piątek, 12 października 2018

Dieta bezglutenowa, dania z cukinii i wielkie sprzątanie, czyli przegląd tygodnia #38


 

To był tydzień raczej z serii tych nudnych. Głównie za sprawą obowiązków, które nie pozwoliły na spędzanie wolnego czasu na przyjemnościach. Ale takie jest właśnie życie.


Tak naprawdę byłam tak zajęta i zabiegana, że nie zarejestrowałam zbyt wielu ciekawych momentów i pamiętam ten tydzień trochę jak przez mgłę. Nie zrobiłam nawet żadnego na tyle ładnego zdjęcia, by móc wstawić je jako zdjęcie tytułowe. Więc wstawiłam zupę:)



Było tak ciepło, że można było chodzić jeszcze w krótkich gaciach
Sobota minęła na sprzątaniu
A w niedzielę trzeba było zrobić sobie nowe paznokcie


Chociaż pogoda dopisała, nie mogłam jej wykorzystać, bo musiałam zakasać rękawy i brać się za wielkie sprzątanie. Studenci, którym wynajmowaliśmy mieszkanie, zostawili w nim takie pobojowisko i syf, że potrzebowaliśmy aż dwóch tygodni, żeby doprowadzić je do poprzedniego stanu. Podziurawiony żyrandol, plamy na kanapie, ściany do malowania, ponaklejane naklejki na lustrze, zepsuty prysznic, zepsuty zlew, zniszczony parkiet, ehhh... Szkoda gadać. Stół i krzesła wylądowały na śmietniku- nie nadawały się do dalszego użytku.
Okna nie myte przez cały rok, zatłuszczona kuchnia, łazienka zarośnięta kamieniem. Brak słów. Początkowo chcieliśmy wziąć firmę sprzątającą, stwierdziliśmy jednak, że szkoda kasy i sami weźmiemy się do roboty. Ile godzin szorowaliśmy wszystkie zakamarki- nie wiem. Dużo, o wiele za dużo. Moje paznokcie przestały być podobne do paznokci, musiałam szybko położyć sobie na nich hybrydę, bo wstyd było wyjść do ludzi:)
Najgorszy jednak w tym wszystkim był niesmak, jaki pozostał po takich nietrafionych lokatorach. Jak można było żyć w takim chlewie? Sorry, nie ogarniam. Przez pierwsze dwa dni po wyprowadzce brudasów sprzątał tam C. Powiedział, żebym lepiej nie przychodziła do mieszkania, bo czego oczy nie widzą... Weszłam więc ze swoim ciężkim sprzętem dopiero, kiedy najgorszy brud został uprzątnięty. I o ile w swoim domu chemii do sprzątania nie używam, tam nie miałam oporów i spryskiwałam kuchnię hektolitrami środka do usuwania tłuszczu.



Czy jeden mały kot może zrobić taki sajgon? Może! Śnieżka regularnie ściąga mi ubrania z suszarki:)


Przez cały tydzień byłam na diecie bezglutenowej. Jaka to jest rewelacja! Jak się na niej dobrze czułam (piszę w czasie przeszłym, bo niestety, wróciłam do buły i spóły)! Wiem to całą sobą, że jest to dieta stworzona dla mnie i kiedyś przejdę na nią całkowicie. W dzisiejszych czasach trzymanie tej diety nie jest wcale trudne. Jest przecież całe mnóstwo produktów bezglutenowych, jak chociażby makaron. Tak naprawdę wystarczy odrzucić wszystko, co zawiera pszenicę, żyto, owies i jęczmień. Ot i cała filozofia!

W tym tygodniu dostałam od znajomej torbę jabłek i cukinii. Na obiady była więc wegańska zupa z cukinii oraz przepyszny bigosik.

Zupa z cukinii

Wlać do garnka olej kokosowy, wrzucić wyciśnięty ząbek czosnku, pokrojone w kostkę ziemniaki i cukinię. Poddusić, ciągle mieszając. Zalać zrobionym uprzednio bulionem warzywnym (marchew, seler, por, pietruszka, liść laurowy, ziele angielskie). Jak ziemniaki będą miękkie, zblendować wszystko, dodać sól, pieprz, kurkumę, lubczyk, natkę pietruszki oraz łyżkę octu jabłkowego. Fajnie smakuje ze śmietaną. 

Bigosik z cukinii

Wlać do garnka olej kokosowy, poddusić na nim cebulkę i startą marchew. Dodać pokrojoną w kostkę cukinię. Dusić do miękkości. Posolić, popieprzyć. Dodać lubczyk.

Jak widać, moje przepisy są banalnie proste:)

Cukinia cukinią, ale smakiem tygodnia ogłaszam suszone pomidory, które również dostałam w prezencie. Do tej pory za nimi nie przepadałam, teraz jednak w kilka dni zjadłam cały słoik z nikim się nie dzieląc. 


Bigosik z cukinii i makaron z zielonego groszku polecają się na obiad


Smakowo bardzo dobry, natomiast uciążliwy w gotowaniu


piątek, 5 października 2018

Urodziny w parku trampolin, kwitnąca akacja i ostre zapalenie spojówek, czyli przegląd tygodnia #37


Pierwsze kolorowe liście, mimo że w kalendarzu jeszcze lato. Kwitnąca akacja, mimo że teoretycznie już jesień. Raz zimno, raz gorąco. Raz euforycznie do bólu, za chwilę ból nie do zniesienia. I ponoć wszystko to ma sens...


Być może w pierwszej połowie tygodnia wzięłam na siebie zbyt wiele obowiązków, bo w weekend mój organizm powiedział dość i zaniemogłam. O ile od poniedziałku do piątku latałam po mieście i załatwiałam sprawy, o tyle w sobotę zaległam w łóżku z bólem głowy i innymi przypadłościami, a kiedy do K. przyszła koleżanka, nie byłam nawet w stanie zrobić obiadu, kazałam im zamówić pizzę i zapłacić kartą.

Poniedziałek- powtórka "Jednego z dziesięciu"

Śnieżka odbywa codzienną karę za złe zachowanie na balkonie

Nie wiem, nie znam się, ale mój tato stwierdził, że akacja kwitnąca we wrześniu to lekka anomalia

Po szkole

Po powrocie z biblioteki

W czwartek miałam bardzo intensywny dzień. Organizowaliśmy urodziny naszej córki w parku trampolin. Do tego wcześniej musiałam jechać z klasą K. na basen, żeby pomagać dzieciom w szybkim ogarnianiu się. Mimo, że w basenowej przebieralni odbywa się co tydzień regularny istny sajgon, lubię takie wyzwania. Potem musiałam lecieć do baloniarni po zamówione balony z helem, mi.n. wielką ósemkę w modnym ostatnimi czasy kolorze różowego złota. Największym przedsięwzięciem logistycznym było jednak przywiezienie i odwiezienie wszystkich koleżanek. Gdyby nie pomoc znajomych, nie wiem jakim cudem przetransportowałabym sześć żywiołowych dziewczynek ze szkoły do parku trampolin w godzinach szczytu.
Przyjęcie urodzinowe było super, że tak powiem kolokwialnie. Animatorzy spisali się na medal, tort czekoladowy był tak smaczny i duży, że jeszcze następnego dnia opychałam się nim do kawy, a nawet zaniosłam kawałek swojej przemiłej sąsiadce. Dzieciaki były zadowolone, my ze znajomymi mogliśmy sobie spędzić miłe dwie godziny przy kawie i rozmowach. Jakbym miała urządzać taką imprezę u siebie w mieszkaniu, poważnie bym się zastanowiła. 400 zł za dwie godziny na trampolinach z animatorami (czyli dzieci objęte są pełną opieką), naprawdę smaczny tort (wiem co mówię, bo za tortami nie przepadam), napoje, zaproszenia, gadżety dla uczestników, ładnie nakryty stół i przede wszystkim święty spokój dla rodziców to chyba nie jest zbyt wygórowana cena. W sobotę, taka impreza kosztowałaby już, co prawda, pińcet, dlatego więc zdecydowałam się na imprezkę w środku tygodnia i zaoszczędziłam stówkę. Oczywiście, musiałam dokupić wodę, jakieś napoje, chipsy i żelki, ale w Biedrze wyszło to bardzo tanio i połowę tego zabrałam z powrotem do domu.

K. niesie urodzinowe cukierki do szkoły

Basen

Stolik już przygotowany

7 Jump Street Olsztyn

Urodzinowe party


Królowa jest tylko jedna

Po lekcjach

W piątek przyszłyśmy z K. na obiad do Baru Familijnego


Sobotni obiad- dużo smaku, mało roboty. Tak trzeba żyć!
W sobotę zaczęło mnie boleć oko. Miałam uczucie, że coś mi do niego wpadło. Mąż poszedł do apteki po krople- nie pomogły. Robiłam sobie kompresy z rumianku- również zero poprawy. Wieczorem koleżanka zaproponowała mi antybiotyk- jeszcze gorzej. Do tego doszedł ostry światłowstręt. Noc była istnym koszmarem. Nie mogłam spojrzeć w smartfona, żeby znaleźć numer telefonu na pogotowie okulistyczne. Jakby mało było mego cierpienia, u K. zaczęło rozwijać się przeziębienie, a C. miał po meczu przewianą szyję i nie mógł się ruszać. Co to w ogóle ma być? 
Jak żyć? Że jak to? Wszystkie plagi egipskie na raz? Pomyślałam, że muszę zacząć od siebie, by móc pomóc reszcie. W niedzielę o siódmej rano wyszłam w okularach przeciwsłonecznych do taksówki czekającej pod blokiem. Poruszałam się prawie po omacku, bo przecież jestem krótkowidzem, a soczewki kontaktowe nie wchodziły w grę. Okulary też raczej nie, no chyba że włożyłabym je pod przeciwsłoneczne:) O godzinie ósmej siedziałam na SORze i raz po raz podchodziłam do telewizora w poczekalni sprawdzając czy przypadkiem nie wyskoczył mój numerek. Żałosne to było. Nie dość, że byłam jedyną pacjentką  do okulisty, to nie wiedzieć czemu musiałam odsiedzieć godzinę w pustej poczekalni z łzawiącym i bolącym okiem. Dopiero kiedy upomniałam się, że heloł, ja tu nadal siedzę, nic nie widzę i dogorywam, pani pielęgniarka była tak uprzejma, że zmierzyła mi ciśnienie (nie wiedzieć po co? swoją drogą wysokie było z tego stresu), zapytała, kogo powiadomić o stanie mego zdrowia (wtf??), po czym kazała mnie-ślepej istocie wjechać windą na trzecie piętro oddziału okulistycznego. Tam również musiałam odczekać swoje, zanim zostałam przyjęta. Byłam przekonana, że mam w oku jakieś ciało obce, okazało się jednak, że to tylko ostre zapalenie spojówek. Dostałam receptę na antybiotyk, podreptałam do apteki, wróciłam autobusem do domu, mąż zapuścił mi krople i po kilku godzinach zaczęłam wracać do żywych, choć z okularami przeciwsłonecznymi nie rozstawałam się do wieczora.



Moja towarzyszka niedoli

Niedziela z zapaleniem spojówek minęła mi właśnie tak
Piosenką tygodnia, a nawet miesiąca ogłaszam "Weź nie pytaj" Pawła Domagały. Usłyszałam ją czekając w aucie na K., która była na zuchach i od razu wpadła mi w ucho.



Jeśli zaś chodzi o książkę, czytałam w tym tygodniu bardzo mało jak na mnie, i nietypowo, bo tylko jedną książkę na raz. Książką tą była "Botanika duszy" Elizabeth Gilbert. Opasłe tomisko, prawie 600 stron. Czytało mi się ją całkiem dobrze, momentami była wciągająca, jednak na finiszu poczułam delikatne rozczarowanie. Główna bohaterka, Alma, miała według mnie bardzo smutne życie i autorka powinna wynagrodzić ją czymś na starość, na to bardzo liczyłam, a jednak to było tylko moje pobożne życzenie. Inni bohaterowie też wiedli ascetyczny, niespełniony żywot i jeśli miałabym spuentować główną myśl tej książki w jednym zdaniu, było by to: Life is brutal. Dla mnie jest to książka z gatunku tych, do których się nie wraca. Nie żałuję jednak czasu poświęconego na lekturę, bo rzeczywiście daje do myślenia, a bierna postawa głównych tym bardziej bohaterów motywuje do życia swoimi marzeniami.


Back to school, paczka z antykwariatu i mój występ w "Jeden z dziesięciu", czyli przegląd tygodnia #36



Pierwszy tydzień września, chociaż intensywny, był też dla mnie bardzo ciekawy. Nie dość, że wystąpiłam w telewizorze (sic!, w telewizji to byłam w maju), to jeszcze wypróbowałam fajny przepis na słodką przekąskę, kupiłam zieloną sukienkę za grosze i zaczęłam czytać kolejną grubą powieść.



Wraz z początkiem września przybył mi nowy obowiązek- poranne szykowanie się do szkoły. Moja córka ma w tym semestrze lekcje na 7.30, więc o 7.15 musimy wyjść z domu. Znowu musiałam więc nastawić budzik na 6.00, by zdążyć przygotować nas obydwie na godne przywitanie każdego dnia.
Nie wiem, jak jest w innych domach, ale u mnie poranne ogarnianie to najmniej przyjemny moment dnia. Jestem wtedy kłębkiem nerwów, choć pracuję nad tym i jest zdecydowanie lepiej niż w zeszłym roku. Moja K. nie jest dzieckiem, które tańczy tak jak jej się zagra. Jej poranne wizje czasami przywracają mnie o zawrót głowy. Kiedy mówię, że ma się ubierać, ona ogląda "Harmidom" albo "SpongeBoba" i wkłada na siebie (na leżąco!) warstwy ubrania w tempie jedna sztuka na pięć minut. A mnie się scyzoryk w kieszeni otwiera! Kiedy mówię jej, że trzeba już wkładać buty i wychodzić, ona wyciąga kartki, kredki, nożyczki, klej i zaczyna coś tam tworzyć. Miałam ambitne plany, ułatwiające poranną organizację, a jakże. Na przykład eliminację rozpraszaczy w postaci telewizji i kota. Przez pierwsze dwa dni telewizor był więc wyłączony, a kot zamknięty na balkonie. Potem wszystko wróciło, niestety, do normy. Obraz naszych poranków przedstawia się mniej więcej tak: rozkręcona na cały regulator bajka, niedojedzone płatki, niedobry tost, moje pokrzykiwania i pogróżki, zagubiona skarpetka, poranna szajba Śnieżki, niespakowany plecak, itd, itp. I śmieszno, i straszno.
Codzienne szykowanie lunch boxu do szkoły to kolejne wyzwanie, które przybyło mi po wakacjach. W zeszłym roku mieliśmy zwykły kanapnik, więc pakowałam tam kanapkę i owoc. W tym roku mamy 6-przegródkowe, dwupoziomowe pudełko i zapełnienie każdej przegródki inną przekąską wymaga nie lada kreatywności. Oczywiście, przekąski absolutnie NIE MOGĄ się powtarzać, każdego dnia ma być coś innego.
Ostatnio wspięłam się więc na wyżyny swej kulinarnej kreatywności i przyrządziłam tzw. kulki mocy. Z daktyli, ekspandowanego amarantusa (do nabycia w Rossmannie), zmielonych orzechów włoskich i kakao. Daktyle zblendowałam z odrobiną wody, wymieszałam z resztą składników, uformowałam zgrabne kulki i włożyłam je do lodówki.


Taką fryzurę K. wymyśliła sobie na rozpoczęcie roku


Składniki na kulki mocy



Zdrowa przekąska do szkoły- ponoć koleżanki były zachwycone




Taki uroczy ogródek mijamy w drodze do szkoły

Kiedy matka się nudzi, robi porządki w domku dla lalek


W tym tygodniu przyszła do mnie moja druga w życiu paczka z antykwariatu internetowego. Pierwszą zamówiłam zeszłej jesieni, kiedy to stał się cud i dzięki mojej mamie odnalazła się poszukiwana przeze mnie latami książka z dzieciństwa "Zwycięstwo Polly". Nie znałam tytułu, nie znałam autora. Wiedziałam tylko, że na okładce była zieleń i że bohaterowie tejże książki bawili się na torfowisku. Pamiętałam też, że wypożyczyłam ją z biblioteki szkolnej, która od lat już nie istnieje. Bezskutecznie przeszukiwałam internety. W końcu wysłałam mamę do nowej szkoły w mojej rodzinnej miejscowości, by poprosiła panią bibliotekarkę o udostępnienie starych ksiąg. Mama wertowała księgi i czytała mi przez telefon wszystkie tytuły, a ja wpisywałam je w wyszukiwarkę. I w końcu bingo! Szok i niedowierzanie. Znalazła się! A że była na stanie za jedyne 3 zł w jakimś antykwariacie internetowym, zamówiłam ją wraz z dwiema innymi książkami. Przeczytałam jej dopiero połowę- trochę wstyd, zważywszy na to, że mam ją już od roku i ile energii kosztowało jej odnalezienie, ale jest tyle innych fantastycznych książek, że jestem rozkojarzona i czasami sama już nie wiem, za co się brać.
Po tej akcji z cudem odnaleziona książką z czasów podstawówki pokochałam antykwariaty internetowe i grzebię w nich teraz bardzo często, powstrzymując się resztkami rozsądku przed pochopnymi zakupami. Ostatnio szukałam książki "Tajemnica Pana Moona" (również z podstawówki, bo tylko takich szukam- w liceum czytałam już zgoła inną literaturę- Dostojewskiego, Prusa, Tokarczuk, Coelho, Christie) i tak się rozpędziłam, że zamówiłam również cztery inne. Wszystkie jednej z ulubionych pisarek- Lucy Maud Montgomery. Postanowiłam, że będę zbierać jej książki. Tak więc mój skromny, acz mega sentymentalny księgozbiór lektur z czasów młodości sukcesywnie się rozrasta (na szczęście mam jeszcze miejsce na półkach) i nie pozostaje mi nic innego jak życzyć sobie kolejnych owocnych łowów i czasu na czytanie.


Oczywiście żadna z nich jest jeszcze nie ruszona, bo nie ma kiedy, ale fakt, że zasiliły moja domową biblioteczkę, cieszy ogromnie:)


Wizyta w Łapciuszku i złowiona sukienka Dorothy Perkins za 3,89
Mimo, że ostatnio telewizji prawie nie oglądam, o godzinie 18.55 musiałam warować przez cały tydzień przed telewizorem, bo ukazać się miał odcinek "Jeden z dziesięciu" z moim udziałem. Z powodu nowej ramówki i zmian w programie ciężko było się dowiedzieć, kiedy ta wiekopomna chwila nastąpi. Zasiadaliśmy więc od poniedziałku do piątku przed telewizorem, z telefonami przygotowanymi do nagrania. Moja koleżanka Ewa też dzielnie czuwała, dzień w dzień. Dwieście osiemdziesiąt kilometrów dalej, na Podlasiu, zasiadali przed telewizorami moi rodzice i dziadkowie. Poniedziałek- nie ma mnie, wtorek również. I tak aż do piątku. Bo w dopiero w piątek moja skromna osoba pojawiła się na ekranie TVP1. Co to była za ulga! Nie musieliśmy już pilnować telewizora!

Co mnie podkusiło, by wystąpić w teleturnieju? Może to, że kiedyś był to mój ulubiony teleturniej, który lubiłam oglądać razem z tatą.

Pewnego listopadowego dnia w zeszłym roku oglądałam sobie "Jeden z dziesięciu" i stwierdziłam, że fajnie byłoby wziąć udział. Wszak na większość pytań odpowiadałam dobrze. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. W myśl powiedzenia "mówisz i masz". No i proszę, jest wrzesień, a ja oglądam się w telewizji. Przed kamerami nie byłam tak błyskotliwa jak na własnej skandynawskiej kanapie. Szwajcarskiego zegarka mężowi też nie przywiozłam, ale mimo wszystko cieszę się, że zrealizowałam swoje małe marzenie, jakim był występ w teleturnieju. Jasne, że milej by było wrócić z nagrodą, ale jest przecież dużo innych plusów. Po pierwsze, zrobiłam sobie wycieczkę do Lublina (klik), po drugie- poznałam Tadeusza Sznuka, po trzecie- zobaczyłam jak to wszystko wygląda od kulis, i po czwarte- byłam w telewizji i moja babcia z dziadkiem mogli mnie oglądać.
Na ekranie telewizora wyglądałam trochę jak nie ja, czyli zbyt poważnie, a uważam się raczej za roześmianą i wesołą osobę. Stres zrobił jednak swoje i palnęłam głupotę mówiąc, że Zelandia leży w Oceanii. Wtedy to zgasła moja trzecia lampka i od tego momentu przestałam się stresować.


Jedyny uchwycony moment, w którym się uśmiecham, na reszcie zdjęć wyglądam na przestraszoną i śmiertelnie poważną


Trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, by wylosować sobie nr 1


Pan Tadeusz mi podpadł, bo nie miał dla mnie dobrych pytań


Tak wygląda parcie na szkło


Nadal mam dwie szanse

W sobotę znów zawitał do nas kurier, tym razem z urodzinowym prezentem dla K. - keyboardem Yamaha. Weekend minął nam w związku z powyższym koncertowo.



Moje przeciwieństwo- ja jestem upośledzona muzycznie


Zaczęłam czytać powieść Elisabeth Gilbert "Botanika duszy"


Niedzielne selfie z myjni

sobota, 22 września 2018

Pościel we flamingi, macaroni&cheese i książki z młodości, czyli przegląd tygodnia #35






Ostatni tydzień sierpnia. Kompletowanie szkolnej wyprawki. Zachłanne łapanie słońca. Kolejna próba wejścia na właściwe tory żywieniowe, zakończona fiaskiem.


Leci to życie jakby je kto gonił. Wakacje niedawno się zaczynały, a już czas się z nimi żegnać. I jak tu się godnie pożegnać, kiedy za bardzo nie ma kiedy? Bo człowiek zalatany przecież nieprzytomnie, nie wiadomo po co. Posta na bloga nie ma kiedy napisać, ani książek poczytać, a co dopiero sycić się latem. Jednak co mogłam- to zrobiłam.
Zmieniłam sobie pościel na prawdziwie wakacyjną. Kupiłam sobie ją kiedyś Lidlu i tak przeleżała w szafie, czekając na lepsze czasy. Bardzo jestem z niej zadowolona, śnię sobie w niej o różowych flamingach i egzotycznych krajach...
Malinami się raczyłam.
Opalałam się topless na balkonie, a co! Jak się opalać to opalać, a nie że potem jakieś nierówności od kostiumu na ciele. 
Na lody się wybrałam ze znajomymi. 
A potem pojechaliśmy razem pospacerować nad jeziorem i po lesie. To była transakcja wiązana. Oni pokazali nam swoją miejscówkę z lodami, my im- nasze ulubione miejsce na spacery. Jezioro Kielarskie- miejsce, gdzie jedliśmy kiedyś śniadanie na brzegu jeziora (klik), gdzie zimą jeździliśmy na sankach (klik), gdzie szukaliśmy jemioły przed świętami (klik), gdzie zrobiliśmy ognisko jesienią (klik) i spacerowaliśmy wąwozami wczesną wiosną (klik).



Nic tylko leżeć i czytać


Zakupy z Lidla



Daniem tygodnia ogłaszam amerykańskie macaroni&cheese. Zjadłam wszystko, co jest na zdjęciu poniżej, bo moja córka i jej koleżanka pogardziły swoimi porcjami (a tak naprawdę gotowałam dla nich) i poszły degustować suchą karmę Whiskasa :) Chyba nic mnie już nie zdziwi. 
Macaroni&cheese będzie chyba moim comfort food w jesienno zimowym sezonie. Niezbyt zdrowe, lecz pyszne i szybkie. Beszamel z mieszanką serów (cheddar, gouda, parmezan) wymieszany z makaronem to po prostu niebo w gębie.
W ogóle rozpoczęłam ten tydzień english breakfast, czyli jajkiem sadzonym na bekonie i czarną kawą, po czym stwierdziłam, że przechodzę na dietę. Moja dieta nie potrwała jednak długo, bo zaczęłam się kompulsywnie obżerać, między innymi wspomnianym makaronem z sosem serowym.
Moje nadprogramowe kilogramy i przyciasne spodnie apelują o rozsądek, a ja dalej wciągam w siebie gluten, cukier i tłuszcz.



Macaroni&cheese

Z ostatniego pobytu na Podlasiu przywiozłam sobie trochę książek z biblioteki, w której wypożyczałam książki jako dziecko. Wiele z tych książek poszło już na straty, wiele jednak ocalało i za wszelką cenę chciałabym wejść w ich posiadanie. Myślę o oddaniu do biblioteki w zamian jakichś nowszych książek, w końcu dla nich to tylko stare książki, dla mnie- białe kruki. 
W tym tygodniu przeczytałam przedostatnią ze zdjęcia, osadzoną w szwedzkich klimatach powieść Astrid Lindgren "Zwierzenia Britt-Mari". Wiem, że może te lektury nie są wysokich lotów i poświęcanie im czasu może się wydać infantylne, ale ja się naprawdę jaram tymi starymi tomami i daje mi to wiele radości.


Książki z dzieciństwa


Sobotnie popołudnie na balkonie


Szklanka do połowy pełna


W cukierni "Złoty Klucz" w oczekiwaniu na resztę


Jezioro Kielarskie- nasza sprawdzona przystań



Wieża widokowa nad Jeziorem Kielarskim


Dostałam polne kwiatki od córki



Taka opcja


Spacer wąwozem