sobota, 28 lutego 2015

Najlepsze momenty lutego




Jeszcze trzy tygodnie i zawita do nas wiosna. Wraz z pierwszymi promieniami słońca otworzą się nowe możliwości. Póki co, zadowalam się tym, co los mi zsyła.


Nie jestem wybredna. Nie trudno mi było znaleźć w lutym powody do radości. Odpowiadają mi dodatnie temperatury i to, że nie ma już śniegu. Wieczory wcale nie są długie.Wręcz przeciwnie, czas pędzi jak szalony. Trzeba więc wyciskać życie jak cytrynę i brać z niego to, co najlepsze.

1. Obejrzałam "Annie Hall" z Woody Allenem.
2. Zrobiłam samodzielnie  kisiel malinowy.
3. Na rodzinny obiad zaserwowałam cannelloni ze szpinakiem i brokułami pod beszamelem.
4. Wieczorne wyszywanki.
5. Kolacja w stylu francuskim.


6. Wieczór w kręgielni.


7. Spacer po lesie.


8. Czytałam książkę " E-migranci, czyli pół roku bez Internetu, telefonu i telewizji".
9. Duuuża paczka od kuriera.
10. Rozdawanie tajemniczych karteczek (KLIK).
11. Bardzo dobra wiadomość.
12. Pączkowe szaleństwo.
13. Lampka wina do obiadu.
14. Walentynki (KLIK).
15. Przebrnęłam przez "skalpel".
16. Kupiłam paprotkę w fajnej doniczce.


17. Przedstawienie z okazji Dnia Babci i Dziadka w przedszkolu.


18. Niespodzianka o poranku.
19. Odgracanie mieszkania.
20. Podróż na południowy wschód.



21. Odwiedziny u babci i dziadka.


22. Spacer w słoneczny poranek.



23. Ciekawa lektura w busie.
24. Nawiązałam kontakt z dawną znajomą zza wschodniej granicy.
25. Powrót męża z delegacji.
26. Wieczór z pięcioma lekturami.
27. Wieczorne wyjście w miasto w doborowym towarzystwie.
28. Kwiaty od męża i obiad w Ceskiej Hospodzie.


środa, 25 lutego 2015

Najnowsze fascynacje


Nie lubię stać w miejscu. Uważam, że człowiek powinien się rozwijać przez całe życie. Podchwytywać co lepsze pomysły od innych i przekazywać je dalej.


Jest wiele rzeczy, które mnie pasjonują. Czasami ciężko mi pomieścić je wszystkie w mojej czasoprzestrzeni.
Ostatnio na przykład lubię sobie haftować wieczorami, oglądać stare seriale i chodzić wcześnie spać. Ale nie tylko... Jest kilka rzeczy, o których istnieniu wiedziałam od dawna, nawet się z niektórymi z nich utożsamiałam, ale dopiero teraz zdecydowałam się je zgłębić.

Weźmy chociażby taki MINIMALIZM.

Czyli temat mi bliski od jakiegoś już czasu. Tak, mogę chyba śmiało powiedzieć: Nazywam się Ania i jestem minimalistką. Choć wciąż mam za dużo przedmiotów, robię po kilka czynności na raz (a tak chciałabym móc potrafić skoncentrować się na jednej, ale to ciągle dla mnie zbyt trudne)  i czytam jednocześnie trzy książki (w najlepszym wypadku). Lubię upraszczać swoje życie, wyrzucać zbędne rzeczy ze swojej przestrzeni (czyli  z mieszkania, samochodu, biurka w pracy, torebki). Nie podpisuję się pod stwierdzeniem "Od przybytku głowa nie boli". Boli. I to bardzo. Less is more. Moją dewizą jest: Życie trzeba sobie ułatwiać, a nie utrudniać. Tak, czasami idę po linii najmniejszego oporu. Nie kolekcjonuję przedmiotów, kolekcjonuję wspomnienia. Odgracam swoje otoczenie jak się da. Może to dziwne, ale czerpię przyjemność z wyrzucania niepotrzebnych rzeczy. Stawiam na jakość, nie na ilość. Męczą mnie zakupy, źle się czuję w sklepach, przytłacza mnie zbyt duży wybór produktów na półkach (wiem, to mało kobiece). Wolę spacer po lesie od przechadzki po galeriach. Nie lubię mieć wielu kosmetyków. Jeden szampon mi wystarczy. Zamiast odżywki wolę olej. Jeden krem do rąk, jeden do stóp. Drażni mnie na przykład sytuacja, kiedy mam trzy balsamy. Człowiek naprawdę nie potrzebuje do szczęścia aż tylu przedmiotów. Lubię proste, nieskomplikowane potrawy, zarówno pod kątem wykonywania jak i smaku. Lubię nieskomplikowane relacje z innymi. Lubię być sama ze sobą. Lubię ciszę i zdrową atmosferę. Czasami marzę o nudzie. Ale z tym muszę uważać, bo marzenia się spełniają.



Moja kolejna fascynacja to DZIARSKI DZIADEK.

Obejrzałam chyba już wszystkie filmiki z panem Antonim Huczyńskim. Ten 92-letni, pełen wigoru człowiek
daje nadzieję na pogodną jesień życia. W ogóle podziwiam ludzi w pewnym wieku, którym wciąż się czegoś chce. Dziarski Dziadek potrafi zmotywować niejednego kanapowca i udowadnia, że na zmiany nigdy nie jest za późno.







W sferze kulinarnej króluje u mnie KASZA JAGLANA.

Wciąż odkrywam jej nowe oblicza. Mielę ją w młynku do kawy na mąkę, z której robię naleśniki, kaszkę dla dziecka czy zabielam nią zupy. Jem rosół z kaszą jaglaną, krupnik z kaszą jaglaną. Polecam kotlety (przepis TU). Kasza jaglana jest the best. To samo zdrowie. Jej jedzenie zalecane jest przy infekcjach, przewlekłym katarze i kaszlu, ponieważ świetnie odśluzowuje organizm. A ostatnio znalazłam nawet przepis na gofry z kaszą jaglaną.



A czynnością, którą inicjuję każdy dzień jest SSANIE OLEJU.
 
Pisałam już o tym TU.  Każdy poranek zaczynam od oczyszczania organizmu za pomocą tej banalnie prostej metody. Dzięki temu nie rozkładają mnie żadne choróbska, a infekcje trwają zaledwie jeden dzień i są praktycznie nieodczuwalne. W dodatku ssanie oleju nie ma absolutnie żadnych skutków ubocznych, więc z powodzeniem może je praktykować każdy.


Poczytać natomiast lubię sobie ostatnio BLOG AGNIESZKI MACIĄG (link do bloga TU).

To dla mnie kopalnia wiedzy o zdrowym trybie życia. Czytam regularnie wszystkie nowe wpisy i staram się wcielać w życie niektóre z jej porad.

A na koniec coś, co uwielbiam robić, czyli ARCHIWIZACJA RODZINNYCH PAMIĄTEK.

Lubię spisywać rodzinne opowieści, tworzyć drzewa genealogiczne. Przeprowadzam wywiady z moimi dziadkami i rodzicami. Kiedy było mi mało mojej rodziny, wzięłam się za rodzinę męża. Wiem kim byli jego pradziadkowie.Uwielbiam oglądanie czarno-białych zdjęć i poznawanie ich historii. Archiwizuję stare listy, pocztówki, zeszyty. Kiedy odwiedzam babcię, grzebię w jej papierach, przekopuję pudełka z korespondencją z dawnych lat. Ostatnio odnalazłam u niej swoje stare laurki, dawane z różnych okazji. Ale najbardziej wzrusza mnie przechowywana przez babcię kartka wyrwana z mojego pierwszego zeszytu. Naprawdę, kocham takie rzeczy.






sobota, 14 lutego 2015

Tu i teraz


Nie wpadłam w tym roku w walentynkowy szał. Nie idę do kina na "50 twarzy Greya", nie wcinam czekoladek w kształcie serc, nie dostałam niczego z napisem "Love". Obchodzę tegoroczne Walentynki refleksyjnie i w skupieniu. By nie przegapić miłości ukrytej w codziennych gestach.


Ta dwójka ze zdjęcia właśnie poszła na zakupy. Ja gotuję zupę. Kapuśniak. To będzie zwykła sobota. Wspólny posiłek, zabawa z dzieckiem, może coś w telewizji. Tak po prostu. Wspólne spędzenie czasu w domowych pieleszach. Celebrowanie zwykłych czynności. Rozmowa. Bycie razem. Tu i teraz.




środa, 11 lutego 2015

Podaruj uśmiech


Lubicie sprawiać innym radość? Ja lubię! Nie ma to jak wywołać uśmiech na twarzy drugiego człowieka i dać mu bezinteresownie dobre słowo. Zwłaszcza w szary zimowy dzień.


W dobie szalejącego hejtu krzepiące słowa są na wagę złota. Obmyśliłam więc niecny plan. Chodzę sobie po mieście i rozkładam w miejscach publicznych karteczki z motywującymi sentencjami. Potrzebne mi były kiedyś do innych celów, a że rozpędziłam się trochę z drukowaniem i został mi ich nadmiar, postanowiłam spożytkować go w słuszny sposób. Mam nadzieję, że komuś zrobi się zwyczajnie miło, kiedy znajdzie taką karteczkę przy okienku na poczcie, na sklepowej półce czy w "Gazecie Olsztyńskiej". Mnie osobiście sprawiłoby to dużą radość, tak samo jak dużą satysfakcję daje mi podrzucanie pozytywnych zdań. Wrzucam je sąsiadom do skrzynek pocztowych (spamuję ich:)), zostawiam na szafkach w przedszkolnej szatni... To taki mój lutowy projekt obdarowywania ludzi ciepłymi myślami, dodawania skrzydeł i energii, odczarowywania zimowej, depresyjnej rzeczywistości. Nic mnie to nie kosztuje, a może sprawić, że komuś poprawi humor, pozwoli uwierzyć w siebie czy wyzwoli uczucie wdzięczności. Ktoś jest za?



niedziela, 8 lutego 2015

Olej jest dobry na wszystko



Poranne i wieczorne przyzwyczajenia mówią o nas bardzo wiele. To, w jaki sposób rozpoczynamy i kończymy dzień ma fundamentalny wpływ na nasze zdrowie. Ja też mam swoje rytuały. I nie jest to kawa plus papieros, ani szklaneczka whisky przed snem:)


Postawiłam na olej. Złocistą ciecz, która ponoć jest prawdziwym dobrodziejstwem dla naszych organizmów.
Pisałam już kiedyś o olejowaniu włosów i paznokci (KLIK). Nadal lubię zastosować sobie od czasu do czasu olejową kurację przed umyciem włosów czy położyć na paznokcie odżywkę na bazie oleju.
Do pielęgnacji twarzy używam ostatnio organicznego olejku arganowego, poleconego mi przez moją kosmetyczną guru, autorkę bloga BABKA SOBIE ŻYŁA. Olejek zamówiłam sobie TU. Przechowuję go w lodówce i stosuję po wieczornym demakijażu. Kremy na noc na razie idą w odstawkę. Tyle o zewnętrznym zastosowaniu oleju.



Teraz kilka słów o wewnętrznym wzmacnianiu organizmu za pomocą oleju.
Zaopatrzyłam się niedawno w solidną butelkę oleju lnianego budwigowego, który zawiera rekordową ilość kwasów Omega-3. To ponoć hit żywieniowy.  Wzmacnia odporność, wpływa korzystnie na układ sercowo-naczyniowy, nerwowy i trawienny. Łykamy więc go sobie rano całą rodziną dla zdrowotności.
Do sałat nie szczędzę oleju rzepakowego (najlepszy jest nierafinowany, tłoczony na zimno) czy oliwy z oliwek extra virgin.





Jest również sposób używania oleju, o którym wiedziałam już dawno, ale dopiero teraz zdecydowałam się go przetestować. Moja najnowsza ekscytacja to ssanie oleju. Rano, na czczo lub przed spaniem, minimum 3 godziny po ostatnim posiłku. Zaczęłam od oleju kokosowego, ze względu na jego delikatny smak i przyjemny zapach, obecnie przerzuciłam się na olej słonecznikowy. Moje pierwsze ssanie trwało 16 minut, więc uważam, że poszło mi całkiem nieźle. Żałuję, że wcześniej nie zaczęłam eksperymentować w tym temacie. To naprawdę nic skomplikowanego. O właściwościach tego zabiegu nie będę się rozpisywać. Wystarczy, że podkreślę jego wpływ na oczyszczanie organizmu z toksyn, wybielanie zębów i lepsze samopoczucie. Poszperałam w Internecie i utwierdziłam się w przekonaniu, że ssanie oleju jest tak naprawdę dobre na wszystko! Teraz moim porannym rytuałem, zaraz po wstaniu z łóżka, jest udanie się do kuchni po łyk oleju, który zasysam w przedniej części jamy ustnej przez 20 minut, wykonując jednocześnie inne czynności, takie jak makijaż, ubieranie się, szykowanie jedzenia do pracy. W początkowej fazie ssania oleju normalne jest ogólne osłabienie. To znak, że organizm się oczyszcza i pozbywa toksyn. Potem jest już tylko lepiej.
Mam nadzieję, że olejowe zabiegi wejdą mi w krew.




wtorek, 3 lutego 2015

"Powrót do Nałęczowa"

Czytaliście już " Powrót do Nałęczowa"? Jeśli marzy Wam się chwila wyciszenia i chcielibyście przenieść się w czasie, warto sięgnąć po tę lekturę. Dawno już żadna książka nie przyniosła mi takiego spokoju i ukojenia.


Być w Nałęczowie przyjemności nie miałam, choć otarłam się o jego okolice (Kazimierz Dolny- KLIKKLIK,  Lublin- KLIK). Ale postaram się to nadrobić. Wszystko to za sprawą książki, którą się niedawno delektowałam. Tak, delektowałam, bo to moim zdaniem lektura, którą należy smakować powoli i dokładnie.
Autorka, Wiesława Bancarzewska, przenosi nas do Nałęczowa lat trzydziestych. Oczyma wyobraźni możemy ujrzeć ówczesne stroje, architekturę, zwyczaje. Główna bohaterka, Anna, za sprawą silnej tęsknoty za najbliższymi ma możliwość podwójnego, równoległego życia w czasach międzywojennych i w 2011 roku.
Co bardziej w duszy gra nałęczowskiej kuracjuszce? Dwudziesty pierwszy wiek z dostępem do Internetu i telefonią komórkową czy czasy, kiedy kobiety nosiły kapelusze a mężczyźni byli dżentelmenami w każdym calu? Wybierze współczesny Toruń czy życie na dawnej prowincji?




Jak się okazuje, mimo różnic w czasie, natura ludzka pozostaje niezmienna. Rządzą nią te same namiętności, pasje, tęsknoty. Uniwersalne są też życiowe prawdy. Oto jeden z cytatów, który szczególnie zapadł mi w serce i musiałam go sobie zanotować:
"Mądrzy ludzie potrafią odnaleźć się w tłumie jak członkowie jakiegoś tajnego bractwa. Znakiem rozpoznawczym są lekko uśmiechnięte oczy, wyrażające dystans do świata, a zwłaszcza do samego siebie."
"Powrót do Nałęczowa" to bardzo przyjemne w odbiorze, niezwykle klimatyczne czytadło, które świetnie oddaje dawne realia. Kontrasty między teraźniejszością i przeszłością przedstawione są z humorem, postawa głównej bohaterki bywa imponująca, a opisy Nałęczowa sprawiły, że zapragnęłam odwiedzić to uzdrowiskowe miasteczko.