piątek, 4 sierpnia 2017

To se ne vrati- lipiec 2017 w zdjęciach




Lipiec 2017 stał się już historią. Czy udało mi się z niego wydobyć to, co najlepsze?


Połowę lipca spędziłam na Podlasiu, co relacjonowałam na bieżąco w szesnastu (!) wpisach.
I tak: pierwszego dnia złowiłam pierwszą w życiu rybę, drugiego- poszłam odwiedzić babcię i dziadka, trzeciego- zrobiłam bukiet z chabrów i rumianków, czwartego- jadłam poziomki w lesie, piątego- łapałam żubra za rogi, szóstego- poszłam pod starą kapliczkę, siódmego- byłam na Nocy Kupały, ósmego- dogorywałam na kocu na podwórku, dziewiątego- byłam na festiwalu im. Bułata Okudżawy w Hajnówce, dziesiątego- jadłam lody w Łomży, jedenastego- ujrzałam makolągwę na drucie, dwunastego- zrywałam czarną porzeczkę, trzynastego- zabrałam babcię do białoruskiej restauracji, czternastego- spacerowałam po wsi, piętnastego- jadłam kiszkę ziemniaczaną w Bielsku Podlaskim, szesnastego- przechadzałam się wśród wiekowych dębów.
Później nastąpił powrót do naszej miejskiej rzeczywistości, czyli przedszkole, sprzątanie, gotowanie i ogarnianie miliona spraw na raz. Pomiędzy przerzucaniem urzędowych papierków, setką telefonów, dentystą, praniem jednym i drugim znalazł się też czas na przyjemności, bo czymże bez nich byłoby życie??


Testowaliśmy kubek do sorbetów. Taki sorbet w upalny dzień to jest to!





Chodziliśmy na spacery...choć z pogodą było różnie.



Przytulam się do drzewa



Zaliczyliśmy plażingową niedzielę. Spakowałam kosz pełen jedzenia i udaliśmy się na jedną z naszych olsztyńskich plaż. Wybraliśmy trawiastą, wszak to taka przyjemność opędzać się od wszelkiej maści owadów :)


Uziemianie pod wodą





Cóż jeszcze? Jadłam bób czytając "Sprężynę" Małgorzaty Musierowicz. Ugotowałam zupę cukiniowo-ogórkową oraz paprykową (według zasad pięciu przemian). Ćwiczyłam z Mel B. Biegałam. Nabawiłam się refluksu, także o kawie na razie mogę pomarzyć. Oglądałam "Przyjaciół".
I zleciało... Niestety.


Botwinka się robi
Dzień słabości i zarazem pożegnanie (mam nadzieję, że tylko na jakiś czas) z kawusią i słodyczami
Popołudnie na boisku
Przygotowania do gotowania wg 5 przemian, zupa paprykowa


poniedziałek, 31 lipca 2017

Lipiec na Podlasiu- dzień szesnasty


Szesnaście dni na Podlasiu. Wow. Zazdroszczę sama sobie. Ostatniego dnia też było ciekawie.


Najpierw pojechaliśmy na kawkę do teściowej, pitą na dworze, a jakże. Dostaliśmy wiejskie jajka i miód od szwagra.

Drzwi od stodoły

W drodze do moich rodziców zatrzymaliśmy się na skraju puszczy, wśród starych dębów. Jest tu taki fajny zajazd, w którym kiedyś na pewno zrobimy sobie piknik lub ognisko.














Ostatnim punktem programu naszych wakacji na Podlasiu, były urodziny mojej chrześniaczki. Najedzeni słodkościami do pełna, wyruszyliśmy w drogę na Warmię.
Długi był to czas. Płynął całkiem inaczej niż w Olsztynie. Wolniej, leniwiej. Pobyłam z rodziną, poobcowałam z przyrodą, odwiedziłam stare kąty. Gdyby nie to, że w sumie mogę pracować z każdego miejsca na ziemi, nie mogłabym sobie na to pozwolić. A tak to i wilk syty, i owca cała. I pokochałam Podlasie na nowo.

Autobus miejski w Hajnówce

środa, 26 lipca 2017

Lipiec na Podlasiu- dzień piętnasty



Sobotnie przedpołudnie zleciało głównie na przygotowaniach do przyjęcia z okazji chrztu, na który byliśmy zaproszeni. 


Połowę dnia zmarnowałam na malowanie paznokci, a i tak ostatecznie pojechałam na imprezkę w niepomalowanych. Mogłam wykorzystać te kilka godzin inaczej, zamiast wkurzać się na nieschnące lakiery i przez to na cały świat.  Po rocznej przygodzie z hybrydami zwykłe lakiery mnie już nie zadowalają. A hybrydy, skądinąd takie wspaniałe, uczulają mnie. Niby nie mam potrzeby malowania paznokci, niby moje paznokcie po przerwie od hybryd wyglądają całkiem dobrze niepomalowane, ale jednak wakacje sprawiają, że chciałoby się na nie zarzucić jakiś egzotyczny kolor. Cóż, kobieca logika.
Tak czy siak, frustracja związana z malowaniem paznokci i ich zmywaniem zepsuła mi dzień:(



Jabłka się sypią jak choinka na Trzech Króli

A potem był chrzest, na który pojechaliśmy wraz z rodzicami. Imprezka w rodzinnym gronie, w bardzo fajnym lokalu "Lewar" w Bielsku Podlaskim. Jedzenie i wystrój pierwsza klasa. Polecam zwłaszcza kiszkę ziemniaczaną- tutejszy specjał. Tort bezowy też był wyśmienity.
Tak więc nie ma tego złego... druga połowa dnia zrekompensowała pierwszą.


Torebka musi być

Jedziemy na chrzciny

Tort

Ja z niezrobionymi paznokciami :)
Mój mąż obsypany kwieciem:)
My w szybie

wtorek, 25 lipca 2017

Lipiec na Podlasiu- dzień czternasty



Piątek, piąteczek, piątunio... A wraz z nim wizyta na prawdziwej podlaskiej wsi, gdzie można zobaczyć starą piwniczkę i zostać poczęstowanym świeżo zebranymi jagodami.


U mnie w Olsztynie kawę pije się w salonie. Co za nuda, czas to zmienić. Kawa pita na podwórku smakuje o niebo lepiej (tak w ogóle to chciałabym zrezygnować z picia kawy, ale póki co jest to silniejsze ode mnie).
Bo jak tu się nie skusić na popołudniową kawkę pitą w cieniu drewnianego domku? Zwłaszcza kiedy za stolik służą sanki. Kawa w salonie... też mi coś. Pod chmurką jest najlepiej.






Kiedy przyjeżdżam do Makówki, mam tu swego eksperta, który zawsze rozwiewa me ornitologiczne wątpliwości i bezlitośnie obnaża moje wielkie braki w tej dziedzinie. I tak, dzięki Natalii (która o ptakach wie prawie wszystko) oraz jej kolorowym atlasom dowiedziałam się, że ptaszek, którego widziałam w trzcinach pierwszego dnia mego pobytu na Podlasiu to rzadka do zobaczenia rokitniczka. Zmuszona też byłam edytować TEN WPIS, w którym to pisałam herezje jakoby pleszka była rudzikiem. Natalii identyfikacja pokazanych przeze mnie w aparacie ptaków zajęła nie więcej niż dwie minuty. Gdyby nie ona, w w życiu bym nie wiedziała, że na przykład kilka dni wcześniej sfotografowałam makolągwę siedzącą na drucie (KLIK).






Zaprawdę, powiadam Wam, miło było pogawędzić sobie przy saneczkach na podwórku. Zerwać sobie jeżyn z krzaczka... A na koniec mogliśmy zobaczyć starą, lecz zachowaną w dobrym stanie piwniczkę.




Piwniczka

Makówka