piątek, 17 sierpnia 2018

Fajny plac zabaw, aksamitki w Czerwonce i nieudana romantyczna kolacja, czyli przegląd tygodnia # 31


 

Tydzień zaczęłam od porannego joggingu, skończyłam na szaszłykach z krewetek. Gdzieś pomiędzy tymi przyjemnościami (bo tylko o przyjemnościach piszę na tym blogu) mignęła przepyszna zupa z cukinii, 10000 kroków z koleżanką, nowa sukienka i przepiękne słoneczniki.


Trochę dziwnie się ostatnio czułam czytając książki bez presji czasu, udałam się więc do biblioteki i wzięłam trzy. Jak mam terminy, czytam szybciej :) W tym tygodniu królowała u mnie prześmiewczo napisana "Krystyno, nie denerwuj matki", traktująca o rodzicielstwie w polskich realiach. Chociaż ja swoją ciążę i wczesne rodzicielstwo przeżyłam raczej lajtowo niż hardkorowo, czytając, współczułam głównej bohaterce i autorce. Dzięki tej lekturze doceniłam bowiem swoje doświadczenia.


Pobiegane!
10000 kroków z Ewą
W swoim żywiole- jak nie wiadomo za którą się zabrać, oznacza to, że trzeba zacząć trzy naraz!
Wszystko gra i buczy (jak mawia moja koleżanka z pracy)
Uwielbiam tę sukienkę

Tydzień temu wróciłyśmy z K. bardzo zadowolone z wycieczki do Barczewa (klik). Postanowiłyśmy iść za ciosem i zwiedzać inne warmińskie mieściny i wsie. W środę zabrałyśmy się więc na mecz do Miłakowa, gdzie odkryłyśmy bardzo nowoczesny i niebanalny plac zabaw. A w piątek spacerowałyśmy po Czerwonce i podziwiałyśmy urocze ogródki pełne uginających się od nadmiaru owoców jabłoni i grusz.



Miłakowo
Spotkanie z jeleniem
K. się bawiła, a ja czytałam "Krystyno, nie denerwuj matki"



Bardzo fajny plac zbaw


Czytanie trwa


Pobiegane bladym świtem


Spaghetti w wersji wege- makaron z czarnej fasoli, kalafior, sos pomidorowy, parmezan
Słoneczniki w Czerwonce
Aksamitka- kwiat z mego dzieciństwa na wsi

Spacer polna drogą


Sobotę spędziłyśmy z K. na naszej plaży miejskiej. Były lody, był wykład na temat noszenia kapelusza w upały oraz pluskanie się w jeziorze bez umiaru. Matka w tym czasie wypoczywała na piaseczku i próbowała czytać książkę. Potem niebo zasnuło się chmurami i trzeba było wiać:)






Córeczka mamusi


W końcu nauczyłam się robić kłosa, bo kiedy jak nie w sierpniu?






W niedzielę po zakupach w galerii (musieliśmy ubrać się na wesele, ale jakoś to przeżyłam) naszło mnie na szaszłyki z krewetek. Obrałam je z pancerzyków i ogonków, zamarynowałam w czosnku i oleju z pestek winogron i nadziałam na patyki w towarzystwie cukinii i papryki. Po wyjęciu z piekarnika moje danie wyglądało całkiem spoko. Niestety, mój szanowny małżonek pogardził taką kolacją, ponieważ nie odpowiadał mu zapach krewetek, a poza tym rzekomo nie był głodny. Cóż było robić. Zjadłam sama. Ze smakiem. Na balkonie. Skończyłam tuż przed tym, jak moi sąsiedzi zaczęli uprawiać Naprawdę Głośny Sex. Dobrze, że się wyrobiłam z tą samotną kolacją, bo inaczej mogłabym się udławić krewetką ze śmiechu. W sumie, powinnam być już przyzwyczajona do takich akcji, bo trwa to nie od dziś, a jednak za każdym razem śmieszy mnie to na nowo:)



Szaszłyki z krewetek



piątek, 10 sierpnia 2018

Wycieczka z Misiem Uszatkiem, zaćmienie księżyca i koncert Kayah, czyli przegląd tygodnia #30



 

Muszę przyznać, że to był bardzo dobry tydzień, z gatunku tych aktywnych. Były zachody słońca nad jeziorami, zwiedzanie z córką i dużo lodów:)



Lato w mieście jednak też jest znośne, mimo fali upałów. Pewnie dzięki bezpośredniej bliskości jezior. Wystarczy, że wsiądziemy w samochód i w ciągu najdalej kwadransa możemy być nad wybranym jeziorem. Ostatnio upodobaliśmy sobie plażę miejską, która powoli staje się kultowym miejscem Olsztyna. W środę wraz z koleżanką, dziećmi i kotem spędziliśmy tam całkiem sympatyczne chwile aż do zachodu słońca.

Bez wiatraka ani rusz


Na zakupy



Imieninowe wyjście na lody


Wieczór nad jeziorem


Taki fajny plac zabaw



Gdybym mogła, zabierałabym ją na koniec świata





Spacer z kotem zawsze spoko
Zaczęłam czytać i raczej do esencjalistki mi daleko
Wieczorne wyprowadzenie się na spacer
Dziennik sam się nie napisze

W piątek bardzo chcieliśmy być naocznymi świadkami wydarzenia stulecia, czyli całkowitego zaćmienia księżyca. W tym celu udaliśmy się wieczorem do obserwatorium, niestety wszystkie bilety były już wyprzedane. Postanowiliśmy więc obejrzeć ten spektakl poza miastem. Pojechaliśmy ze znajomymi za Olsztyn, by tam nad jeziorem napawać się widokiem tego niebywałego zjawiska. Wzięłam nawet aparat, by uwiecznić księżyc, jak się okazało- bez baterii :( Zdjęcia telefonem nawet nie wchodziły w rachubę, więc po prostu staliśmy na pomoście w ciemnościach i gapiliśmy się w niebo. Gdyby nie komary, na które tego dnia żadne środki nie działały, byłoby uroczo jak w amerykańskim filmie.


Olsztyńskie obserwatorium
Wieczór za miastem



W sobotę C. miał turniej oldboyów w położonym niedaleko od Olsztyna Barczewie. Zabrałyśmy się z nim, bo lubimy się włóczyć po miastach i wsiach i smakować ich życie. W Barczewie byłyśmy już kiedyś, jak K. miała trzy latka (klik). Kiedy wracam do zdjęć z tamtego spaceru po miasteczku, nie chce mi się wierzyć, że było tam tak posępnie i pusto. Barczewo w październiku i Barczewo w lipcu to dwa inne światy. Wtedy było ciemno i ponuro, nawet mogę się pokusić o użycie słowa "złowrogo". Na szczęście miasto zrehabilitowało się w moich oczach i w oczach mojego obiektywu. Tej upalnej soboty na ulicach było sporo ludzi, w każdym z dwóch kościołów było po jednym pogrzebie i po jednym weselu :) Pod parasolami knajpek siedzieli turyści i miejscowi. Otwartych było kilka lodziarni. Jednym słowem na ulicach Barczewa panował iście wakacyjny klimat. I takie rzeczy to ja lubię!


Pierwsza atrakcja Barczewa- zegar słoneczny przy szkole


Na wycieczkę zabrałyśmy ze sobą Misia Uszatka



Na naszą wycieczkę zabrałyśmy ze sobą Misia Uszatka, którego przywiozłam K. w tym roku z Łodzi (klik). Zwiedzał Barczewo z nami. Poszedł z nami na zupę do Baru Przy Ratuszu, oglądał kaczki i łabędzie, zaliczał wszystkie skwerki i kościoły.





Pozdrawiam z wakacji:)









Przepyszny chłodnik



Niewątpliwą perełką Barczewa jest synagoga, do której zajrzałyśmy. Poza tym włóczyłyśmy się po wszystkich możliwych miejscach. Byłyśmy i pod więzieniem, i na pizzy i naleśnikach.  Wysłuchałyśmy historii pewnego pana- właściciela zachwycającego białego samojeda, obserwowałyśmy łabędzią rodzinę. Witałyśmy nowożeńców pod kościołem Świętej Anny, znalazłyśmy 2 złote pod Stokrotką, a czas odliczał nam zegar słoneczny. Tego dnia zdeptałyśmy chyba Barczewo wzdłuż i wszerz, zachodząc tylko do sklepów po lody lub coś do picia.
.
Synagoga w Barczewie





Kościół Franciszkanów
Nie ma to jak przysiąść w cieniu lipy



Na turnieju piłki nożnej


Znowu dopadł nas głód i przyszłyśmy do Baru Przy Ratuszu


Po powrocie do Olsztyna odświeżyliśmy się tylko ekspresowo i pojechaliśmy na Stare Miasto, gdzie miał się odbyć koncert Kayah. Moja K. jest wielką fanką piosenki "Po co", ja natomiast sporym sentymentem darzę "Fleciki. Chociaż szanse na zobaczenie artystki były niemalże zerowe i tak bawiłyśmy się świetnie.






Niedziela zaś była tak parna i duszna, że nie pozostawało nic innego, jak tylko przeżyć ten dzień:)