poniedziałek, 15 stycznia 2018

"Psychologia sprzedaży", joga i książki z Biedronki, czyli przegląd tygodnia #2



Kolejny tydzień roku za nami. Dla mnie był on wyjątkowo urodzajny pod kątem czytelniczym i moje postanowienie noworoczne o niemarnowaniu czasu na rzeczy nieistotne na razie mi wychodzi.


Otóż w tym tygodniu przeczytałam cztery książki. Można klaskać:)
Zacznę od zacnej "Psychologii sprzedaży" Briana Tracy. Jako, że w moim zawodzie negocjacje z klientami nie są mi obce, książka na pewno wniesie coś do mojego życia. Nie sztuką jednak było ją przeczytać, sztuką i wyzwaniem będzie dla mnie zastosowanie zawartych w niej wskazówek w praktyce. Nawet poczyniłam stosowne notatki i zaczynam małymi krokami wprowadzać idee Briana Tracy w życie. Liczę na spektakularne efekty.


Będę do niej wracała

Równolegle z "Psychologią sprzedaży" czytałam "Kwiat kalafiora", czyli trzecią część kultowego cyklu Małgorzaty Musierowicz. O niepoddawaniu się ciężkim okolicznościom, sile spokoju i ESD, czyli Eksperymentalnym Sygnale Dobra.

W połowie tygodnia dowiedziałam się, że w Biedronce pojawiło się kilka interesujących mnie tytułów. A że w najbliższej Biedrze ich nie było, przy okazji długiego spaceru z koleżanką zwiedziłam dwie inne w okolicy. Połączyłam przyjemne z pożytecznym, bo i poruszałam się trochę (mój krokomierz wskazał tego dnia prawie 11 tysięcy kroków), i wyziębiłam nieco. Ale warto było.
Postanowiłam wydać na ten cel uzbierane przeze mnie w ciągu pięciu długich lat pieniądze prosto z ulicy. Były co prawda lekkie ciarki żenady, kiedy w jednej z Biedronek przyblokowałam kolejkę i ludzie zaczęli przechodzić do kasy obok, podczas gdy kasjerka skrupulatnie liczyła wysypane przeze mnie grosiki. Kupiłam za nie cztery książki: "Rzeczozmęczenie", "Zero waste", "Miej miar" i " Żyj lagom". Dwie ostatnie są już odhaczone na mej liście czytelniczej jako "przeczytane".


"Kwiat kalafiora"


Mój stosik z Biedronki



"Lagom" uważam za lekkie nieporozumienie. Natomiast rodzimy "Miej umiar" Natalii Knopek dał mi do myślenia, chociaż w sumie myślę podobnie jak autorka. To książka, do której warto wracać, by nie zapominać o tym, co najistotniejsze.

We wtorek wybrałam się w końcu na jogę. Moja instruktorka ma nową salę, całkiem klimatyczną i rzut beretem od mego domu. Pierwszy krok do powrotu do jogi poczyniłam, a jak będzie dalej? Czy pozwolę moim mięśniom się rozciągać a oddechowi płynąć? Bardzo bym chciała.


Przygotowania do jogi


Chillout z kotkiem

Oooobiad!

W minionym tygodniu wymyśliłam też nową fryzurę dla siebie- cebulę z długą grzywką. Nie po to prosiłam mego fryzjera na ostatniej wizycie, żeby mi zrobił grzywkę, by jej teraz nie eksponować. Podobam się sobie w takim wydaniu, bo moje włosy generalnie nie są podatne na układanie , a cebula jest mało wymagająca. Mój rudy kolor powoli blaknie i dobrze i z tym.


Mam fryzurę na cebulę...




Uwieńczeniem tygodnia była WOŚP i występ mojej córki w Galerii Warmińskiej. Będąc w galerii nie mogłam nie wstąpić do Empiku i nie zakupić jeszcze dwóch książek, kolejnych tomów Jeżycjady "Opium w rosole" i "Brulion Bebe B." O tak, książek nigdy za wiele. Telewizji za to nie oglądałam kompletnie w zeszłym tygodniu. No, poza jednym odcinkiem "Cudownych lat" przy okazji robótki na drutach. Kocham takie retro-seriale.




poniedziałek, 8 stycznia 2018

"Kłamczucha", koncert z Wiednia i dom dla lalek, czyli przegląd tygodnia #1


Nowy Rok przywitałam w łóżku, gapiąc się na rozognione niekończącymi się fajerwerkami grudniowo- styczniowe niebo. Jako takich postanowień noworocznych nie czyniłam, no może poza tym, by bardziej efektywnie wykorzystywać swoje dwadzieścia cztery godziny każdego dnia i nie roztrwaniać ich na głupoty.


Pierwszego stycznia zrobiłam coś, co chciałam zrobić od dawna, a można zrobić to tylko w tym jednym dniu w roku. Obejrzałam, mianowicie, koncert noworoczny prosto z Wiednia. Wirowałam po pokoju w rytm improwizowanego walca (przy czym pragnę zaznaczyć, że improwizacja była całkowicie po mojej choreograficznej stronie, nie zaś po stronie znakomitych filharmoników wiedeńskich). Wczułam się bez reszty w muzykę Straussa i jego kolegów po fachu, co najmniej jakbym była w wielkiej, przystrojonej kwiatami z San Remo sali koncertowej.



Koncert Filharmoników Wiedeńskich 2018





W pierwszym tygodniu roku przeczytałam już dwie książki:

"Kłamczuchę", czyli drugą część mojej ulubionej sagi Małgorzaty Musierowicz o perypetiach młodych poznaniaków". Kiedyś już, dawno temu, far far away, czytałam tę powieść, pamiętałam jednak tylko, że akcja zaczyna się w Łebie, kiedy to niejaki Pawełek porywa swoim fiatem mirafiori nieobliczalną Anielę Kowalik na plażę, i bardzo chciałam przypomnieć sobie resztę wydarzeń. Przypomniałam, i jestem ukontentowana. Nawet zaczęłam już trzecią część serii- "Kwiat kalafiora".

oraz 

wypożyczony z miejskiej biblioteki "Poradnik pozytywnego myślenia" Matthew Quick (polecam też "Niezbędnik obserwatorów gwiazd" tegoż autora). Książka zmusza do refleksji. Jak dla mnie, było tam trochę za dużo opisów gry w futbol, którym pasjonuje się główny bohater- Pat Peoples, jego rodzina i znajomi, no ale w końcu, książka została napisana przez faceta, więc nie mogło być inaczej :)

I o ile pierwszą z lektur delektowałam się dzień po dniu i raz po raz uśmiechałam pod nosem, o tyle drugą pochłonęłam niemalże jednym tchem i momentami autentycznie się wzruszałam.

Pozostając w temacie książek, dostaliśmy niedawno paczkę z nowym wydaniem "Ani z Zielonego Wzgórza", do którego, choć ładne, nie mogę się przekonać. Raz, że najlepiej mi się czyta moje nadgryzione zębem czasu wydania z 1990 i z 1956 roku. A dwa, że przyzwyczajona do przekładu Rozalii Bernsteinowej nijak nie mogę się przekonać do tłumaczenia Pawła Beręsewicza. Bo jak tu zabrać się za czytanie kiedy już na pierwszej stronie poczciwa Małgorzata Linde zamienia się w jakąś Rachel? Może kiedyś się przełamię.


Nowe wydanie "Ani z Zielonego Wzgórza"

W weekend trochę też poświętowaliśmy, w tym roku, niestety, nie na Podlasiu (KLIK), ale w domowym zaciszu. Znowu było dwanaście potraw i prezenty. Dobrego nigdy za wiele.


Bardzo mi się podobają te przeźroczyste bombki

Najważniejszym newsem minionych dni było dla mnie niepodważalne zwycięstwo Kamila Stocha w Turnieju Czterech Skoczni. Oglądałam, a jakże, dziergając przy tym pracowicie na drutach żyłkowych.

A najbardziej kolorowym elementem tygodnia był duży, dwupiętrowy domek dla lalek, który sprawiliśmy swojej córce, by dała trochę odetchnąć naszemu kotu. Domek jest drewniany i czadowy. Mam ochotę sama się nim bawić.



Barbie i Ken w oczekiwaniu na gości


Zrealizowane marzenie z dzieciństwa

Cudne detale

Innym kolorowym aspektem była maska w płachcie z Lidla, na widok której mój mąż zapytał, czy długo jeszcze będę ją miała na twarzy. No tak, twarzowa może i nie jest, ale dała nawilżenie i relaks mojej cerze. A propos Lidla, czy tylko mnie wkurza pośpiech pań kasjerek, które kasują wszystko w ekspresowym tempie i nie zważając na to czy zakupy są już zapakowane czy nie, zaczynają kasować kolejnego klienta (a ja w tym czasie czuję się jak intruz)? Z tego właśnie względu wolę Biedronkę, gdzie na pakowanie zakupów jest więcej czasu i miejsca niż u konkurencji.



Tak straszę męża

Najciekawszym miejscem, które odwiedziliśmy jest niewątpliwie klimatyczna restauracyjka "Stacja Olsztyn" z mega przytulnym wnętrzem, a najlepszym daniem tygodnia naleśniki, które tam jedliśmy. Wartością dodaną jest kilka półek z książkami. Wyszperałam na nich stare wydanie "Lalki", którą kiedyś zamierzam przeczytać ponownie, a na razie zadowoliłam się jedną stronę, bo naleśniki podano dosyć szybko.



Stacja Olsztyn, Wilczyńskiego 11


Naleśnik ze szpinakiem, łososiem i awokado

A na koniec piękne wieczorne niebo nad Olsztynem...



...i wyjątkowo udana sesja zdjęciowa Śnieżki (należało jej się, po dwóch wizytach w tym tygodniu u kociego lekarza).




sobota, 30 grudnia 2017

To se ne vrati- grudzień 2017 w zdjęciach





Grudzień był miesiącem długim i obfitującym w wydarzenia. Był dla mnie zdecydowanie lepszy niż październik i listopad. Przestałam zamulać, zaczęłam żyć.


Zacznę od tego, że nie dalej niż przedwczoraj zirytowałam się straszliwie, ponieważ Blogger spłatał mi figla i usunął mi się długi post o Jeżycjadzie (mojej ulubionej sadze Małgorzaty Musierowicz), nad którym pracowałam dwa dni i który kosztował mnie wiele wysiłku. Ze złości nawet chciałam nie kontynuować w przyszłym roku bloga, no ale już mi przeszło i najprawdopodobniej w styczniu ukażą się kolejne posty. We wpisie, który był na blogu jakieś dwa tygodnie, opisałam po kolei każdą z dwudziestu jeden przeczytanych książek, a każde zdjęcie okładki opatrzyłam podpisem z kilkoma pierwszymi zdaniami z każdej części. W grudniu rozpoczęłam delektowanie się Jeżycjadą na nowo. Zamówiłam sobie przez internet dwa pierwsze tomy i właśnie skończyłam "Szóstą klepkę". Jej akcja też zaczyna się w grudniu, więc warto po nią sięgnąć właśnie o tej porze roku.

Zdjęcie tytułowe z posta "Jeżycjada i moja wieloletnia z nią przyjaźń", który już nie istnieje :(


Przeczytane w grudniu
Moja grudniowa codzienność to przede wszystkim nauka życia pod wspólnym dachem z kotem. Zaliczyliśmy też już dwie wizyty u weterynarza, a na początku stycznia czekają nas dwie kolejne. Tak, kot to skarbonka:)
W grudniu zaopatrzyłam się również w nowy dziennik (Regina Brett "Twój dziennik") do opisywania swoich zapewne zajebistych 365 dni w 2018 roku. Odwiedziłam koleżankę w jej nowym mieszkaniu. Oddałam stare okulary na misję do Kenii. Spróbowałam amarantusa ekspandowanego. Kupiłam spodnie o rozmiar mniejsze niż zazwyczaj. Poznałam nowe osoby. Przeczytałam "Pokolenie Ikea". Znalazłam 20 zł na ulicy (właśnie zrobiłam podsumowanie moich znalezionych przez pięć lat pieniędzy i wyszło, że mam ponad 94 zł- kupię sobie za nie coś, pewnie książki, i zaczynam zbieranie złotówek na szczęście od nowa). Wróciłam do jedzenia owsianek i jaglanek na śniadanie. Spróbowałam czerwonych bananów. Oglądałam vlogmasy na YT. Mam nowy kwiatek w sypialni.
Jak widać, jest wiele powodów do wdzięczności.
Poza tym z podekscytowaniem oglądałam losowanie do MŚ w piłce nożnej. Nie mogę się doczekać  czerwca, kiedy to utrzemy nosa Senegalowi, Kolumbii i Japonii. No i koniecznie muszę kupić koszulkę Pazdana:)


Pracujemy:)
A mówią, że pieniądze nie leżą na ziemi


Śnieżka przyłapana na drzemce w szufladzie z ubraniami K.



Każdy weekend grudnia miałam zaplanowany, dzięki czemu po tygodniach jesiennego marazmu mogłam się ocknąć i wrócić do życia na pełnych obrotach.
Na początku miesiąca zrobiłam w domu imprezkę, co mi się ostatnio nie często zdarza. Ostatni goście wyszli o trzeciej nad ranem, więc chyba stanęłam na wysokości zadania i nie było tak źle:) Na pewno przyczyniła się do tego gra "Czółko", w którą grać uwielbiam oraz tańce na X-boxie.


Śnieżka w rękach swego oprawcy i wazon, który dostałam w prezencie od znajomych

Drugi weekend grudnia to mój wyjazd służbowy do Bydgoszczy i klimatyczne wigilijne spotkanie w gronie współpracowników. Znowu miałam okazję przejechać się pociągiem. Niestety, trafiłam na ten bezprzedziałowy, i to w obie strony! 





Bydgoszcz by night


I z powrotem...


Na kolejny weekend zaprosiłam do siebie moich rodziców. Od czasu do czasu lubię mieć pełną chatę.
Byliśmy razem na jarmarku świątecznym, gdzie K. występowała z kolędą "Skrzypi wóz", potem graliśmy przy stole w chińczyka, czółko i państwa miasta  (po raz pierwszy moje dziecko było pełnoprawnym uczestnikiem gry i nawet nieźle sobie radziło!). Następnego dnia znów pojechaliśmy na koncert K., tym razem do Eranova. Potem lodowisko, i tak zleciało...


Jarmark Świąteczny


Sama radość i endorfiny


Zawitał do nas SpongeBob

Eranova

Świąteczny koncert

Mama została u nas na tydzień, aż do świąt. Pomogła mi w przygotowaniach. Zresztą, przy moim minimalistycznym podejściu do tematu, nie przemęczyłyśmy się ani trochę. Święta, jak to święta, deszczowe i minęły zbyt szybko. Nie naoglądałam się świątecznych filmów w telewizji, jak to miałam w planach (tylko "Święta Last Minute"), bo trzeba było przecież znowu grać we wszelkiej maści gry, włącznie w tymi, który przyniósł niewidzialny Święty Mikołaj. A przyniósł bardzo fajną moim zdaniem grę "Spin to Sign" (to przez nią między innymi nie pogapiłam się na telewizor). Trzeba było tylko pobrać do niej aplikację, potem ściągnąć odpowiednie hity na laptop, w międzyczasie skoczyć na pasterkę dla dzieci, potem zgrać piosenki na smartfon, potem zaimportować je do playlisty, przegryźć makowca, i na koniec dodać uczestników, każdego ze zdjęciem, a jakże. Następnie należy umieścić swój drogocenny telefon na selfie sticku i pozwolić mu się kręcić jak ruletce. I można grać. Śmiechu przy śpiewaniu mieliśmy co nie miara. Pomijając wyżej opisane niedogodności gra jest naprawdę warta polecenia. Tak samo jak interaktywne państwa miasta.
Zazdroszczę mojej córce prezentów. Mojemu tacie też zazdroszczę dużego opakowania pierników z czymś chrupiącym w środku. Ja dostałam tylko pikowaną torebunię na łańcuszku od Macieja Zienia. Wszystkie wyżej wymienione prezenty zostały zakupione... w Biedronce. Można? Można.
A tak serio, to jestem niezmiernie wdzięczna, że nie zwariowałam siedząc w domu przy takiej pogodzie. Wolę święta bardziej aktywne, no ale w tym roku było jak było.


Chwila relaksu przed wigilią




Zdolna jestem niesłychanie:)


W tym roku dekoracje wyglądały tak, choć bardziej podobały mi się te z przed dwóch lat


Moja śpiewaczka


Coś pysznego!




K. rozkminia grę


Kiedy prezenty już się znudziły i nie ma to jak tablet


Kolejny prezent- fabryka mydełek


Gramy w państwa miasta




Moja torebunia 


Przyjaźń na zawsze

A w ten weekend sprzątam gruntownie swoją chatę przed Nowym Rokiem. Wyrzucam niepotrzebne rzeczy (mimo że robię to regularnie, zawsze znajduję coś jeszcze, czego nie potrzebuję), piorę, zmieniam pościel, odkamieniam czajnik. Tak mam od lat, że na pierwszego stycznia muszę mieć w domu nieskazitelny porządek.

P.S. Moje blogowe postanowienie na 2018 rok-  wstawiać więcej zdjęć zrobionych aparatem, nie telefonem.