czwartek, 31 grudnia 2015

Szare eminencje zachwytu 2015




Przyszła pora na refleksje i podsumowania. Przeglądając zdjęcia, doszłam do wniosku, że to właśnie te przypadkowe, zrobione ot tak sobie, telefonem, z braku laku, najbardziej obrazują moją codzienność. Są najbardziej autentyczne, oddają realizm chwili.


,,Jakże się cieszę,
że jesteś niebem i kalejdoskopem,
że masz tyle sztucznych gwiazd,
że tak świecisz w monstrancji jasności,
gdy podnieść twoje wydrążone
pół-globu
dokoła oczu,
pod powietrze.
Jakżeś nieprzecedzona w bogactwie,
łyżko durszlakowa!

Piec też jest piękny:
ma kafle i szpary,
może być siwy,
srebrny,
szary - aż senny...
a szczególnie kiedy
tasuje błyski
albo gdy zachodzi
i całym rytmem swych niedokładności
w dzwonach palonych
polanych biało
wpływa w żywioły
obleczeń monumentalnych.''


Tak naprawdę to właśnie takie szare eminencje zachwytu, jak zwykła łyżka durszlakowa u Mirona Białoszewskiego, nadają naszemu życiu smaczek, czynią go specyficznym, takim tylko naszym.

Zwykłe obowiązki, czynności, nuda, starość, brzydota również składają się na nasz chleb powszedni. Choć miałam w tym roku wiele ekscytujących przygód, byłam w różnych ciekawych miejscach, postanowiłam zobrazować swoje sylwestrowe podsumowanie bardzo subiektywnymi zdjęciami codzienności.

Styczeń
"Powrót do Nałęczowa" Wiesławy Bancarzewskiej (KLIK). Niby zwykła książka, a bardzo umiliła mi depresyjną zimową rzeczywistość.  Wryła się w mą pamięć do tego stopnia, że z przyjemnością sięgnęłam po druga część -"Zapiski z Annopola".


Paznokcie też miałam niczego sobie :)




Luty
Wizyta w domu moich dziadków. Rocznik 1942 i 1932. Oglądanie starych pocztówek, czarno- białych zdjęć i wspominanie dawnych czasów to chwile, które nie mają swojej ceny.


Ten drewniany kalendarz był w domu dziadków chyba od zawsze.


Zegarki Babci i Dziadka


Marzec
Spacery po lesie zaowocowały zapasami soku z brzozy. Dzięki temu przedwiośnie było znośne i energiczne. Więcej na ten temat można przeczytać TU.


Oskoła- świeży sok z brzozy, najlepsza na wiosenne przesilenie


Kwiecień
Wielkanoc spędzona z najstarszym członkiem naszej rodziny. Pokora wobec starości.






Bardzo lubię to zdjęcie.


Odkąd mam ceramiczną obieraczkę, obieranie marchwi stało się jedną z moich ulubionych kuchennych czynności. Niby przyziemny obowiązek, ale mnie sprawia radość.


Naprawdę lubię obierać marchewki




Wygrzewanie się w pierwszych wiosennych promieniach słońca. Tak cudowne, że nie mogłam się skoncentrować na dopiero co przyniesionej z biblioteki książce. Jedną stronę czytałam przez półgodziny.


Tenisówki za 20 zł i książka, której nie przeczytałam




Maj
Długi majowy weekend (KLIK), udany właśnie dzięki kilku drobiazgom, takim jak stare wydanie "Konopielki", czytane pod kołdrą w kwiatki w fantastycznym, ale nieogrzanym pensjonacie (KLIK), czy jak dawna drewniana chata, którą zachwyciłam się podczas powrotu z samotnego spaceru (KLIK).


Majówkowa lektura


Kaszubska chata w Jastrzębiej Górze




Czerwiec
Rower to jest to. Przymierzałam się w tym roku do zakupu nowego. Odwiedziłam w tym celu kilka sklepów. Ujrzawszy ceny, stwierdziłam, że mój stary, wysłużony rower, kupiony tuż po maturze, nie jest jeszcze taki zły. To nic, że trekkingowe modele ze sklepów biją go na głowę, to nic, że ma nadłamane pedały. Mam do niego sentyment.









Lipiec
Kiedy odwiedzam domy swoich babć, zwracam dużą uwagę na stare przedmioty. Nie tylko na te pamiątkowe, ale również na te codziennego użytku.


Ponoć w tym kubku gotowano mi mleko, kiedy byłam niemowlęciem



Z domu drugiej babci przywłaszczyłam sobie taką lupę.


A kiedy jestem latem u rodziców, nie ma bata, żebym nie poszła na ogród (wiem, że się mówi "do ogrodu", ale ja mówię "na ogród") i nie wzięła się za plewienie. Najlepiej buraków.











Sierpień
Jadłam rzeczy mniej i bardziej zdrowe. Kiedy rozpierała mnie kulinarna energia (co raczej jest rzadkością, ale się zdarza), zakasywałam rękawy i próbowałam wyczarować coś pysznego. Czasem jednak szłam na łatwiznę, jadłam oczami, po czym okazywało się, że mój wybór nie był trafiony.






Szybkie ciasteczka: maliny, suszona żurawina, migdały, płatki owsiane, miód, cynamon




Gofry, po których mnie zemdliło




Wrzesień
Wywołanie 2000 zdjęć. Tak, dwóch tysięcy. I żmudne, pracochłonne układanie ich w porządku chronologicznym w albumach. To świetny sposób na zmartwienia. Pozwala przenieść się w dawne dobre czasy i choć na chwilę zapomnieć o problemach. Już po pięciu albumach człowiek jest w swego rodzaju transie, a co dopiero mówić po dziesięciu.








Październik
Spotkałam się w końcu z długo nie widzianą koleżanką. Nie lubię zaniedbywać kontaktów, ale wiadomo jak jest. Dlatego ucieszyła mnie niecała godzinka z Martą. Tym bardziej, że zostałam wtajemniczona w jej najnowszą pasję- rysowanie. Nie mogę doczekać się swego portretu.


Rysunek utalentowanej koleżanki





Listopad
Rozgrzewanie się wszystkimi możliwymi sposobami. Aromat świeżo zaparzonej gorącej kawy, podanej w pięknym kubku to miły przerywnik w pracy. Tak miły, że koniecznie trzeba zrobić zdjęcie (słabej jakości, bo starym telefonem, po tym jak nowy został przejechany przez moją koleżankę autem:), pozdrawiam, Ewa!).




Idzie zima
Przerwa na kawę

Spełniłam pod koniec listopada, moje dwa małe marzenia, których się obawiałam. Wybrałam się na łyżwy i okazało się, że nie stałam się pośmiewiskiem na lodowisku. Wręcz przeciwnie, na lodzie czuję się jak ryba w wodzie. No i zjadłam w końcu loda zimą! I nic mi po nim nie było:)


Olsztyńskie lodowisko

Magnum jedzony zimą na dworze. Szczyt odwagi:)


Grudzień
Ostatni miesiąc roku upłynął mi głównie w domowych pieleszach. Home, sweet home, chciało by się rzec. Wprowadzałam się w magię świąt, cieszyłam drobnostkami, takimi jak proste niedzielne śniadanie czy ubieranie choinki.


Skromna świąteczna instalacja
Pieczenie różyczek z ciasta francuskiego i jabłek z cynamonem


Niedzielne śniadanie- naleśniki z syropem klonowym


A na koniec powiem jeszcze, że warto uwieczniać na zdjęciach takie małe, z pozoru nic nie znaczące chwile. W przeciwnym razie, pewnie bym nawet o nich nie pamiętała. A tak można się pośmiać bądź uronić łzę.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

All I want for Christmas is...chillout




Jestem żywym dowodem tego, że można spędzić naprawdę przyzwoite święta nie zaharowując się na śmierć i nie wydając nie wiadomo ile pieniędzy. Że można odpuścić całą tę, poniekąd głupkowatą, gonitwę, która z roku na rok zaczyna mnie śmieszyć coraz bardziej.



Przedświąteczną harówkę już dawno wsadziłam do lamusa. Tak samo jak typowo polskie "zastaw się, a postaw się". Święta mają być minimalistyczne. I najlepiej obfitujące w niebanalne, nieoczywiste elementy. Takie jak na przykład beztroski wyjazd do lasu na dwie godziny przed świąteczną kolacją, podczas gdy większość matek Polek i perfekcyjnych pań domu w pocie czoła miesza barszcz, smaży rybę i wyciera kurze, po to, by kiedy wzejdzie pierwsza gwiazdka, z miną styranej robotą męczennicy zasiąść do stołu. Co to, to nie. Niedoczekanie. Raz, że świąteczne obżarstwo mnie nie kręci (choć wigilijne strawy są akurat bardzo zdrowe). Dwa, że lubię sobie usiąść pod choinką zrelaksowana i uśmiechnięta. Niech tam inni tkwią w kuchni i robią miliony świątecznych dań, co kto lubi. Ja tam wolę pospacerować po lesie, poszukać głogu, jemioły, gałązek świerku, by zrobić z nich naprędce improwizowaną dekorację stołu.






























Może i wynika z powyższego, że na naszym wigilijnym stole był tylko chleb i woda, ale nic z tych rzeczy. W tak zwanym międzyczasie udało mi się wyczarować 12 potraw. Dobra logistyka to podstawa. Rozkładając poszczególne czynności  w czasie, miałam i barszcz na naturalnym zakwasie (co prawda debiut, ale udany), i śledzie z różowym pieprzem, i nieśmiertelną sałatkę jarzynową. Pierogi odpuściłam, w końcu uszka to praktycznie to samo :) Niepotrzebna mi choinka pod sam sufit, choć przyznam, robi wrażenie. Ale taka w doniczce, którą można potem gdzieś posadzić, też jest super. I eko. Niepotrzebne mi zatrzęsienie prezentów. Symboliczne i przemyślane wystarczą. Boże Narodzenie to czas by zwolnić, usiąść, poczuć zapach goździków i pomarańczy.
Za niecałe dwa tygodnie, czekają mnie jeszcze jedne święta, prawosławne, więc to chyba naturalne, że musiałam oszczędzać siły, nie spinać się niepotrzebnie i po prostu wrzucić na luz. Tak, by mieć energię na wieczorny spacer po cudnie przystrojonym starym mieście, pasterkę, świąteczne filmy i książki. Udało mi się obejrzeć "Holiday" z ulubioną Cameron Diaz i trochę głupkowate "Święta last minut" oraz bardzo dobry film "Służące". Z lektur sięgnęłam po klimatyczną "Noelkę" Małgorzaty Musierowicz i "Smak świąt" Agnieszki Maciąg. Relaksowałam się przy kolorowankach dla dorosłych, które sama sobie sprezentowałam pod choinkę, słuchałam kolęd. Zdążyliśmy również przejechać się po raz pierwszym olsztyńskim tramwajem, zapalić znicze na cmentarzu, odwiedzić rodzinę i poznać sympatycznego żółwia. I to wszystko w rytmie slow. Bez pośpiechu i stresu. Można? Można.



















środa, 16 grudnia 2015

10 rzeczy, które zdążysz ogarnąć jeszcze w tym roku



Grudzień jeszcze trwa sobie w najlepsze. Zanim więc zaczniemy myśleć o noworocznych postanowieniach, pomyślmy, co możemy zrobić już dziś, żeby ułatwić sobie start w Nowym Roku. Warto zacząć działać już dziś.


1. Odwiedź ginekologa (zakładam, że większość czytelników tego bloga to kobiety). Zrób cytologię . To punkt obowiązkowy. Przy okazji nie zaszkodzi poprosić o usg. Czy to nie fajne uczucie, wkraczać w Nowy Rok z poczuciem, że wszystko w porządku z naszym zdrowiem?

2. Odwiedź dentystę. Zrób przegląd uzębienia i/lub ewentualne naprawy. Ja jestem na etapie umawiania się na wizytę, mam nadzieję, że uda mi się do końca grudnia oddać w ręce stomatologa.

3. Odgrać w końcu swoją chatę! Mam zamiar do końca roku 2015 pozbyć się 100 rzeczy. Na razie oddałam koleżance bluzę, którą zakładam tylko trzy razy do roku, wyrzuciłam na śmietnik zużytą patelnię, a użyty po raz ostatni żółty lakier do paznokci wylądował w koszu. Nie wiem jak Was, ale mnie modne ostatnimi czasy pojęcie decluttering strasznie kręci.

4. A jak już odgracisz swe salony, to je wysprzątaj. Już tak mam, że 1 stycznia każdy kąt mego mieszkania musi lśnić czystością. Żeby się nie przemęczać, wystarczy systematycznie poświęcać każdego dnia pół godziny na porządki, a efekt przerośnie Wasze oczekiwania. Czysta przestrzeń = nowa energia.

5. Zacznij ćwiczyć/uprawiać jakiś sport już teraz. Po co czekać z rozpoczęciem tego, co nieuniknione na magiczna datę? Może to być chociażby stepper czy zwykłe brzuszki. Najważniejsze to zacząć i wpaść w rytm.

6. Wykonaj zaległe telefony, napisz zaległe maile. Opłać rachunki. Na pewno jest kilka drobnych spraw (służbowych bądź prywatnych) które chcesz mieć za sobą.

7. Zacznij suplementację bezcenną witaminą D. Nie ma sensu czekać na słoneczne dni, aby uzupełnić niedobory. Leć do apteki już teraz i poproś o najłatwiej przyswajalny preparat. Polecam Vigantoletten 1000.

8. Odbębnij trudne rozmowy. Wyjaśnij niewyjaśnione sprawy. Uściślij niejasności. Każdy z nas ma tematy, które trzeba dokończyć lub zamknąć. Podziękuj, przeproś, odezwij się do kogoś z kim chcesz odświeżyć relacje, ale jakoś tak przez cały rok nie było Ci po drodze.

9. Uporządkuj swoje stanowisko pracy. Powyrzucaj niepotrzebne papiery. Wytrzyj biurko. O wiele lepiej pracuje się w schludnych warunkach.
 
10. Zacznij myśleć pozytywnie. Do Nowego Roku wejdzie Ci to w krew!


sobota, 12 grudnia 2015

Pamiętam, była jesień...



Kolejna jesień za nami. Że tak zacznę patetycznie. Nie ma jednak co rozpaczać, tylko iść do przodu zachowując w pamięci same pozytywne wspomnienia.


Dla mnie najważniejszymi akcentami tegorocznej jesieni były:


1. Grzybobranie, zwieńczone koszem borowików. Odkryliśmy miejsce, do którego będziemy wracali każdej jesieni i strzegli go jak oka w głowie. Prawdziwki rosną tam jak szalone, jeden obok drugiego. Maślaki też się znajdą, a i na kanie można trafić i usmażyć je w jajku i bułce tartej. O tak, kania a la schabowy to mój przysmak.




Kanie



2. Zmiana koloru włosów. Słyszałam gdzieś powiedzenie, że prędzej czy poźniej każda kobieta staje się blondynką. No cóż, trafiło i na mnie i absolutnie nieskromnie przyznam, że złoty kolor mi pasuje. Bo że dobrze się w nim czuję to oczywistość. Może do platyny nie dojdę, ale jeszcze rozjaśnię sobie włosy o ton czy dwa.




 

3. Urodziny mojej córki spędzone w parku rozrywki Nowa Holandia pod Elblągiem. Kiedyś już tam zawitaliśmy (KLIK). Tym razem byliśmy poszukiwaczami złota, karmiliśmy króliki liśćmi mlecza, płynęliśmy tramwajem wodnym, błądziliśmy w labiryncie...Najważniejsze, że naszej jubilatce się podobało. Ja tam też nie narzekałam. Kilkakrotnie wchodziłam do Obłędnego Tunelu :).









 

4. Wędrówka szlakiem "Kuchennych Rewolucji". Raczej tych dawnych.

Olszytyńska restauracja "Pod Żaglami " świeciła co prawda w porze obiadowej pustkami, za to kartacze i pierogi mieli wyśmienite (choć przeholowali trochę z okrasą). Wystrój też byłby całkiem w porządku, gdyby nie te odstraszające białe pokrowce na krzesłach. 






"Wiszące Ogrody Nad Narwią" w Nowogrodzie to tak urocze i malowniczo położone (jak sama nazwa wskazuje) miejsce, że powinni tam pobierać dodatkową opłatę za oglądanie krajobrazów rozpościerających się za oknami. W cieplejszej porze roku można tu zjeść na przeszklonym tarasie, w październiku był on już jednak nieczynny. Zamówiłam lokalny wychopsień z kapustą. Nie zdradzę jednak, co to za danie. Trzeba go po prostu spróbować. Ja nie byłam zbyt głodna, więc dla mnie danie smakowało dobrze, ale gdybym była wygłodzona, na pewno dopisałabym tu jeszcze kilka pochlebnych przymiotników.





Za to restauracja "Pod Kłobukiem" w Małdytach okazała się strzałem w dziesiątkę. Począwszy od obsługi, poprzez atmosferę, wystrój i muzykę, na tradycyjnych daniach kończąc. Dzyndzałki warmińskie były rewelacyjne. A wychodząc, spotkaliśmy słodkiego kotka, którego miałam ochotę zaadoptować.












5. Wycieczka do Warszawy. Nic tak nie resetuje człowieka, jak nagła zmiana otoczenia. W dwie i pół godziny z kipiącego nudą Olsztyna przenieśliśmy się do stolicy. Karmienie oswojonych wiewiórek w Łazienkach, wieczorna włóczęga po Krakowskim Przedmieściu czy spacer po listopadowych Powązkach to tylko niektóre punkty naszej wycieczki.




6. Święta Lipka. Byłam w tym miejscu już po raz trzeci, ale za każdym razem odkrywam tu coś nowego. 










7. Spotkanie z Agnieszką Maciąg i Warmińskie Metamorfozy w Galerii Warmińskiej. To były chwile pełne magii, a książkę, podpisaną przez panią Agnieszkę właśnie czytam. Więcej o spotkaniu napisałam TU.





8. Wstąpienie do Klubu Czytających Rodziców. Że uwielbiam czytać to żadna nowość. Czytanie własnemu dziecku to też w zasadzie dla mnie rutyna. Ale czytanie grupie przedszkolaków to już coś! Nawet miałam lekką tremę.





9. Dwa wolne dni (KLIK, KLIK), które spędziłam tak jak chcę. Czasami zdrowy egoizm to podstawa zachowania wewnętrznej równowagi.




10. Zorganizowanie z koleżanką pieszej wycieczki do Muzeum Przyrody.




 11. Przeczytałanie dwóch książek z moich nastoletnich czasów. Ktoś kojarzy te tytuły?


W ciągu jednego dnia tyle się dzieje...Nie do wiary, ile się dzieje jednego dnia (...)Przeżyty dzień nigdy się nie powtórzy. Należy go przeżyć dobrze...przynajmniej starać się przeżywać dobrze i coś po sobie zostawić... dla prawnuków właśnie.


Ludzie są jak wiatr- powiedziała Anita obserwując uważnie bieg wełnianej nitki.- Jedni lekko przelecą przez życie i nic po nich nie zostaje, drudzy dmą jak wichry, więc zostają po nich serca złamane, jak jakieś drzewa po huraganach. A inni wieją jak trzeba. Tyle, żeby wszystko na czas mogło kwitnąć i owocować. I po tych zostaje piękno naszego świata.


Tak z grubsza zleciała mi jesień.
I cóż, że było-minęło? Zima też jest cool. A nic nie cieszy tak bardzo, jak czyste, niezapisane karty Nowego Roku.