sobota, 31 stycznia 2015

Najlepsze momenty stycznia



Rzadko się cieszę z upływającego czasu. Tym razem jednak z prawdziwą ulgą żegnam styczeń. Zamykam ten rozdział, wyciągając wnioski i otwieram się na nowe.


Przez kilka ostatnich lat wznosiłam sylwestrowy toast lampką wody mineralnej. Tym razem Nowy Rok powitałam w łóżku z butelką szampana. Wrzuciłam na luz, nie czyniłam jakichś szczególnych POSTANOWIEŃ. Trochę odpuściłam sobie pozytywne myślenie, zaniedbałam mój niepoprawny optymizm.
Może właśnie dlatego ten miesiąc nie był dla mnie wyjątkowo łaskawy. Boleśnie mnie doświadczył, uraczył kilkoma lekcjami pokory. Sprawił, że jeszcze bardziej zaczęłam doceniać radości dnia codziennego. A trochę ich się nazbierało w styczniowej szaroburej rzeczywistości. Dokładnie trzydzieści jeden.

1. Zaczęłam Nowy Rok od marszobiegu.
2. Wysiadłam z autobusu 7 przystanków wcześniej i zafundowałam sobie orzeźwiający poranny marsz do pracy.
3. Widziałam jak wędzą się szynki i boczek.



4. Dwa razy wyszłam ze swojej strefy komfortu.
5. Dostałam w prezencie rodzinną pamiątkę.
6. Pomalowałam paznokcie na czerwono.
7. Spędziłam miłe chwile u rodziców.



8. Dobrze sobie poradziłam z prowadzeniem samochodu w złych warunkach atmosferycznych.
9. Po raz kolejny wyszłam ze strefy komfortu.
10. Odnalazłam książki ze swego dzieciństwa (KLIK).
11. Czytałam córeczce przed snem książkę, którą sama czytałam będąc dzieckiem.
12. Przeczytałam FAJNY TEKST na jednym z ulubionych blogów.
13. Zobaczyłam kominiarza i złapałam się za guzik.
14. Rozpoczęliśmy wraz z mężem poranne ssanie oleju.
15. Przyniosłam do pracy sałatkę i poczęstowałam nią wszystkich.
16. Wrzuciłam na bloga POST O TĘSKNOCIE ZA LATEM.
17. Obejrzałam "Forresta Gumpa".
18. Zaserwowałam na śniadanie jajecznicę ze szpinakiem.


19. Obiad w pierogarni  "Leśny Zakątek" (polecam pierogi z rybą i z soczewicą).
20. Znalazłam w ciuchlandzie lnianą białą bluzkę za 2 zł.
21. Zrobiłam naleśniki jaglano- gryczane w kształcie serc .



22. Odwiedziłam spontanicznie koleżankę o siódmej rano:)
23. Pierwszy dzień w nowych okularach.
24. Skończyłam czytać fantastyczną książkę.



25. Oglądałam "Amelię".
26. Poszłam do pracy z dzieckiem.
27. Czytałam w autobusie "I jak tu nie biegać!" Beaty Sadowskiej.


28. W naszym mieszkaniu pojawił się nowy kwiat doniczkowy.
29. Zrobiłam dobry uczynek.
30. Weekend rozpoczęty wciągającą lekturą.


31. Przedszkolny bal karnawałowy.




wtorek, 27 stycznia 2015

Bezstres



Kiedy sprawy do załatwienia piętrzą się w zatrważającym tempie, doba jest za krótka, a cały entuzjazm się gdzieś ulatnia, czas zwolnić i poszukać odskoczni.


Zrobiłam się ostatnio jakaś taka bardzo zestresowana. Niespokojna. Zabiegana. Przemęczona. Zrezygnowałam nawet z kilku aktywności, żeby mieć więcej czasu dla siebie i rodziny. Nie oglądam już i nie czytam rzeczy, które choćby w najmniejszy sposób mogłyby pogorszyć moje psychiczne samopoczucie. Ignoruję złe newsy.
Nie pamiętam już, kiedy czułam totalny bezstres, bez wrażenia, że coś muszę, że coś powinnam, że coś wypada. Zawsze coś.
Czasem wydaje mi się, że cofam się do punktu wyjścia. Zawsze jednak podnoszę się i idę dalej. Walczę o swój dobry nastrój i dobre samopoczucie. Jak? Ano chociażby w ten sposób:

1. Haftuję spoglądając jednocześnie kątem oka na telewizor. Nic nie działa tak uspokajająco, jak żmudne uskutecznianie haftu krzyżykowego.



2. Piszę.
Prowadzę bloga.
Prowadzę Zeszyt Inspiracji, gdzie zapisuję wszystkie pomysły (KLIK).
Prowadzę dzienniki. Dzięki temu wprowadzam ład w moim życiu i w razie wątpliwości mogę zawsze sięgnąć do swoich rękopisów w celu sprawdzenia jakiegoś faktu czy daty jakiegoś wydarzenia. To również doskonały sposób na archiwizację miłych chwil.
Ostatnio zajęłam się notatkami w Dzienniku Podróżnika Beaty Pawlikowskiej.
Pisanie to jedna z lepszych terapii na skołatane nerwy. Pomaga usystematyzować myśli i uczucia. Polecam.





3. Czytam. Wybieram tytuły  motywujące do działania, do zmian, dające energetycznego kopa lub wręcz przeciwnie- klimatyczne, uspokajające.
Przeglądam wpisy na blogach. Wybieram wyłącznie blogi owiane pozytywną aurą.


4. Drzemię. Niestety, wciąż jeszcze zbyt rzadko mogę sobie na to pozwolić. Półgodzinna drzemka potrafi świetnie zregenerować organizm i przynieść błogie uczucie odprężenia.
5. Układam puzzle z córką. Szukanie i dopasowywanie brakujących elementów pozwala uwolnić się od gonitwy natrętnych myśli.
6. Wyjeżdżam do rodziców. O pracy zapominam od momentu przekroczenia progu ich domu (do tego stopnia, że po powrocie zdarza mi się nie pamiętać mego loginu do komputera) . O wszelkich moich olsztyńskich sprawach też. Totalny reset. Długie wieczory przy herbacie, oglądanie starych zdjęć. Niekończące się rozmowy o wszystkim i o niczym.


7. Wyjeżdżam gdziekolwiek. Choćby na kilka godzin. Zmiana otoczenia potrafi zmienić punkt widzenia i przewartościować pewne sprawy. A świeże powietrze orzeźwia otumaniony tysiącem spraw umysł.


8. Wracam do dzieciństwa. Tak jak pisałam TU, odnalazłam ostatnio wiele książek z moich szczenięcych lat. Teraz się nimi delektuję. Na przykład ostatnio czytałam komiks "Pióro contra flamaster". Czy ktoś jeszcze pamięta o perypetiach Kleksa?



9. Oglądam. Relaksują mnie ostatnio programy podróżnicze i przyrodnicze. Oglądam np. "Zaginiony z wyboru"  na Travel Channel. Uwielbiam nieśmiertelne polskie seriale, takie jak np. "Daleko od szosy". Jestem wielką fanką Leszka i Ani.





10. Spoglądam przez okno. A widok mam fantastyczny! Od jakiegoś czasu mamy na balkonie karmnik. Sypiemy do niego siemię lniane, płatki zbożowe, sezam, słonecznik. Miło jest poobserwować przylatujące wróble i sikorki. Niektóre nawet dają się sfotografować.




11. Chowam się pod kocykiem, który dostałam od mamy. Jest tak miękki i przyjemny w dotyku, że jestem od niego uzależniona. Dzień bez kocyka to dzień stracony.


Muszę Chcę też popracować nad aktywnością fizyczną. To jest chyba najszybszy i najskuteczniejszy sposób na stres. Kiedy biegałam, czułam się fantastycznie!

Codziennie staram się znaleźć sposób na to, by następnego dnia wstać z łóżka z energią i chęcią do życia. Pisałam o tym kiedyś TUTAJ. Ostatnio takim motywatorem jest dla mnie poranne ssanie oleju. Ale o tym innym razem.

środa, 21 stycznia 2015

Jedz czosnek, będziesz wielki


Jest taki jeden, dostępny bez recepty i stuprocentowo naturalny lek, który nigdy mnie zawiódł. To czosnek- megaskuteczny i niedrogi specyfik na wiele dolegliwości.


Trochę w nawiązaniu do POPRZEDNIEGO POSTU  i sezonu sprzyjającemu przeziębieniom przypomniałam sobie o moim magicznym środku, który z czystym sumieniem mogę polecić.
Czosnek jest dobry na wszystko. Serio. Działa przeciwzapalnie i przeciwgrzybiczo. Obniża ciśnienie i cholesterol, usprawnia pracę jelit. Boją się go bakterie, wirusy i wampiry (mam nadzieję, że te energetyczne również). Mówi się o nim przecież, że to naturalny antybiotyk. Poza tym ułatwia zasypianie, korzystnie wpływa na serce i układ odpornościowy. Co ciekawe, jest również afrodyzjakiem.
Niektórzy narzekają na jego smak. Ja tam czosnek uwielbiam. Najlepiej w najprostszej postaci, czyli posiekany na kanapce. Gorzej z jego zapachem po przetrawieniu. Nie czuję się komfortowo, wychodząc do ludzi po zjedzeniu czosnku, dlatego też staram się unikać takich sytuacji i jem czosnek, kiedy wiem, że nie mam w planach żadnych spotkań, np. w weekendy. Oczywiście, najlepiej jest, kiedy wszyscy domownicy jedzą czosnek w tym samym czasie, wtedy nikt nie ma do nikogo pretensji o przykry zapach. Dziecku podaję syrop z czosnku i cebuli na miodzie, i to nie tylko podczas infekcji, ale również profilaktycznie.
Jedzmy czosnek. Na zdrowie!

sobota, 17 stycznia 2015

Dziwny jest ten świat



Dziwny jest ten świat, gdzie jeszcze wciąż mieści się tyle zła. I dziwne jest to, że od tylu lat człowiekiem gardzi człowiek.


Obrażona dziś jestem na cały świat. Dlaczego ludzie podcinają sobie wzajemnie skrzydła? Nie mówiąc już o nie dodawaniu ich innym. Ja, jeśli tylko mogę, staram się motywować wszystkich dookoła. Pomóc uwierzyć w siebie, zachęcić do działania, pokazać plusy danej sytuacji (choć i tak często jest to niedocenione). Dlaczego tak dużo wśród nas narzekaczy, krytykantów czy życiowych ofiar?
Denerwuje też mnie strasznie postawa defetyzmu, czyli niewiary w powodzenie czegokolwiek, a wszechobecny brak entuzjazmu to już taka nasza świecka tradycja. Czy to ze mną jest coś nie tak, że otaczam się ludźmi, którzy wszystko przyjmują za normę, nie umieją się ekscytować (ja wiecznie jestem czymś podjarana, mam sto pomysłów na minutę). I jest mi źle z tym, że mało kto podziela mój entuzjazm.
No tak, lepiej ponarzekać na rząd, powyzywać polityków od złodziei, pozazdrościć im pieniędzy i władzy. Wierzcie lub nie, ja niczego nikomu nie zazdroszczę, a jeśli już, to tylko w pozytywnym tego słowa znaczeniu i jest to oznaką mojego podziwu dla danej osoby. Przecież nikt mi nie zabrania być tak szczupłą jak dziewczyna, którą mijam na ulicy czy tak sympatyczną jak pani z warzywniaka. Jeśli tylko nad sobą popracuję też mogę to osiągnąć.
Nie lubię również gdybania, snucia katastroficznych wizji, marnowania energii na coś, na co nie mamy wpływu.
Kiedy słyszę, że ktoś mówi  "Zobaczycie, będzie wojna", mam ochotę odpowiedzieć: "Boże, słyszysz, a nie grzmisz". Nie rozumiem jak mogą kogoś kręcić ciemne strony życia. Nie lepiej skupić się na czymś rozwojowym?
I tak wiadomo, jaki będzie finał.
Zatem czy nie szkoda Wam, ludziska, czasu na ocenianie i krytykowanie innych, na oglądanie pełnych przemocy filmów i gry w strzelanki? Ja w tym czasie wolałabym zwiedzić jakieś ciekawe miejsce, poczytać książkę albo nawet pośpiewać, choć marnie mi to wychodzi.
Albo weźmy takie bezcelowe siedzenie na dupie przy piwie i snucie opowieści z mchu i paproci. Ja tam preferuję wyjście do teatru, kina czy jakiś spacer z atrakcjami. A scrollowanie wyssanych z palca wiadomości o krzykliwych nagłówkach i plotek z życia gwiazd? Na szczęście zdarza mi się to już coraz rzadziej. Sorry, wolę przejrzeć strony poświęcone podróżom lub zdrowemu odżywianiu.
Narzekanie, że nie ma pracy, to kolejny punkt programu. Praca jest, ale dla ludzi z odpowiednim podejściem. Wiem coś o tym, bo kiedyś sama byłam po ciemnej stronie mocy i użalałam się nad sobą. Udało mi się jednak zmienić nastawienie i teraz wiem, że sobie poradzę w każdej sytuacji.
Po głębszym przeanalizowaniu mego obecnego etapu w życiu, z przerażeniem stwierdzam, że w moim otoczeniu rzadko pojawiają się osoby, które realnie dodają mi skrzydeł. Odczuwam poważny deficyt ludzi pozytywnie zakręconych. Za to wampirów energetycznych przyciągam jak magnes. Muszę częściej jadać czosnek.
Owszem, czasem ktoś tam czymś mnie zainspiruje, ale generalnie sama muszę się motywować i podnosić po upadkach. Niekiedy ktoś rzuci na odczepnego krótkie "Jakoś to będzie", ale ja  nie chcę żyć "jakoś " i na pół gwizdka. Chcę żyć pełną piersią. A do tego potrzebna jest ciekawość świata. Otwartość na ludzi, na inne kultury. Próbowanie nowych rzeczy. Nabywanie nowych umiejętności. Szukanie radości życia w codzienności. Wiara w lepsze jutro i powodzenie zmian. Poczucie humoru i dystans do siebie. Czy tacy ludzie istnieją tylko w blogosferze? Pozytywnie nastawieni do życia, kreatywni, spontaniczni, przyjaźni. Im więcej blogów czytam, tym więcej odnajduję tam pokrewnych dusz. A co z realem? Czy porobiło się jeszcze dziwniej niż za czasów wczesnego Niemena?
Poniosło mnie, to fakt. Ale tylko dlatego, że potrzebuję kontaktu z ludźmi pełnymi fantazji, zaraźliwej energii, pomysłów na życie.  Znacie takich? Czy ze świecą ich trzeba szukać?

piątek, 16 stycznia 2015

A mnie jest szkoda lata



Wspominałam już, że jestem stworzeniem ciepłolubnym i uzależnionym od słońca?


Jakoś rok temu pojawił się na blogu MÓJ PIERWSZY POST i dotyczył on właśnie tęsknoty za latem. Bo jak tu nie tęsknić, gdy przed pracą i po pracy za oknem mrok? Ja po prostu lepiej funkcjonuję, kiedy świeci słońce. Szczególnie tęsknię za skąpanymi w słońcu polnymi drogami, za rumiankiem i chabrami w zbożu. Chyba to jest dla mnie właśnie esencja lata. Do tego jakiś wypadzik nad morze czy w góry, pluskanie się w jeziorach, piknik na trawie...
Póki co muszę się skupić na styczniowych realiach i zadowolić się tym, co mam. A mam przecież tysiące zdjęć. Czas je przejrzeć i wywołać.
Pocieszam się, że za trzy miesiące będę mogła spędzać czas na świeżym powietrzu i będzie tak:
















... a może nawet i lepiej.
Byle do wiosny!


czwartek, 15 stycznia 2015

Powrót do przeszłości



Niedawno miałam okazję pobuszować wśród bibliotecznych półek z literaturą dla najmłodszych. Odnalazłam tam książki z mego dzieciństwa. Na widok niektórych okładek ogarnęła mnie nostalgia.


Samodzielne czytanie zaczęłam bardzo wcześnie, w wieku pięciu lat, ale krążą pogłoski, że nawet rok wcześniej. Faktem jest, że jako siedmiolatka przeczytałam kilkakrotnie "Dzieci z Bullerbyn", a nawet napisałam (na maszynie!) opowiadanie pod tytułem "Straszny smok". Wczesne obcowanie z książką zawdzięczam babci, która poświęciła swój czas na moją naukę czytania i pisania oraz mamie-bibliotekarce. Pamiętam, jak wracałam do domu z naręczem wypożyczonych książek po to, by jeszcze tego samego dnia zwrócić je, przeczytane do biblioteki i wypożyczyć nowe. O tak, jako dziecko, z braku innych rozrywek, byłam prawdziwym molem książkowym.

Zanim jednak doszłam to tak poważnych pozycji jak "Dzieci z Bullerbyn"(swoją drogą, to do dziś moja ulubiona książka dla dzieci, znam ją chyba na pamięć), zadowalałam się literaturą mniejszego formatu. Szlifowałam swój warsztat m. in. na książeczkach z serii Poczytaj mi mamo (najbardziej utkwił mi w pamięci tytuł "Chcę mieć przyjaciela" autorstwa Danuty Wawiłow). Jednymi z moich pierwszych lektur były "Co Marysia zgubi dzisiaj" Krystyny Pokorskiej, "Osiołek bury" i "Muzyka na krzywej wieży" Wiery Badalskiej. Zaczytywałam się też w wierszach Brzechwy i Tuwima. Potem pojawiły się pierwsze szkolne lektury, jak np. "Z przygód krasnala Hałabały" Lucyny Krzemienieckiej, czy "Nasza mama czarodziejka" Joanny Papuzińskiej. Pamiętam też zbiór zabawnych wierszy Karola Szpalskiego i Mariana Załuckiego "Ananasy z naszej klasy" oraz klimatyczną dziecięca poezję Ewy Szelburg-Zarembiny.

Emocje, jakie towarzyszyły mi podczas grzebania wśród nadgryzionych zębem czasu starych wydań są nie do opisania. Kiedy odkrywałam kolejne, znajome mi okładki, w głowie wyświetlały mi się obrazy z dzieciństwa. To tak, jakbym cofnęła się w czasie. Z czułością przeglądałam "swoje" książki strona po stronie.
Co za ilustracje! Dawno nie byłam taka podekscytowana. Czy jest tu ktoś, kto mnie rozumie? Pamiętacie te tytuły?