sobota, 12 grudnia 2015

Pamiętam, była jesień...



Kolejna jesień za nami. Że tak zacznę patetycznie. Nie ma jednak co rozpaczać, tylko iść do przodu zachowując w pamięci same pozytywne wspomnienia.


Dla mnie najważniejszymi akcentami tegorocznej jesieni były:


1. Grzybobranie, zwieńczone koszem borowików. Odkryliśmy miejsce, do którego będziemy wracali każdej jesieni i strzegli go jak oka w głowie. Prawdziwki rosną tam jak szalone, jeden obok drugiego. Maślaki też się znajdą, a i na kanie można trafić i usmażyć je w jajku i bułce tartej. O tak, kania a la schabowy to mój przysmak.




Kanie



2. Zmiana koloru włosów. Słyszałam gdzieś powiedzenie, że prędzej czy poźniej każda kobieta staje się blondynką. No cóż, trafiło i na mnie i absolutnie nieskromnie przyznam, że złoty kolor mi pasuje. Bo że dobrze się w nim czuję to oczywistość. Może do platyny nie dojdę, ale jeszcze rozjaśnię sobie włosy o ton czy dwa.




 

3. Urodziny mojej córki spędzone w parku rozrywki Nowa Holandia pod Elblągiem. Kiedyś już tam zawitaliśmy (KLIK). Tym razem byliśmy poszukiwaczami złota, karmiliśmy króliki liśćmi mlecza, płynęliśmy tramwajem wodnym, błądziliśmy w labiryncie...Najważniejsze, że naszej jubilatce się podobało. Ja tam też nie narzekałam. Kilkakrotnie wchodziłam do Obłędnego Tunelu :).









 

4. Wędrówka szlakiem "Kuchennych Rewolucji". Raczej tych dawnych.

Olszytyńska restauracja "Pod Żaglami " świeciła co prawda w porze obiadowej pustkami, za to kartacze i pierogi mieli wyśmienite (choć przeholowali trochę z okrasą). Wystrój też byłby całkiem w porządku, gdyby nie te odstraszające białe pokrowce na krzesłach. 






"Wiszące Ogrody Nad Narwią" w Nowogrodzie to tak urocze i malowniczo położone (jak sama nazwa wskazuje) miejsce, że powinni tam pobierać dodatkową opłatę za oglądanie krajobrazów rozpościerających się za oknami. W cieplejszej porze roku można tu zjeść na przeszklonym tarasie, w październiku był on już jednak nieczynny. Zamówiłam lokalny wychopsień z kapustą. Nie zdradzę jednak, co to za danie. Trzeba go po prostu spróbować. Ja nie byłam zbyt głodna, więc dla mnie danie smakowało dobrze, ale gdybym była wygłodzona, na pewno dopisałabym tu jeszcze kilka pochlebnych przymiotników.





Za to restauracja "Pod Kłobukiem" w Małdytach okazała się strzałem w dziesiątkę. Począwszy od obsługi, poprzez atmosferę, wystrój i muzykę, na tradycyjnych daniach kończąc. Dzyndzałki warmińskie były rewelacyjne. A wychodząc, spotkaliśmy słodkiego kotka, którego miałam ochotę zaadoptować.












5. Wycieczka do Warszawy. Nic tak nie resetuje człowieka, jak nagła zmiana otoczenia. W dwie i pół godziny z kipiącego nudą Olsztyna przenieśliśmy się do stolicy. Karmienie oswojonych wiewiórek w Łazienkach, wieczorna włóczęga po Krakowskim Przedmieściu czy spacer po listopadowych Powązkach to tylko niektóre punkty naszej wycieczki.




6. Święta Lipka. Byłam w tym miejscu już po raz trzeci, ale za każdym razem odkrywam tu coś nowego. 










7. Spotkanie z Agnieszką Maciąg i Warmińskie Metamorfozy w Galerii Warmińskiej. To były chwile pełne magii, a książkę, podpisaną przez panią Agnieszkę właśnie czytam. Więcej o spotkaniu napisałam TU.





8. Wstąpienie do Klubu Czytających Rodziców. Że uwielbiam czytać to żadna nowość. Czytanie własnemu dziecku to też w zasadzie dla mnie rutyna. Ale czytanie grupie przedszkolaków to już coś! Nawet miałam lekką tremę.





9. Dwa wolne dni (KLIK, KLIK), które spędziłam tak jak chcę. Czasami zdrowy egoizm to podstawa zachowania wewnętrznej równowagi.




10. Zorganizowanie z koleżanką pieszej wycieczki do Muzeum Przyrody.




 11. Przeczytałanie dwóch książek z moich nastoletnich czasów. Ktoś kojarzy te tytuły?


W ciągu jednego dnia tyle się dzieje...Nie do wiary, ile się dzieje jednego dnia (...)Przeżyty dzień nigdy się nie powtórzy. Należy go przeżyć dobrze...przynajmniej starać się przeżywać dobrze i coś po sobie zostawić... dla prawnuków właśnie.


Ludzie są jak wiatr- powiedziała Anita obserwując uważnie bieg wełnianej nitki.- Jedni lekko przelecą przez życie i nic po nich nie zostaje, drudzy dmą jak wichry, więc zostają po nich serca złamane, jak jakieś drzewa po huraganach. A inni wieją jak trzeba. Tyle, żeby wszystko na czas mogło kwitnąć i owocować. I po tych zostaje piękno naszego świata.


Tak z grubsza zleciała mi jesień.
I cóż, że było-minęło? Zima też jest cool. A nic nie cieszy tak bardzo, jak czyste, niezapisane karty Nowego Roku.

2 komentarze:

  1. Jesień pełna wrażeń, jestem pod wrażeniem. Z chęcią zwiedziłabym kilka z twoich miejsc. Też jestem osobą z natury aktywną ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siedzenie w domu nie sprzyja mojemu dobremu samopoczuciu. Dlatego stawiam na aktywność.
      Pozdrawiam :)

      Usuń