niedziela, 29 czerwca 2014

Szczeliniec Wielki


Jedną z największych atrakcji naszego urlopu było zdobycie Szczelińca Wielkiego, najwyższego szczytu Gór Stołowych. Przed wiekami tym miejscem zachwycił się Goethe, a całkiem niedawno kręcono tu sceny do Opowieści z Narnii. Nie ma co się dziwić, bowiem bogactwo skalnych form przyciąga wzrok.


Swoją przygodę z Górami Stołowymi rozpoczęliśmy wczesnym rankiem, kiedy to z Kudowy- Zdroju (KLIK) Szosą Stu Zakrętów udaliśmy się do miejscowości Karłów (notabene, była to wspaniała przejażdżka po Parku Narodowym Gór Stołowych). Tam, na jednym z kilku parkingów zostawiliśmy samochód i weszliśmy na szlak prowadzący na Szczeliniec Wielki.
Nieraz już pisałam, że, o ile jest to możliwe, staramy się unikać tłumów turystów. Tym razem udało nam się wykonać to zadanie stuprocentowo. Dzięki temu, że nastawiliśmy swoje budziki na 6.00, mogliśmy się delektować ciszą i nie musieliśmy się martwić tym, że ktoś niepożądany wejdzie nam w kadr aparatu. To naprawdę niesamowite uczucie, mieć świadomość, że oprócz nas nie ma na szlaku żywej duszy. Z każdej strony otaczało nas dzikie piękno skalnych bloków.
Mieliśmy do pokonania około 660 kamiennych schodów, które wieki temu ułożył tu sołtys Karłowa.





Z wysokości 919 m n.p.m., bo tyle liczy sobie Szczeliniec Wielki, mogliśmy podziwiać rozległą panoramę. Co chwilę natykaliśmy się na tarasy widokowe. Na jednym z nich spotkaliśmy...kota.












Zachłysnąwszy się nieziemskimi widokami, weszliśmy na trasę turystyczną, i tu zaczęła się jazda. Swoją drogą, 7 zł od osoby za takie doznania, to śmieszna cena. Zresztą dla mnie, kolekcjonerki wrażeń, wszystkie takie przygody są bezcenne. Podczas spaceru między najdziwniejszymi tworami z piaskowca (większość z nich ma swoją nazwę), nie mogliśmy się nadziwić, do czego zdolna jest przyroda. Widzieliśmy i Fotel Pradziada, i Wielbłąda, i Kwokę. Byliśmy w Piekiełku i w Niebie. Moim zdaniem, przybysze z kosmosu maczali palce w całym tym majstersztyku.














W momentach, kiedy musieliśmy przeciskać się wąskimi i ciemnymi korytarzami skalnymi, ogarniało mnie nawet coś na kształt lekkiego strachu. Była więc to wyprawa z dreszczykiem. Zrozumiałam tu etymologię słowa "szczeliniec". Niektóre szczeliny były naprawdę ciasne i osoby o trochę większych gabarytach mogłyby mieć poważny problem.










Jeśli kiedykolwiek znajdziecie się na Ziemi Kłodzkiej, z całego serca namawiam Was na taką eskapadę. Nie wymaga ona ani większego nakładu finansowego, ani specjalnej kondycji fizycznej. Nie jest także zbyt czasochłonna.


Doprawdy, jest coś w powiedzeniu Kto rano wstaje..., bo kiedy zeszliśmy ze szlaku, oczom naszym ukazały się dwie nadciągające wycieczki szkolne. Aż strach pomyśleć, jakie byśmy mieli wspomnienia ze Szczelińca, gdybyśmy się zdecydowali tego ranka pospać trochę dłużej.

2 komentarze: