środa, 6 sierpnia 2014

Wczasy pod gruszą



Lato w pełni. Temperatury szaleją. Nie warto kisić się w domach z betonu.



Część urlopu zawsze poświęcam na pobyt w swojej rodzinnej wsi. Nie jest to może wieś z prawdziwego zdarzenia, ze stadami krów pasących się na łąkach (choć na upartego pewnie bym kilka znalazła), z sianokosami, pracami w polu i zabawami w remizie. To raczej taka nowoczesna wieś podmiejska, daleko jej do reymontowskich klimatów, a szkoda... W każdym razie zawsze to jakaś odmiana od miasta wojewódzkiego. Dlatego, kiedy chcę odpocząć, z niekłamaną satysfakcją opuszczam rogatki Olsztyna i chłonę klimat podlaskiego zaścianka. Chcę, by moja córka zasmakowała choć trochę wiejskiego życia.
Chcę, by beztrosko pohasała po trawie, podlewała ogród, jadła maliny z krzaczka, zbierała stonkę z ziemniaków i przebywała ze swoimi dziadkami i pradziadkami. Ja też się odprężam zmieniając otoczenie. Haftując na huśtawce, wieszając pranie na sznurkach rozwieszonych między jabłonkami czy, o zgrozo, odganiając się od komarów.
Ostatnio czytamy z K. taki wierszyk: Lato, lato, lato wreszcie, nie będziemy siedzieć w mieście!
I nie siedzimy. Kiedy tylko nadarzy się okazja, pakujemy manatki i wyjeżdżamy.

Co warto zrobić latem na wsi?

Buszować w ogrodzie.




Jeść posiłki na świeżym powietrzu.


Łapać w kadr bogactwo lata.





Chodzić boso po mchu i trawie.





Rozmawiać ze starszymi ludźmi.





Podziwiać regionalną architekturę.





Pójść na warsztaty Koła Gospodyń Wiejskich.


Leżeć w trawie, liczyć chmury...


Oto dalsza fotorelacja z wczasów pod gruszą:







Gdy przyjechaliśmy na nasz urlop, słoneczniki w ogrodzie rodziców wyglądały tak:


Gdy wyjeżdżaliśmy, tak:


Kiedy już tak naładuję akumulatory wiejskością, zaspokoję swoją potrzebę pobycia wieśniaczką, mogę bez żalu wracać do Olsztyna. Jak to mówią, człowiek ze wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy.

2 komentarze: