sobota, 31 października 2015

Relax, take it easy

 

Braliście kiedyś urlop tylko po to, by w spokoju poczytać książkę? Może zwariowałam, ale zachęcam do takiego wykorzystania wolnego dnia. Zwłaszcza, gdy macie absorbujące dzieci, a pogoda za oknem sprzyja zakopaniu się pod kocem, dziewięć godzin tylko dla siebie może mieć zbawienny wpływ.


Postanowiłam, że to będzie tylko mój dzień. Że nie poświęcę go na sprzątanie, gotowanie, surfowanie w sieci, rozmowy przez telefon, załatwianie jakichś spraw czy bezmyślne gapienie się w telewizor. Spędzę swój urlop tak jak JA tego chcę. Dzień wcześniej wysprzątałam mieszkanie oraz przekierowałam służbową komórkę.
Kiedy tylko punkt siódma odprowadziłam swoje niesforne dziecko do przedszkola, wypełniły mnie ekscytacja i radość, że ten poranek i ten dzień należą tylko do mnie, że mogę wykreować najbliższe godziny tylko po mojemu. Pomaszerowałam szybko do lasu (mam to szczęście, że las mam całkiem niedaleko). Liście szeleściły mi pod nogami, kiedy penetrowałam kolejne ścieżki, oddychałam rześkim powietrzem i nie myślałam o niczym. Było tak jak chciałam.

Księżyc o godzinie szóstej rano

W przedszkolu
Wszyscy śpieszą się do pracy, a ja spaceruję sobie po lesie :)
Jeden z lepszych poranków

W drodze do domu trafiłam w Biedronce na książkę Hanny Bakuły (jedna z moich ulubionych pisarek, relacja ze spotkania autorskiego TU), na którą od dawna miałam chęć. Książka w promocyjnej cenie kosztowała jedyne 8,99 zł. Zaopatrzyłam się również w rozgrzewającą herbatkę i owoc kaki. Perspektywa lektury pod kocykiem z parującym kubkiem w ręku była kusząca.

Łupy biedronkowe

Zanim jednak do tego przystąpiłam, obejrzałam świetny film dokumentalny na TVP KULTURA "Wladimir Wysocki i Marina Vlady. Ostatni pocałunek". Jego tematyka jest mi dość bliska, bo kiedyś tam, w zamierzchłej przeszłości pisałam pracę magisterską o życiu i twórczości tego rosyjskiego barda. Uwielbiam charyzmę Wysockiego. Szkoda, że jego świeca zgasła tak szybko.





No i w końcu nadszedł upragniony czas na czytanie. Nowa książka musi jeszcze trochę poczekać. Sięgnęłam po zaczętą już wcześniej, cieszącą się pochlebnymi recenzjami książkę J.K. Rowling, autorki "Harrego Pottera".
"Trafny wybór" czyta się naprawdę z przyjemnością. Polecam. 130 stron przeleciało nie wiadomo kiedy.


Wisienką na torcie mego Dnia Dla Siebie była wizyta u kosmetyczki. Zafundowałam sobie pedicure. To strasznie miłe uczucie mieć świeżo wypielęgnowane stopy. Pani kosmetyczka też okazała się niezwykle kontaktową osobą, więc czas w jej gabinecie spędziłam naprawdę fajnie. Zrezygnowałam z koloru na paznokciach na rzecz zwykłej bezbarwnej odżywki. Dam płytkom trochę odpocząć od lakierów.



No i cóż. Wróciłam do domu. Trochę jeszcze poczytałam, pomalowałam sobie paznokcie na dłoniach i trzeba było już iść do przedszkola po córkę.
Mimo, że nie wytrzymałam i zrobiłam dwa prania (choć miałam zabronione tego dnia obowiązki kury domowej), mimo, ze zjadłam naprawdęjużostatniego (szlag by to) croissanta z czekoladą i listonosz wyrwał mnie dźwiękiem domofonu z mojego piętnastominutowego power napa, uważam ten dzień za bardzo produktywny i udany. Było i coś dla ciała (spacer, kosmetyczka, relaks) i dla ducha (film i książka).


Prawda, że ładne?
Oficjalnie jestem na diecie :)

Relax, take it easy...

Jeśli czujecie czasem, że macie wszystkiego dość i potrzebujecie pobyć sami, nie wahajcie się użyć narzędzia jakim jest dzień urlopu. Najlepiej weźcie od razu dwa. I róbcie wszystko, co Wam w duszy gra.

poniedziałek, 26 października 2015

Oszczędzamy?


Lubię mieć pieniądze i nic na to nie poradzę. Najlepiej dużo. Kto nie lubi, ręka do góry!


Ostatnimi czasy szalałam zakupowo. Znowu postanowiłam więc przyoszczędzić. O moich niektórych metodach w tym temacie pisałam już w zeszłym roku TU i TU. Aby podtrzymać październikową tradycję, zamieszczam na blogu kolejną dawkę moich porad. Niektóre z nich można potraktować z przymrużeniem oka:)

1. Zamiana czajnika elektrycznego na zwykły, gazowy. Przetestowałam. Rachunki za prąd spadły o jakieś 20 zł miesięcznie. Polecam właśnie teraz, kiedy gorąca herbata jest na wagę złota i czajnik chodzi właściwie non stop.
2. "Tydzień bez słodyczy". Kiedyś mi się już udało przeżyć tydzień bez czekolady. Więc powinnam dać radę jeszcze zaliczyć klika takich tygodni. To niewiarygodne, ile kasy topimy w niezdrowych przekąskach.
3. Gotowanie, bazujące na produktach aktualnie zalegających w szafkach i lodówce; szukanie w sieci przepisów na tanie i jednocześnie zdrowe dania. Uwierzcie mi, jest takich mnóstwo! Ograniczeniem jest tylko nasza kulinarna fantazja.
4.  Oszczędne mycie, polegający na namoczeniu się pod prysznicem, zakręceniu wody, umyciu się żelem pod prysznic i szybkim opłukaniu. Można też zmniejszyć temperaturę wody, przy okazji też się zahartujemy. Nadpłata za wodę gwarantowana!
5. Popołudnia offline. Laptop i router odpoczywają, a ja mogę zająć się czymś innym. Internet mam w pracy i to powinno mi wystarczyć.
6. "Projekt denko", czyli zużycie danego kosmetyku do końca, zanim kupię nowy. Teraz zamiast balsamu do ciała używam mleczka do opalania, które do przyszłego lata byłoby już przeterminowane.
7. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Kiedy coś piekę w piekarniku, staram się zagospodarować oba poziomy.
8. Nie prasowanie:) lub ograniczenie tej czynności. To oszczędność prądu i czasu. Trzeba po prostu umiejętnie rozwiesić mokre rzeczy na suszarce. Przyznaję się, rzadko prasuję i czuję się z  tym świetnie.
9. Orzechy piorące. Oszczędność i ekologia w jednym (KLIK).
10. Zabieranie do pracy jedzenia,  na które nie ma się szczególnej ochoty w domu. Wielu rzeczy w domu bym nawet pewnie nie tknęła (bo znalazłoby się coś lepszego) i zmarnowałyby się. A w pracy, kiedy nie mam wyboru, zjadam to, co sobie przyniosłam.
11. Chodzenie wcześnie spać. To nie jest akurat dla mnie jakieś wyrzeczenie, bo chodzę spać praktycznie z kurami, więc prąd oszczędza się właściwie sam.
12. Picie wody zamiast soków. Soki, nie dość, że są niezdrowe, są również drogie. Wolę wodę z miodem i cytryną. Samo zdrowie.
13. Nie używanie masła/margaryny na kanapki oraz cukru. Ja słodzę herbatę trzy razy do roku, albo i w ogóle, a cukier mam generalnie tylko dla gości. Masła potrzebuję tylko do zjedzenia chleba z czosnkiem.
14. Kupowanie pieczywa za pół ceny. Są takie piekarnie , gdzie np. od godziny 17.00 pieczywo kosztuje -50%. I wcale nie jest jakieś czerstwe.
15. Włoszczyzna. Nie warto kupować mixu warzyw w siatce czy na tacce. Jak skompletujemy sobie sami kilka marchewek, pietruszkę i selera, zapłacimy o połowę mniej. Obliczyłam.
16. Używanie zamiast płynu do soczewek soli fizjologicznej. Może nie nagminnie, ale ja tak robię od jakiegoś czasu i moje oczy mają się świetnie.
17. Zabieranie na wycieczki swego prowiantu. Restauracje omijamy wtedy szerokim łukiem i jemy to, co wzięliśmy z domu.
18. Korzystanie z darmowych wejściówek i promocji. Niektóre muzea są za free w określone dni tygodnia, a bilety w kinach tańsze przed południem. Wystarczy tylko zrobić dokładne rozeznanie, a potem się dostosować.
19. - 49 % na kosmetyki w Rossmannie. Można kupić produkty dobrych marek w świetnych cenach.
20. Pomaganie innym, bo to co dajemy innym wraca do nas. Nieraz ze zdwojona siłą.

Jak widać, oszczędzanie to w pewnym sensie upraszczanie. Jedno wynika z drugiego.
Nadal jestem zafascynowana (może to zbyt mocne słowo, ale użyłam go kiedyś we wpisie NAJNOWSZE FASCYNACJE) szeroko pojętym minimalizmem. A oszczędzanie, wstrzemięźliwość zakupowa i korzystanie z dostępnych zasobów bardzo się z tym wiąże. Co ciekawe, ja naprawdę nie postrzegam tego w kategoriach wyrzeczeń. Po prostu od lat nie słodzę, nie smaruję pieczywa, chadzam wcześniej spać (a więc nie oglądam po nocach TV, nie siedzę na kompie), nie prasuję (i żyję!).
Wymyślanie i ogłaszanie takich projektów jak np. "Tydzień bez słodyczy" to dodatkowa motywacja. Takie udowadnianie sobie i innym, że mi się uda, że można. Taka gra. Przynosząca wymierne korzyści. Najfajniejsze jest to, że takie oszczędzanie nie wymaga ode mnie jakichś szczególnych poświęceń.

A Wy lubicie oszczędzać? Chętnie przygarnę kilka złotych porad.

Żabka z Toruniu i Żyd z Kazimierza, które noszę w czerwonym portfelu. Łuski karpia też mam:)

czwartek, 22 października 2015

Babia Góra w niepogodę


Kto lubi czuć survivalowy dreszczyk i dyskomfort wspinaczki, ten obowiązkowo musi zaliczyć kapryśną Babią Górę, jeden z 28 szczytów Korony Gór Polski. Byłam, zdobyłam, odhaczyłam.


W górach czuję się jak ryba w wodzie. Nie straszne mi strome podejścia, choć dają w kość jak cholera, zwłaszcza, gdy trzeba się z nimi zmierzyć już na początku szlaku. Nie przeraża mnie deszcz, ani zacinający z ukosa wiatr. Fakt, do tej wyprawy wyruszyłam przygotowana. I nie mam tu na myśli tylko odpowiedniego obuwia i stroju, ale również dokładne wcześniejsze zapoznanie się ze szlakiem. Dzięki temu wiedziałam, czego mogę się spodziewać po drodze. Spodziewałam się gwałtownych zmian pogody i spaceru w chmurach. Spodziewałam się świerkowego lasu i ławki po 15 minutach wędrówki. Spodziewałam się Sokolicy we mgle, kamiennej ścieżki wśród kosodrzewiny i porywistego, wręcz duszącego wiatru na Diablaku (inna nazwa Babiej Góry). I na brak zapierających dech w piersiach krajobrazów z samego szczytu też byłam przygotowana. Zamiast delektować się panoramą Beskidu Żywieckiego, delektowałam się kanapką, przycupnąwszy za kamiennym wiatrochronem. Nic to, że wiatr zrywał mi kaptur, a mój mąż zaginął za granicą (Babia Góra znajduje się na granicy polsko-słowackiej). Po zdobyciu szczytu czułam się bosko.








 Jako takie widoki pokazały się dopiero w drodze powrotnej do Przełęczy Krowiarki. Chmury i mgły znacząco się rozrzedziły i można było zrzucać kolejne warstwy odzieży. Aż chciało się wracać na Diablak.




Na pytanie czy warto było tak się umordować, odpowiadam: nie tylko warto, ale dla mnie takie akcje są wręcz  niezbędne do życia. Miałam jeszcze takiego powera tego dnia, że pojechałam napić się Żywca w Żywcu (KLIK) i zjeść papieską kremówkę w Wadowicach.
Tak więc Babią Górę wraz z jej charakterystyczną pogodą w kratkę polecam jak najbardziej. Dla poprawy kondycji i dla tego specyficznego poczucia bezkresnej wolności, które można osiągnąć tylko w górach. Nieważne jakich. Nieważne z kim. Liczą się kolejne kroki, własne oddechy, przyśpieszone bicie serca, wewnętrzna walka i te fantastyczne krajobrazy dookoła.