niedziela, 27 lipca 2014

Urocze Roztocze


Jak kania dżdżu, ja latem łaknę kontaktu z przyrodą. Najlepiej dziką, pierwotną, nieskażoną. Takie właśnie jest Roztocze. Kto nie był, ten frajer.


Do niedawna frajerką byłam ja, bo nie miałam pojęcia o istnieniu takich miejsc na mapie Polski. Kiedy tylko obejrzałam w Internecie roztoczńskie pejzaże i kiedy wyklarował nam się kolejny urlop, wiedziałam, że swe kroki, a raczej koła samochodu, skierujemy na południowy wschód. Tak też się stało. Moje prośby zostały wysłuchane i dobrotliwy małżonek zaakceptował mój plan wycieczki krajoznawczej. A raczej jej pierwszą część, bo drugą zaakceptowałam ja. Ale o tym później.

Po błyskawicznym śmignięciu po lubelskiej starówce, o której pisałam TU, pojechaliśmy w kierunku Biłgoraja, a następnie Józefowa.

Zalew w Józefowie

Celem naszej wyprawy były dwa rezerwaty przyrody: Czartowe Pole i Szumy nad Tanwią i to one właśnie zrobiły na mnie największe wrażenie.
Zaczęliśmy od Czartowego Pola. Wyczytałam w internetowych przewodnikach, że jeno czarci tam hasali, stąd nietypowa nazwa tego miejsca. Cudownie było iść leśnym szlakiem nad rzeką Sopot, rwącą jak górski strumień. Szliśmy zarówno ścieżką dolną, obok ruin dawnej papierni, jak i górną, przez sosnowy bór. Znalazłam tam złotówkę na szczęście. To dobry znak.


















Kilkanaście kilometrów dalej, za miejscowością Susiec, weszliśmy do rezerwatu Szumy nad Tanwią. Spotkaliśmy tam licznych kajakarzy, pojedliśmy jeżyn prosto z krzaka, podziwialiśmy kaskady (zwane szumami) na rzece Tanew. Droga powrotna ze szlaku prowadziła przez pola pełne dojrzałych zbóż. Poczułam pełnię lata. Czego chcieć więcej? Czas się zatrzymał, potok płynął, las szumiał. Nawet komary były tu jakieś łaskawsze, bo nie przypominam, by jakiś ze mną zadarł (mimo leśno-wodnych warunków).














Ostatnim punktem naszego pobytu na Roztoczu był Zwierzyniec z kościołem na wodzie. Posililiśmy się w miejscowej jadłodajni (placki ziemniaczane, mniammmm) i ruszyliśmy dalej. Sprawdziliśmy po drodze, czy rzeczywiście w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie (nie brzmiał ani trochę).












Nic to, że wracałam zasmarkana i przeziębiona. Ważne, że Roztocze zostało zaliczone. Nic dodać, nic ująć. Polecam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz