czwartek, 16 listopada 2017

Pierzga, ciasto drożdżowe i baśnie braci Grimm



Na Podlasiu nie byłam całe wieki, bo od lipca, kiedy to codziennie zdawałam relację z mego  pobytu u rodziców. Teraz nie jest już tam tak zielono jak latem, ale są inne rozrywki niż chodzenie na boso po porannej rosie.


Kiedy pokończyły nam się wszystkie słoiki i zatęskniłam za rodziną, nie było innej opcji, jak zatankować do pełna i w piątkowe listopadowe popołudnie cisnąć na południowy wschód. Przez Szczytno, Myszyniec, Łyse, Zbójną, Nowogród, Łomżę...

A w rodzinnym domu czekało już drożdżowe ciasto upieczone przez mamę.
Cały wieczór K. z dumą prezentowała dziadkom swoje zeszyty i ćwiczenia, wyjmując je po kolei z różowego tornistra.
Na śniadanie tato zrobił naleśniki z twarogiem, zaraz potem przyszła babcia. Potem poszłyśmy z babcią do niej, przywitać się z dziadkiem. Potem K. poszła ze swoją babcią do pani Heli, która ma w domu Pumę i Franię- wylegujące się w koszykach koty.
A ja w tym czasie popijałam szałwię i delektowałam się "Baśniami Braci Grimm", lekturą mego dzieciństwa.
Po obiedzie dom zamienił się w istne przedszkole, bo przyjechał mój brat z dziećmi i psem. A jakby nam było mało rodzinnych spotkań, pojechaliśmy jeszcze do mieszkającego dwadzieścia kilometrów dalej szwagra.
A w sobotni wieczór  siedziałyśmy z mamą pochylone nad kuchennym stołem i wydobywałyśmy pierzgę z plastrów. Żmudna to robota, czasochłonna. Ręce się lepią. Ale jeśli się poczyta, jaką moc ma w sobie sfermentowany pyłek pszczeli, chce się dłubać :)
W niedzielę, od rana czytałam na akord książkę, którą musiałam szybko zwrócić do wiejskiej biblioteki (bo jestem zapisana do dwóch bibliotek w dwóch różnych województwach, ha!). Mama gotowała szczawiową, tato odrabiał z K. lekcje. Tak dobrze było i spokojnie, lecz trzeba było przerwać leniwe swojskie klimaty i wracać do swoich obowiązków w Olsztynie.

Z tornistrem u dziadków

"Roszpunka"

Zeszyt z przepisami mamy

To pomarańczowe to właśnie cenna pierzga

Plastry z pierzgą

Wydobyta pierzga
Pierzgę wymieszałam sobie z miodem i spożywam codziennie. Do upieczenia ciasta drożdżowego się przymierzam. Baśni nie czytam, bo życie to nie je bajka :)

środa, 8 listopada 2017

To se ne vrati- październik 2017 w zdjęciach




Przeczołgał mnie trochę październik- piździernik po meandrach codzienności. Otarłam się delikatnie o jesienną depresję, no ale przecież mam jakieś tam swoje pomysły, jak nie iść tą drogą.


Przeczytałam trzy książki:

"Rosół z kury domowej" Nataszy Sochy
Czytało się dość szybko, ale czy jakaś refleksja  pozostanie? Owszem, czasem daję się skusić na rodzimą babską literaturę, ale poza miłym spędzeniem czasu, raczej nic więcej nie wnosi ona do mego życia.

"Szopka " Zośki Papużanki
Tu dla odmiany wcale nie było lekko, łatwo i przyjemnie. Niby rodzinna saga, ale napisana językiem takim, że hej! I jak tak człowiek poczyta o domowym piekiełku, które całkiem nieświadomie można zgotować innym, zaczyna żyć uważniej.

"Mąż potrzebny na już"  Małgorzaty Falkowskiej
Książka o  perypetiach sześciu warszawskich singielek, owszem momentami zabawna, ale jak dla mnie zbyt nudna (choć zakończenie dość zaskakujące). Cierpię, niestety, na taką właśnie uciążliwą przypadłość, że każdą rozpoczętą lekturę muszę dokończyć. Co gorsza, wzięłam się za drugą część tego badziewia:)


Lubię jeść przy czytaniu. Pierogi zrobione przez mamę i teściową.

Od połowy miesiąca zaczęłam trochę gotować (na pierwszą połowę miałam wykupione obiady w Barze Familijnym). Ciężko jest się zmobilizować do stania przy garach po półtoramiesięcznej przerwie. Jednak serwowane w barze dania dnia zwyczajnie nam się znudziły. Postanowiłam zadbać tez o regularność swoich posiłków. Jem teraz 4-5 małych posiłków dziennie, zachowując pomiędzy nimi trzygodzinne odstępy. Piję dopiero dwie godziny po jedzeniu i pół godziny przed kolejnym posiłkiem. Oczywiście, wymaga to ode mnie nie lada organizacji, ale daję radę. Logistyka to moje drugie imię.


Brokułowa się gotuje
Zwykły koktajl z banana i szpinaku to też dobry posiłek

W październiku stałam się wyjątkowo aspołeczną istotą. Zaliczyłam tylko cztery  spotkania towarzyskie. I każde z nich bez szaleństw. Raz znajomi wpadli na kawę w niedzielę przed południem, innym razem spotkałam się z dawno niewidzianą koleżanką na starówce. Raz nocowała u mnie koleżanka z pracy i przegadałyśmy pół nocy, i raz odwiedziliśmy ciocię, co ma żółwia. Tyle. Bo zebranie rodziców w szkole, to raczej nie jest spotkanie towarzyskie.

Miałam za to wieeeele dni kanapowych, kiedy to wegetowałam przed telewizorem delektując się na przykład "Przyjaciółmi". Wzięłam urlop, by sobie poleżeć i pobyć sama ze sobą, tak po prostu.


Tak ostatnio wyglądają idealne sobotnie przedpołudnia



Sporty w październiku były tylko takie

A tak poza tym to przejechałam się tramwajem, zbierałam naklejki i wykupiłam pół Biedronki (niech ta akcja już się skończy, w przeciwnym razie wykończę się ja). Kupiłam kilka swetrów w secondhandzie. Zepsułam odkurzacz (już naprawiony) i doświadczyłam dwóch tygodni bez odkurzania. Spaliłam wyciskarkę wolnoobrotową. Piłam duże ilości rumianku i dziurawca. Zaczęłam nosić miedziane bransoletki. Zgubiłam i znalazłam klucz od pracy. Ssałam olej kokosowy, zaczęłam kurację włosów olejem rycynowym. Podczas spacerów szurałam żółtymi liśćmi. Znalazłam na swoim balkonie wielkiego czarnego kocura, który, jak się okazało, przywędrował do mnie z sąsiedniej klatki. Ugotowałam krupnik według pięciu przemian. Uśmiałam się do łez, kiedy zobaczyłam jak moja pierwszoklasistka podrobiła podpisy rodziców w zeszycie do religii. Odkryłam nowe jogurty naturalne. Z takich właśnie zwyczajnych smaczków składał się mój październik.


Pamela, Tosia i Basia- nasze nowe kumpele z Biedry


Wychodzimy do szkoły


Kanapa w końcu wybrana
Odkrycie miesiąca- lody z Lidla


Pyzio <3


W drodze do szkoły


Dostałyśmy zlecenie wyprowadzenia psa:)
Palma zrobiona przez męża
Poranne radości


I wieczorne smuteczki


poniedziałek, 30 października 2017

10 pierwszych razów (we wrześniu i październiku)


 

Nadszedł czas na kolejne zestawienie moich inicjacji. O wcześniejszym próbowaniu nowych rzeczy można przeczytać TU, TU, czy chociażby TU.


We wrześniu i październiku spróbowałam po raz pierwszy następujących potraw, aktywności i urządzeń:

1. Kłącze kurkumy
Do tej pory używałam w kuchni wyłącznie sproszkowanej kurkumy. Postanowiłam więc przetestować tę świeżą, dostępną w Lidlu. I cóż? Po pierwsze, przy jej obieraniu nieodzowne są rękawiczki, bowiem barwi palce na żółto jak cholera. Po drugie, myślę że lidlowskie opakowanie jest ciut za duże, mogłoby być o połowę mniejsze, tak żeby nic się nie zmarnowało, bo po jakimś czasie kłącze kurkumy przestaje być jędrne.

Świeże kłącze kurkumy z Lidla


2. Pierwszy raz w Trójce Klasowej
W związku z tym, że moja córka zasiliła w tym roku szeregi pierwszoklasistów, zaczęły się zebrania, sprawy organizacyjne, fundusze klasowe, i różne takie. Do trójki klasowej zapisałam się trochę z wrodzonej przekory, bo dotychczas irytowały mnie zachowania nadgorliwych matek. Chcąc oswoić się z wrogiem, zostałam zastępcą przewodniczącej. Na razie moja postawa jest bierna (a więc równoważy zapędy innych).


3. Pudding chia
Ten deser chodził mi po głowie od dawna. Tak naprawdę to żadna filozofia. Należy zalać nasiona chia mlekiem roślinnym i odstawić na noc do lodówki. I smaczne, i zdrowe.



Pudding chia z górą bitej śmietany

4. Rydz
Zobaczyłam w końcu rydza. Znalazła go na leśnej drodze moja teściowa. Nie uwieczniłam go, niestety, na zdjęciu.


5. Park Trampolin
Wymarzonym prezentem urodzinowym mojej córki było w tym roku wyjście do Parku Trampolin. Wyszalała się tam za wszystkie czasy. Ja też nie próżnowałam. Bo jak tu nie skakać przy rytmach "Despacito"?  Wyskakanie wszystkich stresów to plus 10 do lepszego samopoczucia.



Radość ze spełnionego marzenia
W Parku Trampolin, gdy się ciągle skacze, ciężko jest o nierozmazane zdjęcie

Można było nawet pograć w kosza

Kim jesteś? Zwycięzcą!


6. Oczyszczacz parowy
To moja pierwsze doświadczenie z tego typu urządzeniem. Kupiłam go z myślą o czyszczeniu tapicerowanych krzeseł. I w tym akurat się sprawdził. Natomiast już w czyszczeniu kabiny prysznicowej niekoniecznie.

Oczyszczacz parowy Hoffen


7. Chlebek bananowy
Przepis jest naprawdę nieskomplikowany, a czas przyrządzenia bardzo szybki. W sumie tylko za takie przepisy się zabieram. W sieci jest ich sporo.

Banany+olej kokosowy+mąka+ksylitol

8. Kluski dyniowo- jaglane
Co można zrobić z dyni poza zupą dyniową? A no, kluski właśnie. Wystarczy ugotować dynię i kaszę jaglaną, dodać mąkę, jajko i wymieszać składniki. A potem wrzucać ciasto łyżką na wrzątek i zaraz po wypłynięciu wyjmować. Kluski są doskonałe zarówno na słodko, jak i na słono.

Pokrojona dynia


9. Tankowanie samochodu
Tak, przyznaję się bez bicia, do tej pory tankowaniem samochodu zajmował się wyłącznie mój mąż. A ja, choć niedzielnym kierowcą jestem już 12 lat, nigdy bliżej nie interesowałam się tematem. Któregoś razu na stacji benzynowej postanowiłam zgłębić tajniki tej, zdawałoby się rutynowej, czynności. W sumie to to już dwa razy tej jesieni odbyłam lekcję tankowania:)

10. Festiwal Food Trucków
Pewnej słonecznej niedzieli wybraliśmy się na wyżerkę pod nasz olsztyński hipermarket, gdzie na weekend zjechały food trucki z całej Polski. Spróbowałam m.in. frytek belgijskich (nic, absolutnie nic specjalnego), burgera w makaronie (całkiem dobry), wrapa z krewetkami i chorizo (może być) i donata na ciepło (grzeszna przyjemność).




piątek, 20 października 2017

Rzymskie wakacje w piździerniku



Były już greckie wakacje, więc czemu nie zafundować sobie rzymskich? Tym bardziej, że za oknem jest jak jest.


Chociaż naprawdę lubię swoją pracę, czasem mam jej serdecznie dość i potrzebuję odpocząć od laptopa i telefonu. Zmęczenie materiału i przegrzanie procesora dają o sobie znać mniej więcej o tej samej porze roku (KLIK).
Czując przemęczenie, wzięłam trzy dni wolnego, żeby przeleżeć je na mojej nowej szarej kanapie w stylu skandynawskim. Tak, dokładnie. Wzięłam urlop na nicnierobienie. W większości leżałam.
No raz, po odprowadzeniu córki do szkoły poszłam sobie połazić po lesie i nabrać energii od potężnego dębu. A w drodze powrotnej zaszłam na ryneczek po świeże owoce i warzywa na sok.
Załatwiłam sprawę w spółdzielni,  na ślubowanie do córki poszłam.
W lumpku na zakupach byłam.
Post o Atenach wrzuciłam na bloga.
Nad jezioro chciałam pojechać, ale padało i wiało.
Więc leżałam i wzdychałam.
Oglądałam sobie czarno-białe "Rzymskie wakacje" z Audrey Hepburn i Gregorym Peckiem.
Czytałam swoje pamiętniki z liceum i płakałam z żalu za bezpowrotnie  utraconą młodością.
Leżałam na piłeczkach tenisowych i masowałam sobie nimi obolałe plecy.

I dziwiłam się każdego dnia mojego pożalsięboże urlopu, czemu te cholerne osiem godzin mija tak szybko.
Taki lajf, taki dżob. Nie ma wakacji, jest piździernik.

Olsztyński las w październiku

Żółty jesienny liść

Natura wycisza


Dąb, z którego czerpałam energię
Moc drzew

Poranne selfie

Podobają mi się szeregowce

Ryneczek na Pieczewie

Buraki i marchew, na których spaliłam wyciskarke

"Rzymskie wakacje"

Przekąska w trakcie filmu- marchwiowe muffiny

Czy ktoś pamięta jeszcze "KSM"?

Na obiedzie po ślubowaniu



środa, 11 października 2017

Szybkim krokiem po Atenach




Jednym z ważniejszych punktów Greckich Wakacji była krótka, acz treściwa wycieczka do Aten. Nie żadna tam fakultatywna z biura podróży, tylko totalny spontan. Przewodniczką była nasza koleżanka, która kiedyś pracowała w Atenach i dobrze zna miasto.


Z Kinetta Beach Resort &Spa mieliśmy stosunkowo łatwe połączenie kolejowe ze stolicą Grecji. Jakiś kilometr dreptania na dworzec, godzinka w pociągu, kawałek metrem i byliśmy już w centrum Aten. Ha ha, a jeszcze przypomniało mi się, jak ktoś nas zrobił w balona i powiedział wysiąść w połowie drogi, bo niby ten pociąg dalej nie jedzie. Daliśmy się nabrać i siedzieliśmy jak te ćwoki na jakiejś podateńskiej stacyjce w oczekiwaniu na kolejny pociąg.


Widok ze stacji kolejowej w miejscowości Kinetta


Widok z okna pociągu


Pierwsza przejażdżka K. pociągiem


A Ateny? Cóż. Całkiem sympatyczne. Zbyt mało mieliśmy czasu, żeby się nimi podelektować. Było to raczej zwiedzanie w biegu, tak żeby zdążyć na ostatni pociąg do Kinetty.
Naszym pierwszym przystankiem była siedziba greckiego Parlamentu z Grobem Nieznanego Żołnierza na Placu Syntagma, gdzie co godzinę odbywa się uroczysta zmiana warty.


Plac Syntagma


Ateny, Grób Nieznanego Żołnierza





Następnie przeszliśmy się gwarną ateńską starówką, wśród sklepów z pamiątkami, gdzie zakupiłam magnesy. Oglądaliśmy po drodze różne ruiny i pozostałości jednego z najstarszych miast, kolebki cywilizacji.













A potem  wspięliśmy się na wzgórze i mogliśmy podziwiać piękną panoramę Aten. Pod Akropolem zaskoczyły mnie wylegujące się koty, w centrum Aten- bezpańskie psy na ulicach.













Wszędzie koty...







Moje smutne dziecko, bo zła matka nie kupiła loda

Mina nieadekwatna do widoku


Dobry lans nie jest zły


Uśmiechnij się, to mama kupi Ci loda
Rodzinnie

Całe Ateny moje


Akropol










Potem szybki spacer głównymi deptakami Aten (mijaliśmy m.in. Muzeum Archeologiczne), stadion olimpijski wykonany w całości z białego marmuru, pałac prezydencki, i znaleźliśmy się znowu pod parlamentem, skąd biegusiem na stację metra, by w ostatniej chwili wskoczyć do pociągu. Bez Ani, naszej przewodniczki, nie ogarnęlibyśmy tego w  takim tempie.








Stadion Panatejski- miejsce ważnych wydarzeń kulturalnych





Entuzjazm zwiedzania:)


Stadion Kalimarmaro (gr.Wykonany z dobrego marmuru)


 Tu odbyły się pierwsze nowożytne igrzyska olimpijskie




Wartownik pod Pałacem Prezydenckim


Co zobaczyliśmy- to nasze. Niestety, zastał nas wieczór i czas było wracać do hotelu. Myślę, że i tak dużo zwiedziliśmy w te zaledwie kilka godzin. Dobrze by było kiedyś tu wrócić i nadrobić zaległości.