wtorek, 1 kwietnia 2014

Weekendowe spotkanie z wiosną


Dla mnie początek wiosny to kwitnące przylaszczki i zawilce. I to nie w pierwszym lepszym lesie, lecz w prawdziwej puszczy, pod domem mojej babci. Dlatego też tak ochoczo przystałam na propozycję spędzenia weekendu na podlaskiej ziemi.


Uwielbiam wyjazdy w rodzinne strony. Nic to, że podróż w jedna stronę trwa cztery godziny. Nic to, że nienawidzę się pakować, a jeszcze bardziej rozpakowywać. Zwabieni maminymi obiadkami, w  piątek po południu obraliśmy kierunek na południowy wschód. Po drodze mijaliśmy niezliczone bocianie gniazda i żurawie na łące. W końcu dotarliśmy do Hoteliku Pod Tujami, bo tak w żartach nazywam dom moich rodziców. Tam nogi same niosą nas na spacer, a budząca się do życia przyroda flirtuje z nami z każdej strony. Tam wysypiamy się za wszystkie czasy. Tam nawet zwykły ananas smakuje o niebo lepiej.
















Po takim weekendzie czuję się gotowa do dalszych wyzwań. Warto było przejechać taki kawał drogi, by spotkać się z najbliższymi, posłuchać mruczenia kota, poczytać podniszczone zębem czasu wydanie Ani z Zielonego Wzgórza i poczuć się przez chwilę jak dziecko. Tylko tutaj mogę pomarudzić i złożyć zamówienie u taty na pokrojonego w idealną kostkę ananasa:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz