poniedziałek, 28 lipca 2014

Mogłabym...



Dobre Cię nie znajdzie, póki nie zostawisz za sobą złego.



Mogłabym się użalać nad sobą godzinami.
I opisywać swoje żale i frustracje na blogu.
Zamiast pisać o miłych chwilach, równie dobrze mogłabym ponarzekać. Że byłam niedawno na potrójnym pogrzebie. Że zdechł mój ukochany kot. Że pokłóciłam się z mamą i przepłakałam pół dnia. Że permanentnie wkurza mnie szefowa. Że nie mam silnej woli. Że mam cellulit. Że moje dziecko to diabeł wcielony, a mąż niedokładnie sprząta. Że znowu trzeba oddać samochód do mechanika. A tak w ogóle to wszystko jest strasznie drogie, mieszkanie za ciasne, nie mam na nic czasu, nie mam w co się ubrać, a życie jest niesprawiedliwe. I już nie mogę wytrzymać tych upałów.
Mogłabym...
Tylko po co?
Sama nie lubię czytać smutnych rzeczy, więc i kogoś nie chcę raczyć swoimi problemami, co nie znaczy, że ich nie mam. Nie rozstrząsam ich, nie rozdrapuję ran. Staram się skoncentrować na czymś pozytywnym, co doda mi energii. Szukam plusów swoich małych dramatów, a porażki staram się przekuwać w sukcesy.
Czy nie lepiej jest czasami zaakceptować pewne rzeczy? Powiedzieć sobie: "Tak miało być."?
Widocznie ktoś tam na górze tak zaplanował.
Widocznie kotu śpieszyło do lepszego świata, do kociego nieba. A mnie zostało po nim siedem lat cudownych kocich wspomnień i tysiąc zdjęć. Niech spoczywa w pokoju na końcu ogrodu, pomiędzy głogiem i śliwą.
Widocznie dziecko z takim ognistym temperamentem (po kim ona go ma?) będzie miało łatwiej w życiu. Nie da sobie w kaszę dmuchać.
Widocznie szefowej zależy, żebym osiągała coraz to lepsze wyniki w pracy. Demotywując mnie, jednocześnie motywuje.
Widocznie mąż sprząta jak umie. Mógłby w ogóle nie kiwnąć palcem. Znam takie przypadki. A mój i okna wypucuje, podłogi umyje, rozładuje zmywarkę, czasem wstawi pranie.
Widocznie przyszedł czas, aby popracować nad cellulitem i silną wolą.
Samochód to rzecz nabyta, a mechanik przecież też musi zarabiać.
Mieszkanie- cóż z tego, że ciasne, skoro własne?
I tak dalej, i tak dalej...
Nie ma sytuacji bez chociażby jednej pozytywnej strony.
Warto czasami mieć gorszy dzień, by potem spojrzeć na wszystko z nowej perspektywy.
Na małe i większe smuteczki polecam stronę PSYCHOZYTYWNIE.PL.
Życie jest piękne. Mimo wszystko.

Miejsce pochówku mojego kota

Moje 10 minut- tydzień czwarty


Autorka i zarazem bohaterka książki "Przez 10 minut" robi różne dziwaczne rzeczy. Kradnie jogurt w sklepie, idzie tyłem czy czyta "Harrego Pottera".



Ale też maluje paznokcie na kolor fuksji, puszcza lampiony i próbuje haftować.
Ja ściągnęłam od niej lekcję haftu krzyżykowego (KLIK), lekcję hip- hopu i lekcję...kradzieży:)
Zapraszam na relację z czwartego tygodnia kolekcjonowania nowych doświadczeń.

21 lipca, poniedziałek
Siedziałam na ambonie na skraju Puszczy Białowieskiej i wypatrywałam żubrów. Megaprzyjemne zajęcie.Wokół cisza, jak makiem zasiał. Żadnych samochodów. Tylko świerszcze dawały koncert.
Nic, tylko rozpłynąć się w niebycie i oddać się medytacji.




22 lipca, wtorek
Kradłam tytoń. Przy drodze, gdzieś na Lubelszczyźnie. Po raz pierwszy w życiu widziałam plantację tytoniu. Mąż namówił mnie do złego. Ale wujek lubiący dymka ucieszył się z kilku podarowanych mu liści.




23 lipca, środa
Byłam na lekcji hip-hopu. Z córką. I bratanicą. Dzieciom taniec wychodził znacznie lepiej niż mnie. Ale spróbowałam.



24 lipca, czwartek
Zaliczyłam warsztaty tkania na krosnach. Wiem, co to wątek i osnowa.




25 lipca, piątek
Nowa fryzjerka. Odważna fryzura. Piękny wystrój salonu.




26 lipca, sobota
Zapaliłam papierosa. Trochę z braku laku. Trochę z własnej głupoty. A może dlatego, że miałam najgorsze popołudnie z możliwych. Wylałam morze łez, dobry humor mnie opuścił, a tu jeszcze trzeba było realizować jakiś głupi blogerski projekt "Moje 10 minut". Phi. Zapaliłam Pall Malla na potrzeby tego bloga, bo nic innego nie przyszło mi do głowy. Po prawie ośmiu latach bezwzględnego niepalenia. Moja głupota nie zna granic.




27 lipca, niedziela
Zaparzyłam kwitnącą herbatę. Z kwiatem jaśminu i lilii.



Przede mną jeszcze tylko cztery dni wyzwania! Ciekawe, co jeszcze mnie zainspiruje?

Moje 10 minut- tydzień trzeci


"To tak jakby... jakby te dziesięć minut włączyło przepływ jakiegoś prądu (...). Mam uczucie, że każdy dzień pokazuje temu, który po nim nadchodzi, jakiś rodzaj możliwości (...)"


To już trzeci tydzień mego eksperymentowania w oparciu o książkę "Przez 10 minut". Muszę przyznać, że wymyślanie każdego dnia nowych czynności to nie lada wyzwanie. Oto jak sobie poradziłam:

14 lipca, poniedziałek
Wybrałam się na profesjonalny masaż. Była to prawdziwa ulga dla moich bolących pleców.


15 lipca, wtorek
Skosztowałam granatu. Samo zdrowie.





16 lipca, środa
Nebulizacja. Za pomocą urządzenia, zwanego nebulizatorem oraz zwykłej soli fizjologicznej mogłam pooddychać rześkim powietrzem. Wielka ulga przy takich upałach. Nie mówiąc o katarze.

17 lipca, czwartek
Obejrzałam serial "Dwie spłukane dziewczyny" na Comedy Central. Jakoś przetrwałam te 10minut.



18 lipca, piątek
Poznałam tajniki haftu krzyżykowego. W przeciwieństwie do autorki książki, którą się inspiruję, szybko ogarnęłam temat i połknęłam bakcyla. Miałam dobrą nauczycielkę. Moją mamę.



19 lipca, sobota
Chodziłam boso po porannej rosie. Moja córka do mnie dołączyła. Odkryłyśmy niesamowitą przyjemność, którą z pewnością powtórzymy przy najbliższej okazji.



20 lipca, niedziela
Wypróbowałam brązową pastę do zębów. .


Większość z tych doświadczeń powtórzę jeszcze nie raz i nie dwa. To było owocne siedem dni.
Relację z pierwszego i drugiego tygodnia można zobaczyć TU i TU.

niedziela, 27 lipca 2014

Urocze Roztocze


Jak kania dżdżu, ja latem łaknę kontaktu z przyrodą. Najlepiej dziką, pierwotną, nieskażoną. Takie właśnie jest Roztocze. Kto nie był, ten frajer.


Do niedawna frajerką byłam ja, bo nie miałam pojęcia o istnieniu takich miejsc na mapie Polski. Kiedy tylko obejrzałam w Internecie roztoczńskie pejzaże i kiedy wyklarował nam się kolejny urlop, wiedziałam, że swe kroki, a raczej koła samochodu, skierujemy na południowy wschód. Tak też się stało. Moje prośby zostały wysłuchane i dobrotliwy małżonek zaakceptował mój plan wycieczki krajoznawczej. A raczej jej pierwszą część, bo drugą zaakceptowałam ja. Ale o tym później.

Po błyskawicznym śmignięciu po lubelskiej starówce, o której pisałam TU, pojechaliśmy w kierunku Biłgoraja, a następnie Józefowa.

Zalew w Józefowie

Celem naszej wyprawy były dwa rezerwaty przyrody: Czartowe Pole i Szumy nad Tanwią i to one właśnie zrobiły na mnie największe wrażenie.
Zaczęliśmy od Czartowego Pola. Wyczytałam w internetowych przewodnikach, że jeno czarci tam hasali, stąd nietypowa nazwa tego miejsca. Cudownie było iść leśnym szlakiem nad rzeką Sopot, rwącą jak górski strumień. Szliśmy zarówno ścieżką dolną, obok ruin dawnej papierni, jak i górną, przez sosnowy bór. Znalazłam tam złotówkę na szczęście. To dobry znak.


















Kilkanaście kilometrów dalej, za miejscowością Susiec, weszliśmy do rezerwatu Szumy nad Tanwią. Spotkaliśmy tam licznych kajakarzy, pojedliśmy jeżyn prosto z krzaka, podziwialiśmy kaskady (zwane szumami) na rzece Tanew. Droga powrotna ze szlaku prowadziła przez pola pełne dojrzałych zbóż. Poczułam pełnię lata. Czego chcieć więcej? Czas się zatrzymał, potok płynął, las szumiał. Nawet komary były tu jakieś łaskawsze, bo nie przypominam, by jakiś ze mną zadarł (mimo leśno-wodnych warunków).














Ostatnim punktem naszego pobytu na Roztoczu był Zwierzyniec z kościołem na wodzie. Posililiśmy się w miejscowej jadłodajni (placki ziemniaczane, mniammmm) i ruszyliśmy dalej. Sprawdziliśmy po drodze, czy rzeczywiście w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie (nie brzmiał ani trochę).












Nic to, że wracałam zasmarkana i przeziębiona. Ważne, że Roztocze zostało zaliczone. Nic dodać, nic ująć. Polecam.