środa, 19 lutego 2014

Podróż sentymentalna




Powoli zaczynam już planować wakacje. Moja lista must go! jest naprawdę pokaźna, a do lata jeszcze trochę trzeba poczekać. Kiedy tak snuję urlopowe wizje, tęskno mi do tego, co było. A było cudnie...


Jestem osobą towarzyską. Wiadomo, że na wszelkiego rodzaju wycieczkach dobre towarzystwo to połowa sukcesu. No właśnie. Przerabiałam już różne kombinacje i bywało różnie. Nawet z najlepszymi znajomymi na wyjazdach mogą pojawić się drobne zgrzyty, wynikające z odmiennych koncepcji zwiedzania, spania, jedzenia, etc. Niektórzy lubią pospać sobie do południa lub smażyć się cały dzień na plaży. Patrzą na nas zdziwieni, gdy zrywamy się bladym świtem, by zobaczyć wschód słońca. Marudzą. Wolą zwiedzać sklepy, niż zabytki. Ciężko im wejść na górkę, a w ogóle to najlepiej by było przesiedzieć pół dnia z piwkiem pod parasolem. Czasami daję się skusić na wyprawy w tego typu towarzystwie, nauczyłam się już przymykać oko na pewne sprawy i szukać złotych środków.
Nic jednak nie zmieni faktu, że najlepiej lubię podróżować z własnym mężem, tylko we dwójkę. W tym temacie zgrywamy się w stu procentach. Wyruszanie w trasę o 5.00 rano to dla nas nie problem, bycie na nogach od rana do wieczora również. Do tego tak potrafimy wszystko zaplanować, tak naszpikować dzień atrakcjami, że w trzy dni potrafimy zobaczyć więcej niż niejedni w tydzień. Z uwagi na dziecko, które zostawiamy pod opieką dziadków, trzy dni nam wystarczają w zupełności, by naładować akumulatory. Najfajniejsze jest jednak to, że umiemy podejmować błyskawiczne i trafne decyzje. Jedno z nas rzuca hasło i natychmiast widzi błysk w oczach drugiego. Jedziemy? No jasne! Ahoj, przygodo!

Ostatnio wspominam naszą sierpniową trzydniówkę sprzed dwóch lat. To była nasza piąta rocznica ślubu. Totalny spontan, mówiąc kolokwialnie. Mieliśmy wyskoczyć na weekend do Kazimierza, wylądowaliśmy w Ustrzykach Górnych. Tak nas poniosła fantazja, że zahaczyliśmy o Sandomierz, Łańcut, Przemyśl. Sprawdziliśmy, czy w Cisnej rzeczywiście pada, jak to śpiewa w swojej piosence Krystyna Prońko (była mżawka), weszliśmy na Połoninę Wetlińską, zatrzymaliśmy się na espresso w młynie w Ustrzykach Dolnych, przenocowaliśmy w Chełmie, i jeszcze zaliczyliśmy słynną coroczną aukcję koni w Janowie Podlaskim.

Na Rynku w Kazimierzu Dolnym

Zwiedzamy miasteczko melexem

Uliczka w Kazimierzu


Kupuję maliny

Korzeniowy Dół

Spacer wąwozem

Powrót melexem do Kazimierza

Nad Wisłą

Szybka teleportacja do Sandomierza

Sandomierski ratusz

Na dziedzińcu zamkowym nad Wisłą

Starówka w mieście ojca Mateusza

Zamek Lubomirskich w Łańcucie 
Księżna na włościach

Przechadzam się po rozległych zamkowych ogrodach

Dzień drugi, okolice Wetliny

Na bieszczadzkim szlaku

Zmęczona, ale szczęśliwa

Jest cudnie!

I love Bieszczady
Przy schronisku Chatka Puchatka

Otaczały nas piękne krajobrazy

Za nami rozciąga się Połonina Wetlińska

Zaliczone i Górne, i Dolne

Przystanek: Przemyśl

Zamek w Przemyślu

Panorama Przemyśla

Jeden z licznych kościołów na Starym Mieście


Poranna kawa w hotelu CAMENA w Chełmie

Chełm- panorama

Stadnina koni w Janowie Podlaskim

Koń prowadzony na aukcję

Szlachetne araby

A ile było jeszcze fantastycznych widoków zza szyb samochodu, przyjemnych postojów na kawę z termosu...Ach, z perspektywy czasu to wszystko wydaje mi się takie magiczne.

4 komentarze:

  1. Świetne zdjęcia Aniu i piękne widoczki :) A to, że mąż to taki fajny towarzysz w podróżach - tylko pozazdrościć :) Fajny z Was team :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny wpis nie wspomnę o cudnych zdjęciach. Energia sama do człowieka płynie. Już nie mogę doczekać się wiosny i ruszyć w piękne nasze polskie miejsca. Kazimierz - piękny, ten "korzeniowy dół", Sandomierz - jeszcze nie byłem ale wybiorę się. Bieszczady - kocham, kocham, kocham :) A z resztą kto nie podróżuje niech żałuje :) ) Pozdrawiam serdecznie i czekam na następne opowieści i rady. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję.
    Też nie mogę doczekać się pory urlopowej, by ruszyć w nieznane.

    OdpowiedzUsuń