, którą polałam w domu olejem lnianym idealnie wkomponowała się w mój szybki obiad.





Później czas jakby przyśpieszył. Musiałam przyjąć pana od grzejników, wypić kawę, pomalować paznokcie, obejrzeć "Dynastię", jeszcze trochę poczytać i znowu lecieć do przedszkola na jesienne przedstawienie.






Dzień był na maxa produktywny. Cóż, za krótki, by pomieścić wszystkie moje zachcianki i obowiązki. A mycie okien? No chyba nie w poniedziałki, poniedziałki spędzam na kanapie z "Przyjaciółmi". A poza tym stworzona jestem do wyższych celów:)

3 komentarze:

  1. mmmmmm i znowu pyszności widzę :) ciężko czytać na głodniaka :)

    i bardzo się ciesze że napisałaś o o moim ulubionym serialu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój ulubiony serial jest moim ulubionym serialem, hahaaaah :)

      Usuń