poniedziałek, 5 maja 2014

Majówka w Łebie cz.II


Lubię, kiedy nasze wspólne wyjazdy są naszpikowane atrakcjami do granic wytrzymałości. Ale czy coś w tym dziwnego? Chyba każdy rodzic tak ma, że chce pokazać swemu dziecku jak najwięcej.



W drodze powrotnej z wydm (o zdobyciu Wydmy Łąckiej pisałam TU) zatrzymaliśmy się przy Muzeum Wyrzutni Rakiet, gdzie moją uwagę przykuł niesamowity ptak z pomarańczowym dziobem. Poszperałam w Internecie i Wikipedia rozwiała moje wątpliwości. Okazało się, że to kos zwyczajny, który w Polsce objęty jest całkowitą ochroną.



Nadal nie mogliśmy się nadziwić potędze natury i drzewom powyrywanym z korzeniami w Słowińsku Parku Narodowym. Zboczyliśmy nieco z trasy, by zobaczyć słynne jezioro Łebsko.






A potem, już po oddaniu rowerów, weszliśmy na wielką wieżę widokową przy parkingu w Rąbce, skąd rozciągały się takie widoki:




Po przyjeździe do Łeby pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji o ładnym wystroju i średnim menu. Zamówiony przeze mnie dorsz (niestety, mrożony) okazał się dosyć przeciętnym daniem. Pomidorowa za to była całkiem dobra. Rozgrzani ciepłym jedzeniem udaliśmy się na zwiedzanie rodzinnej miejscowości niejakiej Anieli Kowalik. To właśnie z Łeby pochodziła główna i tytułowa bohaterka mojej ukochanej powieści z młodzieńczych lat- "Kłamczuchy" Małgorzaty Musierowicz.
To niewielkie, bo zaledwie czterotysięczne miasteczko ma swój urok. Charakterystyczna szeregowa zabudowa przyciąga wzrok. Na głównej ulicy Łeby umieszczone są tablice pamiątkowe z odciskami dłoni wszystkich prezydentów naszego kraju.






Kolejną atrakcją Łeby okazało się oceanarium z egzotycznymi gatunkami ryb. Był tam i sum afrykański, i płaszczki, i rekin. Myślę, że spacer między akwariami ( z muzyką relaksacyjną w tle) to doskonałe doświadczenie nie tylko dla małych odkrywców, lecz również dla ich rodziców.









Jeszcze raz przeszliśmy się uliczkami miasteczka. Zajrzeliśmy na kilka straganów. Nabyliśmy pamiątkowy magnes na lodówkę ze statkiem i napisem "Łeba" oraz zabawkę dla K.





Dzień powoli dobiegał końca. Zrobiło się chłodno, więc pojechaliśmy na ul. Błękitną, gdzie czekał na nas wynajęty pokój.

3 komentarze:

  1. Cóż za pozytywny klimat, zdjęcia jak zwykle "profeska" Chyba najgorszemu ponurakowi, uśmiech malowałby się na twarzy.Bravo, bravo, bravo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoje "bravo" motywuje mnie do dalszej pracy. Dziękuję.

      Usuń