środa, 24 września 2014

Nawrócenie

 

Nieskromnie przyznam, że w mojej rodzinie i wśród znajomych nie ma chyba większego propagatora zdrowego stylu życia niż ja. Niestety, i mistrzom zdarzają się niewybaczalne wpadki.


Późną wiosną tego roku wróciłam, niestety, do złych nawyków. Od razowego pieczywa częściej wybierałam białe. Śmiertelnie obraziłam się na owsiankę. Zaniedbywałam aktywność fizyczną. Pośpiech, urlopy i wakacyjny luz sprawiły, że przestałam planować swoje menu, szłam na łatwiznę i jadłam, co popadło. Odżywiałam się w kratkę. Była pasta z bobu, truskawki, porzeczki prosto z krzaczka. Ale zdarzała się też cola, były chipsy, były batony. Do tego mamime obiadki, jadanie na mieście, lody... Przez to waga poszła w górę. Ale w sumie to dla mnie żadna nowość, że zimą chudnę, latem tyję. Teorie, że podczas upałów apetyt maleje, nie sprawdzają się u mnie kompletnie. Od maja przybyło mi jakieś pięć kilo. Moja motywacja spadła, a wiadomo przecież, że zdrowy tryb życia wymaga dużej samodyscypliny i umiejętności planowania posiłków.
W końcu powiedziałam: dość!
Zresztą, to nawet nie chodzi o kilogramy, lecz o to, by szanować swój organizm i nie zaśmiecać go bezwartościowym, sztucznym jedzeniem.
By wybierać wartościowe produkty, choć nie jest to łatwe w dzisiejszych czasach.
Zawsze starałam się jeść zdrowo.
Fakt, trochę zboczyłam z obranej ścieżki.
Od jakiegoś czasu powoli wdrażam stare dobre nawyki.
Jestem tym, co jem.
Wiem, co jem (jestem uzależniona od "Wiem, co jem i wiem, co kupuję" na TVN Style; oglądam nawet powtórki).
Korzystając z sezonowości niektórych warzyw i owoców, bombarduję swój organizm witaminami. Rozpieszczam się malinami i borówkami. Non stop mogłabym jeść własnoręcznie przyrządzone guacamole i kaszę jaglaną w warzywami.
Kiedy jem zdrowo, czuję się świetnie!
Na pewno jeszcze nieraz zaliczę żywieniowe wpadki. Skuszę się na fast fooda czy słodycze (jednak nawet tu, przy odrobinie rozsądku, można wybrać mniejsze zło).










Do powrotu na dobrą stronę mocy zmotywowała mnie poniekąd książka Beaty Pawlikowskiej "W dżungli zdrowia", którą ostatnio studiowałam, dojeżdżając do pracy autobusem. Umocniłam się w przekonaniu, że większość jedzenia dostępnego w sklepie jest naszpikowana chemią do granic możliwości. Mam nadzieję, że ta lektura pomoże mi definitywnie zrezygnować z gumy do żucia i nauczy mnie, jak zastąpić większość leków zdrową żywnością.
Tak nawiasem mówiąc, mam taką przypadłość, że lubię obserwować to, co ludzie, stojący za mną lub przede mną w kolejce, wykładają na sklepowe taśmy. I bardzo często włos jeży mi się na głowie, a w kieszeni otwiera scyzoryk. Gazowane napoje i inne chemiczne pyszności-sztuczności. Nawet ja, w chwilach słabości, nie odważyłabym się sięgnąć po pewne rzeczy.



Kolejną pozycją, którą przejrzałam jest "Wzmacnianie organizmu" autorstwa dr Jadwigi Górnickiej. Wyczytałam tu o wielkiej mocy pyłku pszczelego, o hartowaniu organizmu zimną wodą i o tym jak bardzo cukier obniża naszą naturalną odporność.


A na deser polecam książkę Ani Starmach "Pyszne 25". Większość zawartych w niej przepisów opiera się na świeżych naturalnych produktach, więc siłą rzeczy, te potrawy muszą być zdrowe. A do tego są nieskomplikowane i szybkie w wykonaniu. Kilka z nich już przetestowałam.


Pamiętajmy, jesteśmy tym, co jemy!

2 komentarze:

  1. Aniu, uwielbiam takie posty, pisz ich jeszcze więcej :)
    Książka Pawlikowskiej zrobiła na mnie wrażenie, ale, jak to u mnie, na krótko :( Interesuję się tymi sprawami, ale ich wdrażanie w życie pozostawia wiele do życzenia...
    Czy książka "Wzmacnianie organizmu" jest warta uwagi?
    Co dobrego masz w kieliszkach? :)
    Ale bym pojadła te porzeczki z krzaczka ;)
    Pozdrówki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiem, wdrażanie w życie wszystkich zdrowotnych zaleceń to naprawdę ciężka praca.
    "Wzmacnianie organizmu" polecam. Można tam znaleźć też różne techniki masażu na różne dolegliwości.
    Toast wznosiłam arbuzowym smoothie:)
    Pozdrawiam ciepło w szary poranek:)

    OdpowiedzUsuń